Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze. Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Po obejrzeniu w sieci zwiastunaSali samobójców Jana Komasy spodziewałem się najgorszego: skrajnie pretensjonalnego, naiwnego, wzbudzającego mimowolny śmiech nieprawdziwie brzmiącymi dialogami horroru dla emo-nastolatków. Z najgorszymi obawami czekałem, aż w sali zgaśnie światło i zacznie się seans. Jednak otwierająca film sekwencja - ekspozycja w kilku ujęciach rysująca sylwetki bohaterów (nastolatka z klasy maturalnej oraz jego rodziców należących do najwyższych warstw wyższej klasy średniej) i mapę ich świata społecznego – zachwyciła mnie, prawie że uśmierzając moje obawy.
Od pierwszych ujęć widać, że Komasa jest wielkim talentem filmowym, że ma doskonałe wyczucie filmowej formy, obrazu, montażu, że nie tylko doskonale potrafi opowiadać i tworzyć znaczenia za pomocą obrazów, ale także nadawać im interesujące, starannie dopracowane formy. Obok Wszystko, co kocham Jacka Borcucha pełnometrażowy debiut Komasy bardzo pozytywnie odbija się od potwornego niechlujstwa formy charakteryzującego większość produkcji polskiego kina. Na uznanie zasługują także twórcy zdjęć i montażu: Radosław Ładczuk i Bartosz Pietras. Ten drugi pracował już wcześniej z Komasą przy okazji nowelowego filmu Oda do radości. Komasa opowiedział historię gniewnego, buzującego agresją chłopaka z proletariatu, który wiąże się z dziewczyną z wyższej klasy wyższej i próbuje odnaleźć się w korporacyjnej kulturze stolicy. Nowelka ta zapowiadała wielkie wyczucie kina, pozytywnie wyróżniała się na tle pozostałych dwóch filmów składających się na Odę… Zwłaszcza na tle osadzonej na Śląsku etiudy Anny Kazejak-Dawid – apologii drobnomieszczańskiego dorobkiewiczostwa, gdzie marzenia młodej dziewczyny o otwarciu własnego salonu fryzjerskiego (początkowy kapitał na ten cel zdobyła, pracując na emigracji w Wielkiej Brytanii) zostają zniszczone przez strajkujących górników (wśród nich jej ojca), demolujących podczas ulicznej demonstracji miasto, w tym lokal, w którym miał się mieścić wymarzony „small business” bohaterki.
Niestety, po efektownym otwarciu, z każdą następną minutą Sali… widać, że talenty osób zaangażowanych w produkcję filmu marnują się przez słaby scenariusz. Napisał go sobie sam Komasa, zabrakło wyraźnie kogoś, kto pomógłby mu lepiej rozwinąć całkiem ciekawy pomysł, napisać bardziej wiarygodne dialogi, zdystansować film od jego świata przedstawionego. Pomysł wyjściowy jest bowiem bardzo obiecujący. Bohaterem filmu jest Dominik (świetny Jakub Gierszał), syn wysoko postawionego urzędnika w Ministerstwie Finansów i matki robiącej błyskotliwą karierę w dużej firmie odzieżowej. Rodzina chłopaka jest uprzywilejowana ekonomicznie i społecznie: mieszka w wielkim domu, Dominika do szkoły (oczywiście elitarnej i prywatnej) wozi szofer (jazda komunikacją miejską jest dla jego rodziców jakąś niewyobrażalną transgresją, niebezpieczną jak wyprawa do dżungli), a za pozycją ekonomiczną idzie akumulacja kapitału kulturowego – widzimy rodzinę chłopaka na przedstawieniu Orfeusza i Eurydyki Glucka.
Komasa z ironią przedstawia świat klasy społecznej, do której uczy aspirować widzów większość polskiej produkcji audiowizualnej, naśmiewa się z ideału „świętej rodziny na swoim”, pokazuje ukryty za jej fasadą drapieżny egoizm, hipokryzję. Rodzina nie jest dla Dominika żadnym wsparciem, jest ośrodkiem gromadzenia bogactwa i społecznych statusów, narzędziem ich międzypokoleniowego przekazywania. I matka, i ojciec chłopca uwikłani są w pozamałżeńskie relacje intymne (w których wykorzystują swoją uprzywilejowaną społecznie i ekonomicznie pozycję), do osób spoza rodziny (od zatrudnionej nielegalnie ukraińskiej służącej, poprzez podwładnych im pracowników, po pomagających im lekarzy) odnoszą się w sposób skrajnie instrumentalny, nieuprzejmy, wręcz chamski. Pojawiły się zarzuty, że klasa społeczna, którą przedstawia film, nie bardzo istnieje (nasza wyższa klasa średnia, zwłaszcza polityczna, jeszcze tak nie żyje). Ale film atakuje właśnie jej zafałszowaną, fantazmatyczną, medialną reprezentację.
