Na okładce nowej „Lampy” widzimy Małgorzatę Rejmer, ale po przejrzeniu zawartości dziwię się, że to nie ja z niej spoglądam. Owszem, numer zaczyna się od obszernego wywiadu z autorką Toksymii, ale przecież nieważne, jak się zaczyna, ważne jak się kończy. A kończy się nie tylko dyskusją z moim udziałem pt. Bunt w prozie i dogłębną analizą mojej twórczości pióra Grzegorza Wysockiego, ale też próbą polemiki z moim felietonem autorstwa duetu Łukasz Orbitowski&Jarosław Urbaniuk. Piszę „próbą”, bo trudno ten tekst w istocie polemiką nazwać. Jedyny istotnie polemiczny akcent, jaki dostrzec może w nim uważny, a nawet nieuważny czytelnik, to uporczywe mówienie o mnie per „poeta Jasio”. Ta figura ma, zdaje się, zastąpić wszelkie argumenty. Autorzy najwyraźniej sądzą, że skoro potrafią określać mnie tak przebiegle i dowcipnie, to na nic więcej nie muszą już się silić.
Być może mają rację. Być może ich regularni czytelnicy, rozbawieni tym jakże niewinnym żarcikiem, podchichrywać już się będą do końca i ze spokojem przyjmą bzdurność tekstu. Niestety, zainteresowany tytułem Opieka społeczna dla pisarzy! przeczytałem go również ja. I jakoś mi nie jest do śmiechu. Swoją drogą, ciekawa jest ta skłonność prawicowców do fantastyki. Właściwie większość polskiego świata SF ma za boga wolny rynek i tak zwany chłopski rozum. Czym to się może kończyć, widzimy na przykładzie Rafała Ziemkiewicza, który w jakiś tajemniczy sposób z getta fantastów przedostał się do mainstreamu, aby głosić tam swoje nie mniej fantastyczne teorie. Uporczywe nazywanie go publicystą zamiast autorem SF zawsze mnie dziwi. Czy naprawdę wystarczy używać w tekstach słów Balcerowicz, Michnik czy „Gazeta Wyborcza”, żeby ludzie zaczęli wierzyć, że mówi się o rzeczywistości? Wygląda na to, że wystarczy. Orbitowski również jest autorem fantastyki, a raczej jej szczególnego podgatunku – horroru. Kim jest Urbaniuk, poza tym, że jest kolegą Orbitowskiego, niestety nie wiem. Ten mariaż fantastyki i libertarianizmu wymagałby pewnie głębszej analizy, choć jego zasada jest prosta. Ot, dziarskim chłopcom wydaje się, że wszystko osiągnęli własnymi ręcoma, niczym kreowani przez nich twardziele z mieczami czy innymi karabinami laserowymi. A tymczasem rzeczywistość bardziej skomplikowana jest, niż to się wydaje naszym fantastom.
Postrzegają oni rzeczywistość bardzo, powiedziałabym, organoleptycznie. Jeśli coś ich nie walnie w łeb, to wydaje im się, że tego nie ma. Przy takim podejściu nie dziwi, że można zostać autorem horrorów. Rzeczywistość musi się jawić jako pełna tajemnic i niewytłumaczalnych zjawisk. Takim niepojętym wydarzeniem wydaje się autorom, że Marta Deskur rozmawiała z Bogdanem Zdrojewskim. Co w tym dziwnego, naprawdę nie wiem. Obie te osoby istnieją naprawdę, obie pełnią pewne funkcje, których sprawowanie może sprawić, że staną na swojej drodze. Rozumiem, że świat artystów wizualnych, podobnie jak świat polityków, może wydawać się odległy wyobraźni prostych fantastów. A jednak szok, jaki w nich wywołuje, budzi zdziwienie. Śmieją się, że skoro piszę, że ktoś rozmawia z kimś, to równie dobrze mógłbym napisać, że każdy rozmawia z każdym. Może mógłbym. Tylko że nie każdy i nie zawsze rozmawia z każdym, co zrozumieć jest chyba w stanie nawet bardzo prosty fantasta. A czasami, choć rzadko, ministrowie rozmawiają z artystami, o czym można dowiedzieć się z prasy, telewizji lub internetu (nawet bardzo prości autorzy fantastyki musieli słyszeć o takich wynalazkach). Można też o tym usłyszeć od któregoś z uczestników takiej rozmowy, jeśli się go, na przykład, zna. Ale znajomość poety Jasia z artystką Deskur wykracza daleko poza możliwości wyobraźni Orbitowskiego i Urbaniuka.
