|
Cześć, jestem Bogiem – mówi Ilona – No dobra, żartuję! Już wiem, że nim nie jestem. Ale przyniesiesz następnym razem facebooka? – Przyniosę, obiecuję. I tak musimy porobić z Aśką przelewy. – Fejs-Bóg! Fejs-Bóg! – cieszy się Ilona i prawie podskakuje.
Ilona ma na oko 25 lat, skończyła studia i pracowała w knajpie. Dużo pracowała, za dużo. Chciała zostać managerką i kiedy jej się udało, trafiła tutaj. Leży na oddziale obserwacyjnym z moją przyjaciółką Aśką, którą raz na kilka lat pokonuje zaburzenie schizoafektywne. Więc Aśka jest cool, wie, że za kilka dni znowu będzie w porządku, że wróci do pracy i do rodziny. Za to Ilona jest tu po raz pierwszy i się denerwuje. Nie chce więcej brać tych leków, bo jest zmulona i nie może po nich spać. Dziś w nocy wstała, żeby się cichutko przejść po korytarzu. Ale uciekła do łóżka, bo już salowe zaczęły szukać pasów do przypinania. Nie, naprawdę nie robiła nic głośnego. Po prostu chodziła.
Dwa dni później znowu jadę do szpitala, pod pachą mam laptopa. Słucham radia. Kolejny proces w strasburskim Trybunale Praw Człowieka przeciwko Polsce. Kolejna anonimowa osoba, której lekarze nie dosyć, że odmówili uzasadnionej ustawowo aborcji, to jeszcze pozbawili wolności. Przetrzymywali na siłę w szpitalu tak długo, aż było za późno na zabieg. Trzęsę się z wściekłości i staram się przywołać w pamięci tę dobrą część służby zdrowia, którą często spotykam przy okazji wypraw po przychodni. Nie wszyscy są tacy – staram się myśleć. Przecież nie wszyscy.
Idę alejką, depczę raźno liście, bo budynki szpitala są rozrzucone w ogromnym parku. To pewnie uspokaja chorych. I zdrowych też, bo nic nie słychać za parkanem. Ale teraz dochodzi do mnie krzyk przechodzący w wycie. Mijam go idąc w stronę oddziału obserwacji. Fejs-Bóg! – wita mnie Ilona. – Dasz? – Dam, ale za chwilkę. Siadamy z Aśką przy stole na wspólnej sali, podłączam internet. Załatwiamy zwykłe rzeczy: bank, rachunki, płacimy ratę kredytu. Wokół pacjenci w różnym stanie, smutni, pobudzeni, wpatrzeni w stary telewizor. Jak zwykle ustawia się kolejka: czy mogłaby mnie pani poczęstować papierosem, czy mogę puścić od pani „głuchego” do mamy, oddzwoni. Wpuszczamy Ilonę na fejsa i odsuwamy się na fajkę, uznając jak 3/4 oddziału, że ustawowy zakaz palenia w szpitalach psychiatrycznych ma tyle sensu, co i szans na realizację.
Nagle z hukiem otwierają się drzwi dyżurki, z której wychodzi salowa: Jakim prawem pani udostępnia komputer i telefon pacjentom? – A jakim prawem oni nie mogą z nich korzystać? – chcę powiedzieć, ale mnie zatkało. – Niech pani zabierze ten komputer i przyjdzie tutaj! – to rozkaz, żadnego „poproszę” czy innych form. Mówi do mnie tak, jak zwykle do pacjentów, kiedy nikt nie słyszy – przemyka mi przez głowę. Posłusznie wywrywam Ilonie laptop i wchodzę do dyżurki. Salowa siedzi za starym pecetem, obok niej jeszcze trzy piją herbatkę. Wrzeszczą, że mam natychmiast iść do „szefowej”. Zaczynam zgadywać, co się stało. Jej stary rzęch na biurku jest atrybutem władzy, oddziela dwa światy. Ten zdrowy z facebookiem i ten chory bez.
Chciałabym się śmiać, ale znowu trzęsę się z wściekłości, idąc do ordynatorki. Rozmowa zaczyna się od potoku wrzasków wylanych na moją głowę. Znów bez żadnych form grzecznościowych. Wyławiam pytanie „a kim pani właściwie jest?”. „Dziennikarką” – odpowiadam. Po raz pierwszy w życiu korzystam w ten sposób z legitymacji prasowej. Od razu robi się spokojniej, pojawia się pierwsze „proszę”. Tłumaczenia, że pacjenci nie moga ot tak, bez kontroli. Od razu przypominają mi się trzy salowe z herbatką, które do tej kontroli są zatrudnione. Ale nic nie mówię, grzecznością sklejam sytuację. Ze względu na Aśkę, bo ona tu zostaje.
Wracam, kopiąc suche liście, nie mogąc sie oprzeć wrażeniu, że właśnie nisko przeleciałam nad kukułczym gniazdem. Siłą przywołuję z pamięci twarze ludzkich lekarzy, których kiedykolwiek w życiu spotkałam. Nie pomaga.
Na podobny temat
|
Jak powiedział bohater filmu "Wst...
Róbmy permanentną rewolucję to wtedy ...