> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Rozdęta nadklasa ciągnie nas w dół |
|
|
Barbara Ehrenreich
|
|
23.07.2007 |
Dwadzieścia lat temu
ryzykowałam, pokazując, że nierówności w Ameryce
wzrastają. Zrobiłam to w felietonie do „New York Timesa” i
natychmiast „Washington Times” oskarżył mnie, że jestem
„marksistką”. Chciałabym. Nigdy nie zdołałam przebrnąć
przez więcej niż parę stron Kapitału, nawet po angielsku,
a Grundrisse działa na mnie jak środek nasenny.
Dziś jednak już nie
tylko marksiści, faktyczni lub rzekomi, dostrzegają rosnący
podział Ameryki na
superbogatych i resztę. W
niedzielnym magazynie „New York Timesa” [z 10 czerwca] Larry
Summers, ekonomista, centrowy Demokrata i były rektor
Harvarda, dzieli się z czytelnikami swoją obsesją na punkcie
danych pokazujących, że od 1979 roku udział w PKB jednego procenta
amerykańskich gospodarstw domowych wzrósł o siedem punktów
procentowych, do 16 procent. Jednocześnie udział 80 procent
gospodarstw domowych spadł o siedem punktów procentowych.
Jak ujmuje to „Times”:
„To tak jakby co rok każde gospodarstwo domowe z dolnych 80
procent wypisywało czek na 7 tys. dolarów i wysyłało go do
górnego jednego procenta”. Summers przyznaje dziś, że jego
niegdysiejsze wiwaty na cześć globalnej gospodarki zdominowanej
przez korporacje były kiepsko uzasadnione.
Jednak umiarkowanie
konserwatywni ekonomiści, którzy tak długo nie chcieli
dostrzegać o polaryzacji klasowej, mają wyjście awaryjne.
Naszkicował je Roger Lowenstein w tym samym numerze „New York
Timesa”, w którym opublikowano trzeźwiący tekst Summersa.
W skrócie: kogo obchodzi, że superbogaci pochłaniają coraz
większą część dochodu narodowego, skoro klasa średnia wciąż
jakoś sobie radzi, a głodujący biedacy nie rzucają się jeszcze w
oczy na ulicach?
Według Lowensteina: „W
zasadzie nie ma znaczenia, czy Roger Clemens [znany amerykański
bejsbolista], który za każdy rzut dostaje 10 tys. dolarów,
zarabia 100 czy 200 razy więcej niż ja. Moje dzieci mają jeszcze
opiekę zdrowotną i chodzą do przyzwoitej szkoły. To nie bogaci,
którzy wysforowali się na szczyt, mają problem…”
No więc jest problem z
superbogatymi. A w zasadzie z niektórymi z nich. Rozdęta
nadklasa może ściągnąć społeczeństwo w dół równie
skutecznie, jak powiększająca się podklasa.
Po pierwsze przykład z
Clemensem odwraca uwagę od rzeczywistości: bogactwo ze szczytów
powstało w ogromnej mierze dzięki nisko opłacanej pracy biednych.
Weźmy choćby Wal Mart, naszego największego prywatnego pracodawcę
i czołowego wyzyskiwacza pracowników najemnych. Każdego roku
na liście dziesięciu najbogatszych Amerykanów magazynu
„Forbes” cztery lub pięć osób nosi nazwisko Walton. Co
znaczy, że są dziećmi, siostrzeńcami lub bratanicami założyciela
Wal Martu. Czyżby to był zbieg okoliczności, że to imperium
handlowe, rozbijające związki zawodowe i płacące najniższe
pensje wygenerowało rodzinną fortunę wartą 200 miliardów
dolarów?
Po drugie, chociaż
większość bogactwa powstaje dziś w sektorze finansowym, w sposób,
który dla przeciętnego obywatela jest czarną magią i raczej
nie wymaga wielkiego wkładu pracy, prędzej czy później
wszyscy za to płacimy. Wszystkie te odroczone płatności,
nadmuchane stopy procentowe i wyśrubowane opłaty za konto z niskim
saldem, o ile mi wiadomo, nie idą do jadłodajni dla ubogich.
Po trzecie nadklasa
podbija cenę dóbr, których potrzebują również
zwykli ludzie, np. mieszkań. Podnoszenie statusu sprawia, że biedni
przenoszą się z miasta do przeludnionych domków na
przedmieściach, a farmy koni należące do miliarderów
wypierają wiejską biedotę i klasę średnią. Podobnie bogaci
przełkną 40 tys. dolarów i więcej czesnego, sprawiając, że
edukacja na poziomie college'u w coraz większym stopniu staje się
przywilejem klas wyższych.
Ostatni i może
najważniejszy problem: ogromna koncentracja bogactwa na szczytach
przechyla szalę w polityce na korzyść bogatych. Owszem, z
wdzięcznością powinniśmy przyjmować filantropijną działalność
wyjątkowych miliarderów, takich jak George Soros czy Bill
Gates. Ale jeśli za kilka lat nadal nie będziemy mieć powszechnego
ubezpieczenia zdrowotnego, to nie dlatego, że przeciętny Amerykanin
nie chciałby odetchnąć od wzrastających kosztów leczenia.
Może się okazać, że stoją za tym zgoła inne powody. Hillary
Clinton jest „numerem jeden wśród kongresmenów,
jeśli chodzi o otrzymywanie dotacji od przemysłu zdrowotnego”,
jak donosi „The Nation”. Jak myślicie, kto zażądał od Busha
obcięcia podatków dla bogatych? Może AFL-CIO [Amerykańska
Federacja Pracy - Kongres Przemysłowych Związków
Zawodowych]?
Lowenstein zauważa, że
„gdyby klasę wyższą wysłać na Karaiby, Ameryka, która
pozostałaby na miejscu, byłaby dużo bardziej egalitarna”. No
cóż. Sęk w tym, że taka Ameryka byłaby również
przyjaźniejsza dla jednostek i bardziej demokratyczna.
przeł. Agata
Szczęśniak
Tekst pochodzi z bloga
Barbary Ehrenreich (z 12 czerwca 2007). Dziękujemy Autorce za zgodę
na przedruk.
*Barbara Ehrenreich -
amerykańska reporterka, publicystka i działaczka lewicowa. Jej
najgłośniejsza książka Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć
ukazała się niedawno w Polsce (W.A.B. 2006). Jest też autorką i
współautorką wielu książek na temat biedy, amerykańskiej
klasy średniej, seksualności i sytuacji kobiet. Ostatnio wydała
Dancing in the Streets: A History of Collective Joy (2007).
Założycielka United Professionals - organizacji zawodowej
pracowników umysłowych, działaczka organizacji na rzecz
legalizacji marihuany, honorowa współprzewodnicząca
Demokratycznych Socjalistów Ameryki.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 24.07.2007 )
|
|
Felietony Barbary Ehrenreich
|
|
Specjaliści "wychodzący" z uc...
I to jest tendencja trwała, w zacho...