Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Czy kobiety stają się coraz smutniejsze? |
|
|
Barbara Ehrenreich
|
|
27.10.2009 |
A może po prostu wszyscy robimy się zdecydowanie bardziej łatwowierni?
Feminizm unieszczęśliwił kobiety. Wydaje się, że to najpowszechniejszy wniosek wyciągany z The Paradox of Declining Female Happiness [Paradoks zanikającego kobiecego szczęścia], najnowszych badań Betsey Stevenson i Justin Wolfers, w których badaczki starają się dowieść, stale i miarowo rosnącego od 1972 roku niezadowolenia wśród kobiet. Maureen Dowd i Arianna Huffington powitały te wiadomości z ponurym zakłopotaniem, jednak najbardziej powszechną reakcją jest triumfalne: A nie mówiłam?
Na stronie Slate’s DoubleX felietonistka wyprowadza z badań konkluzję, że „ruch feministyczny lat 60 i 70 obdarował nas jednostajnym strumieniem kobiecych narzekań podanych w formie manifestów (…) oraz specyficzną seksualną władzą kobiet, na tyle wyzwoloną, że uznawała za przejawy feminizmu wszystko: od prostytucji do przekłuwania sutków – innymi słowy, smęty, stringi i babiska”. Jak to trzeźwo wyraziła Phyllis Schlafly: „Ruch feministyczny nauczył kobiety postrzegania siebie jako ofiar opresywnego patriarchatu, w ramach którego ich prawdziwa wartość nigdy nie zostanie rozpoznana, a jakikolwiek sukces leży poza ich zasięgiem (…) Narzucona sobie wina nie jest receptą na szczęście”.
Jednak to wciąż za mało by obwiniać Glorię Steinem za nasze uzależnienie od antydepresantów. Praktycznie nikt nie zauważył, że 1) są pewne problemy ze studiami nad szczęściem jako takimi, 2) istnieje kilka powodów, by nie ufać zwłaszcza tym konkretnym badaniom, ponieważ 3) nawet jeśli weźmiemy ich wyniki za dobrą monetę, nie mają one zupełnie nic do powiedzenia w kwestii wpływu feminizmu na czyjekolwiek samopoczucie.
Zacznijmy od tego, że szczęście jest czymś istotowo opierającym się mierzeniu czy definiowaniu. Filozofowie rozprawiali przez wieki o tym, czym ono jest i nawet jeśli mielibyśmy je oddać prosto, jako większą częstotliwość pojawiania się pozytywnych niż negatywnych uczuć, to gdy zapytamy ludzi, czy są szczęśliwi, będziemy prosić ich o wyprowadzenie swego rodzaju średniej z wielu nastrojów i momentów. Być może byłam przygnębiona rano, po tym jak otworzyłam rachunki następnie ale uradował mnie telefon od przyjaciela, w takim razie, jak ja właściwie się czuję?
W jednym z powszechnie znanych eksperymentów psychologicznych, uczestnicy poproszeni zostali o wypełnienie kwestionariusza dotyczącego zadowolenia z życia, mieli zrobić to jednak dopiero wówczas, gdy wykonają pozornie nieistotną czynność skserowania strony tekstu dla osoby kierującej eksperymentem. Losowo wybranej połowie uczestników przy maszynie ksero pozostawiono dziesięciocentówkę. Dwóch ekonomistów podsumowało rezultat badań następująco: „Odnotowana satysfakcja z życia rosła pokaźnie wraz z odkryciem monety przy kserokopiarce – oczywiście nikt nie brał tego wzrostu za efekt przychodu”.
W przypadku dyskutowanych tu badań nad szczęściem zastrzeżenia pojawiają się od razu, gdy tylko przyjrzymy się danym. Nie trzeba wykazywać się niedowiarstwem, ale suche dane o sondażowych odpowiedziach kobiet i mężczyzn nie odsłaniają widocznych gołym okiem trendów. Jedynie za pomocą tajemniczych manipulacji statystycznych, zwanych „modelem uporządkowanego probitu” [ordered probit estimates] autorzy mogą wycisnąć z danych jakikolwiek trend, a mimo to jest on nieznaczny: „Na początku badanego okresu [1972] wśród osób, które twierdziły, że nie są zbyt zadowolone było o jeden punkt procentowy więcej mężczyzn niż kobiet; w 2006 roku to kobiety o jeden punkt procentowy częściej sytuowały się w tej kategorii”. Te różnice wielkości byłyby zdumiewające, jeśli mierzylibyśmy na przykład prędkość światła w odmiennych warunkach fizycznych, lecz kiedy przedmiot jest tak nieuchwytny jak szczęście – nie ma tu mowy o żadnych przełomowych rezultatach.
Ponadto idea, że kobiety z wolna popadają w rozpacz jest sprzeczna z jedynym obiektywnym kryterium nieszczęśliwości, jakie oferują autorzy: liczbą samobójstw. Oczywiście szczęście jest subiektywnym stanem, samobójstwo natomiast chłodnym, twardym faktem, liczba samobójstw zaś stała się wskaźnikiem nieszczęścia odkąd socjolog Emile Durkheim napisał o niej w 1897 roku książkę. Jak relacjonują Stevenson i Wolfers – musimy sobie wyobrazić ich zakłopotanie – „niezgodnie z zarejestrowanymi przez nas tendencjami subiektywnego samopoczucia, spadała liczba kobiecych samobójstw, nawet jeśli liczba samobójstw mężczyzn pozostawała w przybliżeniu niezmienna przez większą część badanego przez nas okresu [1972-2006].” Kobiety mogą się zasmucić, mężczyźni raczej palną sobie w łeb.
