Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Pod hasłem „Nie będziemy płacić za wasz kryzys” w czwartek, 26 marca, odbyła się w Warszawie demonstracja ratowników medycznych, górników i hutników. W proteście wzięło udział okoł 6 tys. związkowców. Organizatorami akcji były Wolny Związek Zawodowy „Sierpień 80”, Krajowy
Związek Zawodowy Pracowników Ratownictwa Medycznego oraz Ogólnopolski
Związek Zawodowy Pracowników Służb Ratowniczych. Wzięli w niej także udział działacze Ogólnopolskiego Związku Zawodowego
Inicjatywa Pracownicza i Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ „Solidarność”.
Manifestacja rozpoczęła się przed gmachem Ministerstwa Zdrowia, gdzie
wygłoszono postulaty dotyczące m.in. zaprzestania „dzikiej prywatyzacji”
placówek ochrony zdrowia, wprowadzenia zakazu świadczenia usług
państwowego ratownictwa medycznego przez firmy prywatne, sformułowania
„czytelnych zasad kontraktowania usług ratownictwa medycznego” oraz
wstrzymania likwidacji szkół kształcących ratowników.
Protestujemy przeciwko polityce rządu, który nie walczy z kryzysem, ale walczy z pracownikami, protestujemy przeciwko obniżaniu wynagrodzeń, pogarszaniu warunków pracy i zwolnieniom - powiedział przewodniczący związku Bogusław Ziętek.
- To, co w tej chwili się dzieje w resorcie zdrowia jeżeli chodzi o
państwowe ratownictwo medyczne, jest rzeczą niedopuszczalną. Pozwala
się prywatnym podmiotom na świadczenie usług ratowniczych, w wielu
przypadkach nie spełniają one wymogów - szef Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego Robert Szulc.
Ulicami Śródmieścia związkowcy przeszli na pl. Trzech Krzyży przed
siedzibę Ministerstwa Gospodarki, gdzie starali się zwrócić uwagę na
problemy innych grup zawodowych uczestniczących w proteście - górników,
hutników, stoczniowców, a także pracowników zbrojeniówki i wielkich
sieci handlowych. Tam też odpalili petardy i podpalili opony.
Skandowano m.in. „Złodzieje” i „Nasze prawo - prawo pracy”.
Znów, tak jak za PRL-u politycy i publicyści obrażają protestujących ludzi pracy. Zamiast pochylić się i wsłuchać w głosy protestujących nazywają ich warchołami.. Zarzuca się związkowcom z państwowego sektora gospodarki, że są nie reprezentatywni dla społeczeństwa i dla ludzi pracy, że są samolubni, bo walczą o swoje interesy, nie zważając na to, że aby je zaspokoić, koszty będzie musiało ponieść całe społeczeństwo, w tym robotnicy zatrudnieni w firmach prywatnych.
Jest odwrotnie, to oni reprezentują cała rzeszę robotników, również tych, którzy pracując w prywatnych firmach nie mają szansy na publiczne wyrażenie swego niezadowolenia. Jeśli związkowcy nie wyczuwali by, że w naszym kraju dzieje się źle (a dzieje się źle od początku transformacji), że prowadzi się wciąż złą politykę gospodarczą i społeczną, to ich protesty nie były by tak silne. Jeśli robotnicy z sektora państwowego czuja się oszukiwani, wyzyskiwani i poniżani, to jak podle muszą się czuć robotnicy z tych prywatnych firm, w których zarabiają jeszcze mniej od tych pierwszych i którzy są jakże często traktowani jak odczłowieczona siła robocza.
Protesty związkowców nie są wymierzone w inne grupy społeczne, są wymierzone w politykę państwa. Związkowcy domagają się w imieniu dużej części społeczeństwa zmiany tej polityki, tak, by w kraju naszym żyło się lepiej wszystkim grupom społecznym, by szanowano godność wszystkich obywateli.
Jak powiedział bohater filmu "Wst...
Róbmy permanentną rewolucję to wtedy ...