Dominik jest w klasie maturalnej, jest trochę neurotycznym, trochę nadwrażliwym chłopcem, ubranym i ucharakteryzowanym w sposób mający budzić skojarzenia z subkulturą emo. Na studniówce dla żartu całuje się z kolegą, pocałunek zostaje oczywiście nagrany komórką i wrzucony na wszelkie możliwe serwisy społecznościowe. Koledzy i koleżanki Dominika, tak jak on dzieci zamożnej klasy średniej wyższej, także traktują to jako doskonałą zabawę, okazję do niewinnych, nikogo nieraniących żartów. Tyle że Dominik jest mocno erotycznie, a może nawet romantycznie, zafascynowany kolegą, którego widzi codziennie na lekcjach w szkole i zajęciach pozalekcyjnych – wspólnie trenują judo. Podczas wspólnej walki kolega zauważa, że Dominik ma erekcję, rozpowszechnia tę informację, która staje się powszechną wiedzą wśród ich znajomych i okazją do niewybrednych, tym razem brutalnych i przynoszących ból żartów z Dominika.
Grupa rówieśnicza kompletnie go odrzuca, chłopak zamyka się w pokoju, przestaje chodzić do szkoły. Całe swoje życie przenosi do wirtualnego środowiska w stylu Second Life, gdzie gromadzą się takie jak on, niemogące sobie poradzić z problemami nastolatki, ekscytujące się myślą o odejściu z tego świata. Zostaje tam wciągnięty przez przywódczynię grupy (Roma Gąsiorowska), w której całkowicie się zakochuje. Nie unieważnia to wcale wcześniejszego, queerowego wątku (najciekawszego i najodważniejszego w polskim kinie ostatnich lat), tylko jeszcze bardziej go komplikuje, ukazując niejednoznacznego bohatera, którego seksualność nie daje się uporządkować żadną etykietką „tożsamości” czy „orientacji” seksualnej.
Niestety, od momentu gdy bohater zamyka się w świecie wirtualnym, film zaczyna się sypać, tonie w pretensjonalnym dialogu, wywraca się na źle napisanych, niewiarygodnych psychologicznie scenach. Cały wątek ucieczki bohatera od świata, jego konflikt z rodzicami, depresja zostały przedstawione w histeryczny, nieprzekonujący sposób.
Porażką jest też próba przedstawienia na ekranie wirtualnej rzeczywistości (animacje komputerowe zajmują około jednej czwartej filmu) tytułowej „sali samobójców”. Jej estetyka częściowo wzięta jest z fantasy, częściowo z gier komputerowych, częściowo z mangi. Awatary bohaterów (księżniczki, minotaury, rycerze itp.) przechadzają się w po apokaliptycznym krajobrazie jakby wyjętym z najbardziej przeszarżowanego obrazu Zdzisława Beksińskiego, wygłaszając przy tym mimowolnie śmieszne kwestie, mające wyrażać ich skrajne wyobcowanie, samotność i egzystencjalną rozpacz. Częścią wirtualnego świata jest cmentarz, gdzie znajdują się groby wielkich samobójców (Rafał Wojaczek, Virginia Woolf). Cała ta mieszanka wywołuje uśmiech zażenowania u każdego widza po maturze.