Zresztą nie tylko ona. Dziwi na przykład autorów fantastyki, że chciałbym, żeby artyści mieli ubezpieczenie zdrowotne. Powiem więcej: chciałbym, żeby wszyscy ludzie mieli ubezpieczenie zdrowotne i jednocześnie modlę się, żeby w tym momencie Orbitowski i Urbaniuk nie zeszli na zawał. Bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że takiego ubezpieczenia nie mają. I gdyby przez moje słowa przypadkiem się ciężko rozchorowali, mogliby nie spłacić kredytów do końca życia. A cóż to byłaby za szkoda dla polskiego horroru. Chociaż według ich własnej logiki - raczej niewielka. Ostatecznie jeśli nie oni, ktoś inny będzie pisał horrory. Zdecyduje o tym wolny rynek i chętna publiczność. Być może tak właśnie powinno być. Chorowitych autorów horrorów w Polsce nie potrzebujemy. A jeśli już lubią chorować, to niech przynajmniej potrafią na swoje choroby zarobić. A że bywa to kosztowne hobby, to już ich problem. Mogli przecież sie zatrudnić na etacie w supermarkecie i pisać wiersze po godzinach.
Orbitowski i Urbaniuk są pewni swego. Artysta to zwykły przedsiębiorca. Jeśli nie potrafi swojej sztuki sprzedać, to jest to jego problem. Nie ma sensu tu podawać żadnych przykładów mogących świadczyć przeciwko, że na przykład Zbigniew Libera, gdyby miał ubezpieczenie zdrowotne, to może wcześniej poszedłby do lekarza, zamiast się ocierać o śmierć. Ale co z tego? Najwyraźniej jest słaby. Słaby, słaby, słaby.
Są tak bardzo pewni swego, że wszelkie negocjacje artystów z państwem uważają za kolaborację. Artysta musi być wolny. Tak samo jak wolny rynek. Tylko wolny artysta na wolnym rynku ma sens. Artysta, który rozmawia z ministrem, jest agentem. Być może. Ale jakoś nie potrafię sobie wyobrazić tej fantastycznej niezależności. To nie żyjemy w świecie, który jest zależny od nas? Nie płacimy podatków, nie głosujemy, swoimi codziennymi wyborami nie opowiadamy się za jednymi rzeczami przeciwko innym? Być może, że autorzy fantastyki żyją w swoim własnym świecie totalnej wolności, gdzie wolni są od wszelkich zależności i nie muszą się układać z żadną władzą. Ale jakoś śmiem wątpić. I tak się zastanawiam: czy jeśli pisarz Orbitowski skorzystał z pomocy państwa w postaci stypendium Homines Urbani, pobierając trzy tysiące miesięcznie, albo odebrał wyróżnienie w rodzaju Krakowskiej Książki Miesiąca (nienadawane przecież przez lokalnych przedsiębiorców), to czuje się z tego względu kolaborantem? Czy może uważa, że potrafił jedynie sprytnie wykorzystać swoje atuty w tym socjalistycznym systemie, który daje mu pewne przywileje dosłownie za nic, to znaczy wyłącznie za to, że pisze jakieś bzdury? Cokolwiek uważa, chciałbym wiedzieć, czy nie czuje tu pewnej obłudy. Tutaj wolny rynek, duch przedsiębiorczości, a tutaj wezmę sobie tysiaczek, dwa od państwa, skoro dają.
Cała ta logika, którą opisuję, nie jest zbyt skomplikowana, czymś jednak trzeba zapełnić dwie strony, jakie życzliwy kapitalista Dunin-Wąsowicz(który, co prawda, bez socjalistycznych, państwowych dotacji zbankrutowałby już trzy razy) co miesiąc wydziela autorom. Niestety argumentów ani widu, ani słychu. Można powtarzać „poeta Jasiu” co akapit, ale nie co zdanie, bo jeszcze by ktoś pomyślał, że to poemat miłosny. Cóż mają zrobić biedni autorzy fantastyki? Wierszówkę trzeba wyrobić, żeby było na ubezpieczenie zdrowotne. Na szczęście autorzy fantastyki są autorami fantastyki nie bez powodu. Co robi autor fantastyki, kiedy nie potrafi przedstawić żadnych argumentów w obronie swoich poglądów? Wymyśla historyjki. W tym wypadku dotyczące Stowarzyszenia Twórczego „Ex Orientis Lux” i Związku Rzemiosł Twórczych z Sulęcina. Działania obu tych nieistniejących organizacji mają być, jak rozumiem, dowodem, że nie mam racji. Wszystko fajnie. Tylko że one nie istnieją. Nie będę się kłócił, że wolny rynek dobrze funkcjonuje w powieściach Ziemkiewicza. Może i tak. Ale albo rozmawiamy o faktach, albo opowiadamy historyjki. Orbitowski i Urbaniuk już dawno wybrali fantastykę, więc dlaczego starają się udawać, że mają także do powiedzenia coś na temat rzeczywistości?
PS A ty, drogi Duninie, jeśli będziesz chciał mi następnym razem poświęcić tyle miejsca w jakimś numerze „Lampy”, nie wahaj się spytać, czy możesz umieścić mnie także na okładce. Na pewno się zgodzę.
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...