> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Ile mogą zmienić wybory |
|
|
Barbara Ehrenreich
|
|
05.02.2008 |
Na pierwszy rzut oka wygląda to na kolejny przykład zawłaszczania czarnej kultury i twórczości przez białych: Rolling Stonesi przywłaszczyli sobie rytm Bo Diddleya, Bo Derek obnosi się z karaibskimi warkoczykami, a teraz Hillary Clinton przypisała Lyndonowi Johnsonowi ustawę o prawie do głosowania z 1965 roku. Jeśli już trzeba oddawać ten honor jakiemuś białemu facetowi, to wybór akurat Johnsona jest osobliwy. To właśnie on na konwencji Partii Demokratycznej w 1964 snuł intrygi, by nie dopuścić do tego, aby Mississippi Freedom Democratic Party (partia, której celem było wprowadzenie do Demokratów delegatów wybranych przez czarnych, pozbawionych praw obywatelskich) przejęła miejsca Dixiecratów (frakcji sprzeciwiającej się rozszerzeniu praw obywatelskich dla kolorowej ludności). Według standardów Clinton legalizację aborcji z 1972 trzeba by zapisać na konto Richarda Nixona.
Jednak uwaga Clinton na temat Johnsona pokazuje coś bardziej niepokojącego niż tylko głuchotę na rasistowską nutkę - teorię zmiany społecznej, która jest tyleż elitarystyczna, ile nieprawdziwa. Praw obywatelskich dla czarnych nie wywalczyli zza biurek mężczyźni (ani kobiety) w garniturach. Wywalczył je masowy ruch milionów ludzi, którzy brali udział w marszach, zajmowali w barach miejsca „tylko dla białych”, żądając obsługi, znosili więzienia, byli gotowi wystawiać się na kule i narażać na bicie za prawo do głosowania i swobodnego poruszania się. Ruch studentów i pastorów. Tragicznie biednych farmerów czy robotników. Nikt nawet nie próbował wymieniać ich nazwisk.
Ruch na rzecz praw obywatelskich tradycyjnie sprowadza się do dwóch nazwisk: Martina Luthera Kinga i Rosy Parks. I to jest problem. Bo co z Fannie Lou Hamer, która przewodziła delegacji Mississippi Freedom Democratic Party na krajowej konwencji Partii Demokratycznej w 1964 roku? Co z Ellą Baker, działającą na rzecz praw obywatelskich od lat 30. XX w.? Co z Fredem Hamptonem, wiceprzewodniczącym Czarnych Panter, zamordowanym w 1969 r.? Co ze Stokeleyem Carmichaelem, działaczem Student Nonviolent Coordinating Committee? I tysiącami innych liderów? Teoria sprowadzająca historię do wielkich jednostek może ułatwiać pisanie podręczników, ale nie pokazuje, w jaki sposób naprawdę zmieniać świat.
Praw kobiet nie wynegocjowały przy herbatce Betty Friedan i Gloria Steinem. Steinem pierwsza by przyznała, że ruch feministyczny lat 70. zaczął się przy kuchennych stołach i stolikach setek tysięcy anonimowych dziś kobiet, cierpiących, gdy mówiono do nich w pracy „kochanie” i wykluczano z „męskich” zawodów. Medialne gwiazdy, takie jak Friedan czy Steinem, odwaliły kawał dobrej roboty jako orędowniczki sprawy, ale to armia anonimowych bohaterek urządzała protesty, organizowała konferencje, rozdawała ulotki oraz informowała sąsiadki i współpracowniczki.
„Zmiana” to w tym roku okrzyk bojowy Demokratów. Kto jednak nie wie, jak coś zmieniać, ten sam raczej nic nie zmieni. Dobry przykład to plan „reformy służby zdrowia” Hillary Clinton z 1993 roku. Nie przeprowadziła wówczas żadnych konsultacji społecznych, żadnych transmitowanych przez telewizje spotkań z mieszkańcami małych miasteczek, którzy przedstawialiby swe wstrząsające losy. Zamiast tego trzymała armię speców całe miesiące za zamkniętymi drzwiami. Niektóre z ich spotkań były tak tajne, że uczestnikom zabroniono nawet wnoszenia własnych ołówków i piór. Według Davida Corna z „The Nation”, kiedy powiedziano Clinton, że 70 procent ankietowanych Amerykanów woli system ochrony zdrowia finansowany z budżetu państwa (single payer), odpowiedziała sarkastycznie „A teraz powiedzcie mi coś ciekawego”.
A powinna była zabrać się za to inaczej, żeby nie pozostawić 47 milionów Amerykanów bez ubezpieczenia zdrowotnego. Mogła najpierw uświadomić sobie, że prawdziwa zmiana nie dokona się bez mobilizacji zwykłych ludzi, którzy chcą tej zmiany. Zamiast izolować się z ekonomistami i konsultantami biznesowymi, mogła się spotkać z przedstawicielami organizacji pielęgniarek, grupami lekarzy, związkami pracowników ochrony zdrowia i obrońcami praw pacjentów. Wówczas mogłaby wystąpić publicznie i powiedzieć: pracuję na rzecz wielkiej zmiany, spotka się ona z wielkim oporem, dlatego potrzebuję waszego wsparcia.
Ale zrobiła to po swojemu i skończyła z 1300-stronicowym planem, który nie podobał się nikomu, po żadnej stronie barykady. Nikt nawet nie był w stanie go zrozumieć. Udowodniła, że historycznej zmiany nie dokona najmądrzejsza dziewczynka w klasie, nawet jeśli sypia z prezydentem. Podobnie w ostatniej dekadzie zignorowała ruch antywojenny i odcięła się od nieprzeliczonej rzeszy wyborców Demokratów, również feministek.
Chciałabym wierzyć, że Obamie, z jego doświadczeniem w organizowaniu społeczności lokalnych i umiejętnością rozpalania ludzi, pójdzie nieco lepiej. Jednak ktokolwiek zostanie w tym roku wybrany na prezydenta, nie przeforsuje żadnej postępowej zmiany bez oparcia w ruchu społecznym - który albo nałoży na prezydenta odpowiedzialność za tę zmianę, albo zmusi go do działania. A masowy ruch społeczny nie zaczyna się na górze. On zaczyna się teraz, tutaj, od ciebie.
przeł. Agata Szczęśniak
Tekst pochodzi z bloga Barbary Ehrenreich (z 9 stycznia 2008). Dziękujemy Autorce za zgodę na przedruk.
—
*Barbara Ehrenreich - amerykańska reporterka, publicystka i działaczka lewicowa. Jej najgłośniejsza książka Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć ukazała się niedawno w Polsce (W.A.B. 2006). Jest też autorką i współautorką wielu książek na temat biedy, amerykańskiej klasy średniej, seksualności i sytuacji kobiet. Ostatnio wydała Dancing in the Streets: A History of Collective Joy (2007). Założycielka United Professionals - organizacji zawodowej pracowników umysłowych, działaczka organizacji na rzecz legalizacji marihuany, honorowa współprzewodnicząca Demokratycznych Socjalistów Ameryki.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 14.02.2008 )
|
|
Felietony Barbary Ehrenreich
|
|
Specjaliści "wychodzący" z uc...
I to jest tendencja trwała, w zacho...