Komasa napotyka tu fundamentalny problem, z którym kino będzie musiało się zmierzyć w najbliższych latach: w jaki sposób pokazać na ekranie przyjemności związane z komputerem – zanurzenie w świecie gry komputerowej, środowisku typu Second Life czy różnych wirtualnych wspólnotach. Czytałem kiedyś wspomnienia brytyjskiego pisarza uzależnionego od gry Grand Theft Auto. Opisywał, jak za ostatnie oszczędności wynajął pokój w hotelu w Las Vegas, kupił zapas kokainy, zabrał ze sobą konsolę z grą i przez pół roku (póki nie skończyły mu się wszystkie pieniądze) nie robił nic poza graniem. W pierwszym odruchu pomyślałem, że to doskonały temat na film, na współczesne Zostawić Las Vegas. Ale zaraz naszła mnie wątpliwość: jak przedstawić na ekranie rozkosz, jaką daje gra komputerowa? Pokazując tylko obrazy z gry, kino nie jest w stanie oddać tego, w jaki sposób odnosi się do nich pragnienie gracza. Może pójść w skrajny minimalizm, nie pokazywać ekranu gry, tylko twarz gracza? Ale wtedy kino pominęłoby całą rzeczywistość wirtualnego świata gry. Może jedyną drogą jest ta, jaką Cronenberg obrał w eXistenZ. Komasa zdecydował się na dosłowną ilustrację wirtualnego świata i poniósł przykrą porażkę.
Być może świat zagubionych nastolatków wygląda właśnie w ten sposób, może rzeczywiście zbudowany jest z kiczowatych, pretensjonalnych elementów, klisz i komunałów pochodzących z tak różnych porządków, jak literacki modernizm, gry komputerowe, fantasy i manga. Ale Komasa za bardzo zanurza się w tym świecie, jego film nie jest w stanie zachować wobec niego dystansu, całkowicie się z nim zlewa. Wbrew temu, co pisze Paweł T. Felis w „Gazecie Wyborczej”, filmowi brakuje właśnie ironii, dystansu do przedstawianej przez niego rzeczywistości, przez co nie jest w stanie ukazać jej jako problemu. A przy tym cały dramat głównego bohatera wygląda zupełnie nieprzekonująco, film nie daje możliwości, by spojrzeć nań z dystansu, ale nie pozwala także w niego uwierzyć.
W „Gazecie Wyborczej” dyskusja o filmie podzielona jest na dwa głosy: jeden krytyk za, drugi przeciw. Ja nie potrafię wydać takiego jednoznacznego wyroku. Widzę w tym filmie zmarnowany potencjał na ciekawe, może nawet wielkie kino. Jego bohaterowie to w zasadzie rówieśnicy „wolnej Polski”. Historia dzieci „polskiego kapitalizmu”, których nagle nie poznają ich w pocie czoła budujący „nową Polskę” rodzice, mogłaby mieć potężny poznawczy i krytyczny potencjał. Tak samo jak wątek queerowy, krytyka fantazji „rodziny na swoim”, obraz świata wirtualnego jako narzędzia paradoksalnie jednocześnie przyczyniającego się do alienacji i pozwalającego ją w pewien – być może zupełnie zafałszowany sposób - przezwyciężyć. Nie chcę szkodzić ani temu filmowi (który zasługuję na uwagę i poważną dyskusję o tym, dlaczego mimo wszystko się nie udało). Nie chcę szkodzić Komasie, na którego kolejne projekty czekam z niecierpliwością. Ale w żaden sposób nie mogę też powiedzieć, że Sala samobójców to dobre kino, jest to na razie tylko bardzo efektowna bramka samobójcza. Chciałbym zobaczyć dzieło tej samej ekipy pracującej z porządnym, myślowo poskładanym scenariuszem: Komasa, Ładczuk, Pietras, Gierszał (rola Dominika i rola Kazika we Wszystko, co kocham bez wątpienia dają mu pozycję najbardziej obiecującego aktora filmowego młodego pokolenia) mogą wtedy naprawdę zatrząść polskim kinem.
Gierszał, Jakub Gierszał. Szczerze mówiąc, nieznajomość nazwiska aktora, który zagrał głównego bohatera, przy tak autorytatywnym głosie krytyki, wytykającym to i jeszcze tamto, jest zastanawiająca…
MysteriousPlan
|05.03.2011 16:23:13
hmmm typowe poslkie krytykanctwo ,właściwie każdy polak może zostć krytykiem-my to mamy chyba we krwi .Wszędzie na dobrą sprawę można doszukać się mankamentów a ostatnio samo Hollywood zawodzi,nie oceniajmy polskiego kina przez amerykański pryzmat bo to nie te pieniądze….
