|
Film Władcy umysłów (kolejne idiotyczne polskie tłumaczenie nie tylko nie mające wiele wspólnego z tytułem oryginalnym – The Adjustment Bureau – ale i z treścią filmu bardzo niewiele) jest adaptacją opowiadania Philipa K. Dicka The Adjustment Team. Opowiadanie to należy chyba do jednych z ulubionych Slavoja Žižka: przywołuje je w wielu swoich tekstach, zwłaszcza scenę, gdy bohater, jadąc samochodem, odkręca szybę i zauważa, że krajobraz, który do tej pory widział za szybą (jak na ekranie kinowym), tak naprawdę nie istnieje, że w rzeczywistości otacza go szara, bezkształtna, magmowata mgła – przerażony z powrotem zamyka szybę, a widok za oknem wraca do „normy”, tylko, że ani on, ani my – czytelnicy – dłużej już w żadną normę nie jesteśmy w stanie uwierzyć. W filmie George’a Nolfiego nie ma tej sceny – w ogóle z opowiadania Dicka zostaje bardzo niewiele. Poza głównym pomysłem: bohater (David Norris, grany przez Matta Damona młody człowiek zmierzający prosto do wielkiej kariery politycznej) nagle odkrywa coś, czego nigdy nie powinien odkryć: działalność specjalnej grupy tajemniczych mężczyzn w kapeluszach, którzy czuwają nad tym, by wszystko na świecie, biografia każdego z nas, przebiegały zgodnie z napisanym przez „Prezesa” planem. Korygują więc rzeczywistość za pomocą drobnych przypadków, sprawiając, że ktoś gdzieś spóźnia się lub w ostatniej chwili zdąża na autobus, potyka się; przypadkiem spotyka ważną dla siebie osobę itp. Czasem nieznacznie modyfikują ludzkie pragnienia i myśli. Nie są wszechmocni, ale ich możliwości znacznie przekraczają ludzkie. Czuwają nad ludzkością, sprawując delikatną pasterską władzę. W filmie mamy dość nachalną, bardzo topornie podaną sugestię, że Prezes jest (post)chrześcijańsko rozumianym, osobowym Bogiem, a pracownicy tytułowego Adjustment Bureau czymś na kształt surowych – trochę przerażających, lecz czuwających nad dobrem nas wszystkich – aniołów zorganizowanych nie w niebiańskie chóry jak u Dantego, lecz na kształt nowoczesnej korporacji. Równie dobrze jednak moglibyśmy wyobrazić ich sobie jako przedstawicieli nieskończenie wyżej stojącej od ludzkiej, obcej cywilizacji. Dla bohatera filmu plan przewiduje wielką rolę: fotel senatora, o który walczy, ma być tylko pierwszym stopniem wspaniałej kariery politycznej. Coś jednak sprawia, że życie Davida zbacza z planu. Coś, a raczej ktoś: kobieta. Elise (Emily Blunt) i David mieli, zgodnie z planem, spotkać się tylko raz i zapomnieć o sobie na zawsze. Zakochują się jednak w sobie i wbrew wysiłkom facetów w kapeluszach, używających wszystkim dostępnym ich środków, by rozdzielić ukochanych, próbują utworzyć parę. W opowiadaniu Dicka tego romantycznego wątku w ogóle nie było, tu jest on podstawowym motorem organizującym fabułę, której celem jest w końcu utworzenie szczęśliwej, połączonej romantyczną miłością pary. Przeciw niej stoi jak najbardziej dosłownie cały świat, w którego planie nie uwzględniono tej miłości. Romantyczny wątek wpisany jest w konwencję paranoicznego thrillera spiskowego. Walcząc o prawo do miłości, bohaterowie uciekają przed siłami tytułowego biura, wszędzie dostrzegają jego przedstawicieli, nigdy nie mogą być pewni, czy to, że właśnie utknęli w korku na czerwonym świetle, jest przypadkiem, czy też działaniem tajemniczych mężczyzn w staromodnych kapeluszach. Spycha to bohaterów (a nas widzów, za nimi) w paranoiczny sposób postrzegania świata. W paranoicznej wizji świata także nic nie dzieje się „tak po prostu”. Każdy przypadek znaczy, za każdym coś – albo ktoś – stoi. Tak jak we Wszystkich ludziach prezydenta bohater ma pomagającego mu przyjaciela z samego centrum spisku, wspierającego w ukryciu jego walkę. Film jest ciekawy przede wszystkim jako symptom problemów, jakie kino ma z przenoszeniem na ekran prozy Dicka. Poza oczywistym wyjątkiem w postaci Łowcy androidów (a poniekąd i filmu Linklatera Przez ciemne zwierciadło) wszystkie adaptacje prozy autora Ubika zupełnie rozczarowują, nie zostaje w nich nic z klimatu literackiego oryginału – poza najbardziej rudymentarnym układem fabularnym stanowiącym na ekranie