Całe życie, w nieświadomości swojej, uważałam krzyż za symbol religijny, a konkretnie, za symbol chrześcijaństwa. Jeszcze jako religijna dziewczynka żegnałam się znakiem krzyża, krzyż, jako najważniejszy symbol miłosierdzia bożego, dominuje w kościołach, krzyżem namaszczają księża umierających, krzyż stawia się wreszcie wszędzie tam, gdzie obecność kościoła bądź wiary chce się zaznaczyć. Choćby na pobliskim blokowisku, gdzie stoją dwa wielkie krzyże, na co dzień nieco zapomniane, ale jak znalazł w procesji Bożego Ciała służące jako stacje i zdaje się w tym celu właśnie kiedyś postawione.
Jednym słowem, trudno, naprawdę trudno oddzielić krzyż od chrześcijaństwa i wyjątkową ekwilibrystyką intelektualną wykazują się ci dogmatycy katoliccy, jak Terlikowski, Marek Jurek czy Romaszewski, którzy w krzyżu zdają się ostatnio widzieć głównie symbol tradycji, kultury czy, jakkolwiek głupio to dziś nie brzmi, jedności narodowej.
Owszem, sama pamiętam czasy, w których kościół jednoczył ludzi, w którym to kościele można było wyrazić swój sprzeciw wobec panującego systemu, można było poczuć solidarność wyrażoną wprost, a nie porozumiewawczym mrugnięciem na pochodzie pierwszomajowym. Problem polega jednak na tym, że taka rola kościoła dziś nie wchodzi w rachubę z jednego, ale za to podstawowego powodu- dziś rząd, jaki by nie był i jak bardzo się może komuś nie podobać, wybieramy sobie sami, w demokratycznych wyborach a jego jakość i jakość władzy może co najwyżej odzwierciedlać jakość społeczeństwa.
Być może z niedalekiej historii biorą się nierealne wyobrażenia hierarchów kościelnych o jakiejś szczególnej politycznej roli kościoła, tymczasem dziś, kiedy
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...