Zdumiewać może nas również to, że nikt, włączając w to autorów, nie ma zbyt wiele do powiedzenia na temat faktu, że podczas gdy „kobiety” zaczęły nieznacznie smutnieć, czarnoskóre kobiety stawały się coraz to szczęśliwsze. Jak piszą autorzy: „poziom szczęścia znacznie wzrósł pośród tak męskich jak i żeńskich afroamerykanów (…) Co więcej, procentowe szacunki wskazują, że dobre samopoczucie mogło poprawiać się znaczniej u czarnoskórych kobiet niż u czarnoskórych mężczyzn.” Adekwatny tytuł tych badań powinien brzmieć: „Paradoks zanikającego szczęścia białych kobiet”. Tyle tylko, że mogłoby to sugerować, że problem można rozwiązać melaniną i Restylanem.
Mimo to załóżmy, że badania są w porządku oraz, że począwszy od 1972 roku, (białe) kobiety w porównaniu z mężczyznami stawały się mniej szczęśliwe. Czy to oznacza, że feminizm zrujnował im życie?
Bynajmniej nie według Stevenson i Wolfersa, którzy dostrzegają, że „względny spadek dobrego samopoczucia (…) dotyczy zarówno pracujących jak i gospodyń domowych, mężatek i rozwódek, starych i młodych oraz nie ma na niego wpływu odebrana edukacja.” – objawia się w tym samym stopniu u matek i bezdzietnych. Gdyby to feminizm był problemem, moglibyśmy się spodziewać, że rozwiedzione kobiety będą mniej szczęśliwe od mężatek, a zatrudnione od tych, które zostały w domu. Jeśli chodzi o posiadanie dzieci, domniemane najważniejsze źródło kobiecego spełnienia: okazało się, że tak naprawdę sprawiają one, że kobiety czują się mniej szczęśliwe.
Skoro ruch kobiecy był aż tak przygnębiający, moglibyśmy spodziewać się, że najsmutniejsze są te kobiety, które były bezpośrednio wystawione na szkodliwe oddziaływanie drugiej fali feminizmu. Jednakże autorzy informują, że „nie ma dowodów na to, że kobiety, które doświadczyły protestów i entuzjazmu lat 70, postrzegały spadek swojego szczęścia za większy, niż widzą go te, które urodziły się dopiero w tym okresie”.
Z tych badań możemy dowiedzieć się tyle, że ani małżeństwo ani dzieci nie uszczęśliwiają kobiet. (Wyniki nie obejmują jeszcze przekłuwania brodawek sutkowych). Jednocześnie nie widać tu żadnych problemów z „nadmiarem opcji wyboru”, „równowagą pracy i życia”, czy „drugim etatem”. Jeśli wierzyć Stevenson i Wolfersowi, szczęście kobiet jest doskonale obojętne względem ich aktualnych warunków życiowych, włączając w to biedę i dyskryminację rasową. Czymkolwiek jest „szczęście”…
Skąd więc nagle to całe zamieszanie wokół badań Whartona, które ujawniono przecież dwa lata temu? Otóż chodzi przede wszystkim o to, że są one odskocznią dla nowej książki płodnego doradcy w kwestiach zarządzania Marcusa Buckinghama, znanego z takich dzieł jak First, Break All the Rules [Po pierwsze, złam wszystkie zasady] i Now, Find Your Strenghts [Teraz odnajdź swoje mocne strony]. Jego nowa książka, Find Your Strongest Life: What the Happiest and Most Successful Women Do Differently [Żyj jak najlepiej: co najszczęśliwsze i kobiety sukcesu robią inaczej] jest produkowaną masowo klasyką gatunku „pomagaj sobie pozytywnym myśleniem”. Na początek chwytające za serce cytaty z nieszczęśliwych kobiet, które zidentyfikować można jedynie na podstawie ich mailowych nicków (Księżniczka1, Luveyduvy itd.), a następnie opowieści kobiet „sukcesu”. Po nich następują obowiązkowe testy, które można wykonać samemu, by odkryć „rolę, jaką byłaś zobowiązana odgrywać” (Twórca, Stróż, Inspirator itd.). Wszystko to podparte reklamą wielu, powiązanych ze sobą produktów, włączając w to „wideo wprowadzenie” Buckinghama, „przewodnik uczestnika”, zawierający „ćwiczenia”, które przywiodą cię do szczęścia, oraz atrakcyjny wybór „Ośmiu Niezawodnych Planów Życiowych”. „Huffington Post” przydzielił nawet Buckhingamowi kolumnę, w której może prowadzić swoją marketingową kampanię.
To stara historia: jeśli chcesz coś komuś sprzedać, znajdź wpierw przerażające schorzenie, na które to coś jest lekarstwem. W latach 80 kiedy startowały implanty silikonowe, lekarze odkryli mikromastię – „chorobę” małego biustu. Niedawno zaś, kiedy wielka firma farmaceutyczna wściekle szukała kobiecej Viagry, stwierdzono, że niezwykle wysoki procent (43%) kobiet cierpi na „Kobiecą Dysfunkcję Seksualną”, czyli KDS. Teraz padło na nieszczęśliwość, a paleta potencjalnych „lekarstw” jest olśniewająca: Seagram, Godiva, Harlequin. Uważajcie.
Przełożył Krystian Szadkowski.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 27.10.2009 )
|
|
Felietony Barbary Ehrenreich
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...