Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Święto Bożego Ciała w Warszawie, 11 czerwca – początek 10.00. Procesja ruszyła spod kościoła Św. Krzyża. Dziewczynki rozrzucały płatki kwiatów przed najświętszym sakramentem. Małe dziewice mościły mu kwiatami drogę. Chór żołnierski śpiewał „Barkę”. Niesiono chorągwie harcerskie i sztandary z wizerunkami świętych. Była Sodalicja Mariańska i Damy i Rycerze Grobu Świętego – z czerwonymi krzyżami zakonu na płaszczach. 20 tysięcy ludzi, może więcej, wędrowało Krakowskim Przedmieściem w kierunku kościoła Św. Anny. Tam arcybiskup Kazimierz Nycz wygłosił orędzie do zgromadzonych – mówił m. in. o wolności słowa i krytykował jakość debaty politycznej w Polsce, mówił o akceptacji dla innego. I byłby to niemal język lewicy, gdyby nie to, że arcybiskup nie wypowiedział imienia owego innego: kobieta, Żyd, lesbijka, uchodźca, itd. Krytykując debatę publiczną, nie wspomniał o głosie Kościoła, współtworzącym tę debatę – o katolickich mediach, mówiących o owych innych z nienawiścią. Prażyło słońce, wielotysięczny tłum klękał na ulicach – co nas tak zdyscyplinowało, że tu przyszliśmy, że milczeliśmy, słuchając niedokończonych zdań biskupa? Bo przecież każdy na swój sposób wiedział, co nie zostało powiedziane.
Dobrze, "neoliberalne" dogmat...
Prawnie sytuacja jest znaczne bardzie...