Wydaje mi się ,że jak na debiut bardzo mocny ,dobry film ludzie przeważnie patrzą na całokształt ,który u większości wywołał pozytywne odczucia
Nie ma co oczywiście przesładzać
klija
- :P:P:P:P
|05.03.2011 19:17:01
moim zdaniem ten film jest fajny….
em
- trzy grosze
|06.03.2011 01:40:24
Chyba powinien pan wybrać się ponownie na ten film i skorygować swoją recenzję. Są w niej błędy nie tylko merytoryczne, ale także niesprawiedliwa krytyka odnośnie świata awatarów, który jest naprawdę dobrze dopracowany. Co do dialogów i rzeczywistości nastolatków - niestety tak to wygląda w rzeczywistości. Myślę, że nie ma pan zbyt dużego kontaktu z młodzieżą gimnazjalną i licealną, a niejednokrotnie zdziwiłby się pan, co się tam dzieje. film wbija w fotel i jest genialny. To przełom w treści kina, ogólnie mediów audiowizualnych i socjologicznego ujęcia gier second life. pozdrawiam
PQ
|06.03.2011 01:44:44
Bardzo dobry film ukazujący problemy, które mogą dotknąć każdego z nas i które wrę są wytykane przez reżysera. Choćby to, że wielu z nas jest zniewolone przez kredyt.
Moim zdaniem super film, który powinien zobaczyć każdy. Zarówno młody człowiek w wieku licealnym jak i dorosły mający dzieci.
Nick to nie imię.
- Musisz obejrzeć ten film!
|07.03.2011 12:00:43
To bardzo prawdziwy film, o prawdziwych relacjach i emocjach. Nic tu nie jest oszukane, wymyślone. Swiat wiertualny niezwykle atrakcyjny i uwodzący. Będę polecać go każdemy nastolatkowi, każdemy rodzicowi - to film na wskroś współczesny o nas.
newtown_neurotic
|08.03.2011 12:51:00
Widziałem wczoraj - imho niesamowicie pretensjonalne i żenujące gówno, kompletnie oderwane od rzeczywistości, z nierealnymi dialogami i dramatycznie złą grą Gierszała i Gąsiorowskiej.
Paulina Jelenia Góra
- prawda
|07.10.2011 21:00:48
Film jak najbardziej adekwatny do rzeczywistości. Jakiś czas temu przed obejrzeniem filmu czytałam artykuł o młodych ludziach którzy zamykają się w swoich pokojach wciągnięci przez wirtualny świat. Są to najczęściej wrażliwi nastolatkowie, nie potrafiący odnaleźć się w rzeczywistości i wirtualny świat daje im odskocznię i z czasem uzależnia. Ciężko w to uwierzyć ale ONI naprawdę potrafią przez dłuższy czas nie wychodzić ze ‘Swojego świata" czytaj pokoju. Pozdrawiam
Nick to nie imię!
|24.11.2011 22:10:07
Nie mogłam doczytać recenzji do końca. Zbyt mocno kojarzyła mi się z tzw. polskim piekiełkiem. "Krytyka niekonstruktywna" - tak się to fachowo nazywa, czyli krytykowanie dzieła/człowieka bez wskazywania konkretnych błędów i możliwości ich naprawienia. Przez 12 lat pracy w korporacji miałam z tym do czynienia.
Film Komasy wcisnął mnie w fotel, pomimo tego, że dotyczy życia współczesnych nastolatków, a ja mam już 35 lat. Przypomniały mi się czasy mojej młodości, pierwsze miłości i seksualne fascynacje. Poczucie wykluczenia i niezrozumienia, pomimo tego, że moi rodzice nie zaniedbywali mnie tak, jak rodzice głównego bohatera. Teraz wiem, że to głównie dzięki ich wsparciu mam "swoje 35 lat". Życie nastolatka jest bardzo trudne, ale i ma niepowtarzalny posmak nowości, o czym wydaje się zapominać autor recenzji. Zapomniał, że my mieliśmy swoje "jabłkowe wino pite przy ognisku i śpiewy przy gitarze" oraz wiele innych "przygód". Dzisiejsza młodzież ma swój internet, technikę, modę. Ale problemy, jak widzimy, pozostały wciąż te same. Jaka szkoda, że większość z nas, po osiągnięciu dojrzałości tak często o tym zapomina i tragedie młodych ludzi traktuje, jak błahostki. Gdyby tak nie było, to może nie byłoby tylu samobójstw wśród młodych.
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...
krążownik Aurora? czemu nie. tylko, ż...