pretekst do „montażu atrakcji” właściwych dla gatunku (technologiczne fetysze, walki, wybuchy). W prozie Dicka mamy prawie zawsze słabego bohatera, który nagle doświadcza całkowitego rozpadu rzeczywistości, uświadamia sobie, że świat, który go otaczał, pozbawiony jest podstawy. Sam bohater zostaje uwięziony w labiryntowej, wielowarstwowej halucynacji narkotycznej, śnie szalonego Boga, kalekiego demiurga (Jory w Ubiku), zdolnego do tworzenia tylko przegniłych, rozpadających się światów, z których nie ma ucieczki. Wizja świata w prozie Dicka to jakaś bardzo mroczna gnoza. Na końcu czasami okazuje się, że nawet nie tyle „świat się rozpada”, ile od samego początku był „nieposkładany”, znajdował się w stanie rozkładu. Na ekranie, w filmowych adaptacjach Dicka, na ogół niewiele zostaje z tej gnozy. To, co w prozie jest metafizycznym horrorem, poczuciem całkowitego rozpadu nie tylko świata, ale także podstawowych reguł, na jakich powinien się on opierać, w kinie zmienia się w fizyczne wyzwanie dla bohatera, które może pokonać przez swoje działanie, aktywność, zaradność. Rozpad rzeczywistości staje się jednym z wielu wyzwań typowych dla bohatera charakterystycznego dla kina gatunków. Podkreśla to jeszcze to, że w adaptacjach Dicka obsadzani bywają dość często aktorzy kojarzeni z kinem gatunków, kinem akcji, cieszący się gwiazdorskim statusem, tacy jak Arnold Schwarzenegger (Pamięć absolutna) czy Tom Cruise (Raport mniejszości). Działania bohatera przywracają równowagę, świat wraca do normy, z kolei u Dicka na końcu jego najlepszych utworów uświadamiamy sobie, że nie ma żadnej normy, do której można by powrócić. Właśnie ten obraz „normy”, która może zostać i zostaje w końcu przywrócona niszczy cały potencjał artystyczny i polityczny Raportu mniejszości Spielberga. Ginie gdzieś także radykalna krytyka dojrzałego kapitalizmu, której pełno w prozie Dicka. Poza dziełami Scotta i Linklatera ten wątek praktycznie w ogóle nie przedostaje się do kina, turbokapitalizm zostaje całkowicie znaturalizowany. Wszystkie te charakterystyczne dla adaptacji Dicka problemy powracają we Władcach umysłów. W dodatku mroczna gnoza, której cień udało się ocalić choćby w Pamięci absolutnej, zostaje tu całkowicie obłaskawiona, przezwyciężona i pokonana. Koniec końców bohaterowie zwyciężają. Ich miłość i wola wytrwania w niej za każdą cenę wymuszają na rzeczywistości, by zmieniła swój plan i uwzględniła w nim ich związek. „Prezes” okazuje się nie tyle mrocznym demiurgiem więżącym nas w swoim koszmarze, ile surowym, lecz dobrym ojcem – nawet jeśli nas dręczy, to tylko po to, by nauczyć nas co to wolność i sprowokować do przyjęcia na siebie jej trudnego ciężaru. W ostatniej scenie mężczyźni w kapeluszach z prześladujących bohaterów spiskowców z paranoicznej narracji zmieniają się w dobrotliwe duchy, aniołów stróżów czuwających nad ich dobrem i porządkiem świata. Z Dickiem nie ma to już nic wspólnego. Oczywiście, celem reżysera zabierającego się za adaptację literackiego utworu nie jest „oddanie myśli nieżyjącego autora, lecz zrobienie dobrego filmu” (jak powiedział Luis Buñuel, gdy zarzucono mu, że jego Złoty wiek, nie ma nic wspólnego z markizem de Sade, na którego prozie miał się opierać). Problem w tym, że Władcy umysłów filmem dobrym nie są. Mimo wysiłków dystrybutorów, próbujących podpiąć film pod Incepcję (od biedy można powiedzieć, że oba filmy łączy osadzenie akcji w przestrzeniach architektury paradoksalnej), jest to bardzo konwencjonalne kino akcji z romantycznym motywem i w fantastycznym sztafażu, w dodatku natrętnie sprzedające płytkę, pop/postchrześcijańską metaforę, komunał (w sam raz dla współczesnego widza, który już wie, że Boga nie ma, ale ciągle jest przekonany, że „w coś przecież trzeba wierzyć”) o dobrotliwej, dopełniającej się z wolnością, opatrzności. Dick do wyprodukowania tego w ogóle nie był potrzebny, miłośnikom klimatu jego prozy ten film sprawi wielkie rozczarowanie, tak samo jak miłośnikom dobrego kina.
Na podobny temat
|
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...
krążownik Aurora? czemu nie. tylko, ż...