|
8 kwietnia 2009
Od jakichś trzech dni tematem numer jeden rozmów między pracownikami jest wypłata: czy przeszła, czy jest już na koncie, kiedy będzie, kiedy można się jej spodziewać? Wszyscy gorączkowo, kilka razy dziennie, sprawdzają stan swoich kont. Czekają tej wypłaty jak kania dżdżu, spragnieni, z niecierpliwością i z niepokojem. Pensja powinna pojawić się do 10 dnia miesiąca. Auchan nam to gwarantuje, jej wysokość zresztą też. Święta wielkanocne za parę dni, a u wielu przynajmniej od tygodnia saldo na zerze.
Stoję w kolejce do kasy. Kasjerka mruga do mnie przyjaźnie z drugiego końca terminalu. Wszyscy znamy się tutaj i rozumiemy bez słów. Płacę kartą – transakcja odrzucona, a ja jestem prawie pewien, że coś mi na tym koncie jeszcze zostało. Dziewczyna z kasy uśmiecha się wyrozumiale, sugeruje, że pewnie ogołociłem już swój rachunek. Próbujemy raz jeszcze – wszystko O.K. Tym razem poszło.
9 kwietnia 2009
Kilka dni temu K. poinformował mnie, że wstawia mi w grafiku dodatkowy dzień roboczy – mam rzekomo sporo tzw. niedogodzin. Wydało mi się, że mówi prawdę i tym razem nie próbuje mnie okantować. Tym bardziej, że na przerwach zostaję dłużej niż przepisowe piętnaście minut. „Dzień za dniem i pewnie się uzbierało” – pomyślałem.
Koleżanka z działu personalnego zawołała mnie potem, abym podpisał listę godzin. Okazało się, że jestem ponad dwie godziny do przodu i nie muszę nic odpracowywać.
10 kwietnia 2009
Dziś Wielki Piątek i wielki handel – hipermarket czynny o godzinę dłużej niż zwykle – do 23.30. W magazynie widzę kilkanaście palet z towarem do wyłożenia na sklepie: meble ogrodowe, kosiarki, ziemia do kwiatów, podkaszarki itd. Wszystko przyjechało w nocy. Jest nas tylko dwóch na zmianie, więc na pewno nie będziemy się nudzić. Trzeci wziął urlop na żądanie, jakby przeczuwając, co się szykuje.
W sobotę zamierzam pojechać do domu. Pytam menedżerkę, czy będę mógł wyjść jutro wcześniej, przecież i tak mam nadgodziny do odebrania. Poza tym nie chcę spóźnić się na ostatni pociąg. „Niestety, to raczej niemożliwe” - odpowiada.
11 kwietnia 2009
Budzik dzwoni 4.10. Wstaję z bólem mięśni, mocno zmęczony i niewyspany. „Po ośmiu godzinach pracy będę nie do życia i mogę potem nie doczłapać się do pociągu” – myślę. Postanawiam skorzystać z opcji: urlop na żądanie. O 6.15 dzwonię do sklepu. Odbiera menedżerka. „Dlaczego nie jesteś w pracy? Musisz wcześniej poinformować, że cię nie będzie” - mówi zdenerwowana. „Ale jest piętnaście po szóstej, to kiedy miałem dzwonić? O piątej?” - odpowiadam zirytowany i słyszę krótkie „cześć”. Rozłącza się. „To wam płacą za siedzenie w tym pieprzonym sklepie w każdy piątek, świątek i niedzielę, nie mi, więc sami sobie pracujcie” - pomyślałem.
cdn.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...