W „Wired” interesujący artykuł o wojnie Facebooka z Google i przyszłości internetu. W skrócie wygląda to tak, że Facebook chce znaleźć się w centrum sieci, tam, gdzie - jak się wydaje - znajduje się teraz Google. Jak miałoby się to stać? Całkiem prosto. Fenomen Facebooka pokazał, że ludzie wchodzą do sieci nie tylko po to, żeby coś znaleźć, ale również - a może przede wszystkim - po to, żeby być z innymi ludźmi. Oczywiście można znajdować tych innych ludzi za pomocą wyszukiwarki, ale można również ich znaleźć za pomocą grup tematycznych na Facebooku. Albo nie trzeba ich wcale znajdywać, bo są już naszymi znajomymi. Jeśli chcemy pogadać o poezji, możemy to zrobić na poetyckim portalu, ale możemy również pogadać przez Facebooku z autorem, który nas interesuje. Oczywiście zakładając, że wszyscy są na Facebooku. A taki jest właśnie plan. Do tego ponoć dąży jego, ciągle młody, założyciel Mark Zuckerberg. Żeby wszystko i wszyscy byli na Facebooku. A przynajmniej wszyscy i wszystko, co jest w internecie. Pytanie, kiedy wszystko tam się znajdzie, możemy odłożyć na później. Tymczasem pomyślmy trochę o tym jak działa Facebooku.
Jestem na nim dopiero od paru miesięcy, ale jego wyższość nad innymi portalami społecznościowymi jest oczywista. W dużej mierze wynika właśnie z totalności przedsięwzięcia. Jako że prowadzę dość ożywione życie towarzyskie, żywotnie interesuje mnie, co się dzieje. Oczywiście nie to, co dzieje się gdzieś tam. Tylko to, co dzieje gdzieś blisko i co mogłoby mnie zainteresować. Jak trudno znaleźć wiadomości o tym, co się dzieje, jest niedaleko i może być interesujące, wie każdy, kto próbował używać do tego Google. Tymczasem na Facebooku mam w znajomych większość interesujących mnie miejsc i instytucji, które na bieżąco informują mnie o swoich poczynaniach. A jak nie one, to znajomi, którzy wybierają się tam, czy siam. Albo nawet nie wybierają się, tylko robią coś interesującego i dzielą się tym ze wszystkimi. Tak jak jestem przekonany, że podstawową funkcją mowy jest funkcja fatyczna czyli całe to wołanie: hej, tutaj jestem, popatrz na mnie, tak równie wierzę, że podobnie jest innymi ludzkimi zachowaniami, których celem jest właśnie pokazywanie: hej, tutaj jestem, popatrz na mnie. Facebook jest do tego idealny. Można być ze sobą i się sobą cieszyć. Czego więcej trzeba? Ok, czasami trzeba czegoś więcej. I wtedy wchodzi się na Google i znajduje to coś innego. Na przykład tekst piosenki, która chodzi nam po głowie albo kolejny album syberyjskiego nazi death metalu.
No, ale właśnie tutaj zaczyna się plan Zuckerberga. Przecież, jeśli interesuje nas syberyjski nazi metal, to być może kogoś innego też. Nawet, jeśli nikogo spośród naszych znajomych, to może kogoś innego, kto też jest na Facebooku i pisze o nim na swoim blogu, ale również może nam odpowiedzieć na dręczące nas pytania. Możemy się dzielić swoją pasją. Czy to nie byłby bardziej ludzki internet? A potrzeba wchodzenia na Google okazałaby się mniejsza. Już teraz możemy zauważyć, że w Facebookowej wyszukiwarce możemy znaleźć nie tylko ludzi, ale też to, co napisali o nazi death metalu. Co prawda nikt nic nie napisał o syberyjskim nazi death metalu, ale może po prostu nie wiem jak jest po angielsku syberyjski albo nie napisali jeszcze. Gdy się wpisze „nazi death metal”, wyskakuje dwadzieścia grup. Być może w którejś z nich mówi się też coś o muzyce z Rosji. Aktualnie Google ciągle jest bardziej efektywne. Ale Facebooku daje obietnice połączenia wiedzy z ludźmi, którzy ją posiadają. A to wymarzona sytuacja dla reklamodawców. Masz do sprzedania trochę syberyjskiego nazi death metalu? Teraz już wiesz, komu możesz go opchnąć. A to dopiero początek planu. Pomysł jest taki, żeby za pomocą konta na Facebooku można było uczestniczyć w życiu sieci również poza macierzystą stroną. Na przykład na portalu CNN albo Digg. Już od grudnia, dzięki aplikacji Facebooku Connect, korzystając z Facebookowej tożsamości można logować się na ponad dziesięciu tysiącach innych stron. Czy to koniec czasów trollów i chamstwa w internecie? Być może również. Występowanie pod własnym nazwiskiem i z własnym życiorysem na wyciągniecie ręki, powoduje stonowanie opinii.
Ale przede wszystkim to spersonalizowanie dałoby niesamowitą i prawdziwą wiedzę o ludziach innym ludziom, którzy chcieliby z niej skorzystać, żeby sprzedać komuś na przykład trochę syberyjskiego nazi metalu. Tego jednak się nie boję. Kupię każdą ilość. Gorzej jest z innymi rzeczami. Na przykład Big Starem, który już korzysta z aplikacji Facebook Connect. Co prawda na razie nie miałem z nim do czynienia, ale kto wie. Może jeśli będę za dużo pisał o Dodzie? Reklamy są na razie niezbyt inwazyjne i gwałtowny opór użytkowników powoduje, że raczej bardziej intensywne nie będą. Facebook ciągle jest bardzo przyjazny użytkownikom, choć korporacjom zapewne sen z powiek spędza pytanie: jak na nim zarobić większą kaskę? Bo pomysł, żeby zaczęli sprzedawać syberyjski death metal raczej nie przyjdzie im do głowy. Zresztą i tak bym go nie kupił, skoro mogę go mieć za darmo. Wiem, że nie jestem idealnym reklamobiorcą, ale ciągle Google ma w tym zakresie większą smykałkę. Trudno mi uwierzyć, że nawet jeśli ktoś przeczyta wszystkie moje posty i obejrzy każde zdjęcie po dziesięć razy będzie wiedział, co mógłby mi sprzedać. Więc może boję się za innych? Na razie wszystko, co się dzieje, to bardziej ludzka i prawdziwa twarz internetu. Tu też mam, co prawda, dwie tożsamości (na gronie miałem ich z pięć), ale używam głównie prawdziwej. Profile zastrzeżone ciągle są zastrzeżone, choć oczywiste, że nie dla właścicieli Facebooka, którzy z pewnością mogą wiedzę o nas komuś sprzedać. Głupio być obiektem handlu, ale być może, że nie da się tego uniknąć. Mimo apokaliptycznych wróżb o Wielkim Bracie, ciągle łudzę się, że internetowy totalitaryzm nie jest możliwy, a personalizacja może sprawić, że ktoś będzie chciał mi sprzedać to, co chcę kupić. Jednocześnie nie wierzę w dobre intencje Zuckerberg, ani jego popleczników. Duże pieniądze zawsze mają na celu większe pieniądze. Ale niewykluczone, że mechanizm, który tworzą, wymknie im się spod kontroli. Któregoś dnia znacjonalizujemy (zglobalizujemy?) Facebooka, a jego udziałowcem i właścicielem stanie się całe społeczeństwo. I to będzie prawdziwa rewolucja. Mam nadzieję.
—
Apenndix:
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...