Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
solidarność |
|
|
Kinga Dunin
|
|
06.09.2010 |
Tak, tak – solidarność małą literą, proszę nie zmieniać! Jeśli chodzi o Solidarność z dużej litery to było to wydarzenie, które mogło stać się mitem. I nie miałabym nic przeciwko temu. Wspólnota potrzebuje mitów, a z tych, które oferuje nam historia, ten potencjalnie wydaje się najsympatyczniejszy. Wolność, solidaryzm społeczny, odrobina martyrologii – bez tego chyba się nie da – i sukces! Trzeba było od razu w środku Polski (czyli w miejscowości Piątek) postawić jej pomnik. Bez żadnych krzyży, wtedy może jeszcze by się dało, posadzić dookoła ładne kwiatki, a nazwę wszystkim zabrać, zabronić używać pod karą zakucia w dyby pod pomnikiem.
Teraz mamy niestety różne „Solidarności”. Moja ulubiona produkuje cukierki. Ale jest też związek zawodowy. Podobno nazbyt upolityczniony, ale to nie powód, żeby załamywać ręce. Na świecie też tak jest, są związki socjalistyczne i chadeckie. Dziwi mnie mówienie, że związki nie powinny mieszać się do polityki. Kiedy państwo nie zajmuje się zaglądaniem obywatelom do sypialni albo uczeniem ich modlitw, zazwyczaj zajmuje się gospodarką, regulacjami rynku pracy, bezrobociem, dystrybucją pieniędzy z budżetu itp. I to jest polityka. Jednym z podmiotów na tej scenie są związki zawodowe, występujące w imieniu pracobiorców.
Tak na marginesie. Jest coś fałszywego w tej nazwie. Czy pracodawcy to ci, którzy mają pracę i łaskawie dają ją pracobiorcom? Przecież jest odwrotnie. To pracobiorcy są właścicielami swojej pracy, a więc praco-dawcami, i oferują ją tym, którzy chcą ją wziąć, a więc praco-biorcom.
W każdym razie jest, jak jest i zamiast mitu mamy przepychanki. A czy mamy solidarność, taką zwykłą, nie od pomników, obchodów, nawet nie od związków zawodowych? Wydaje się, że nie ma lepszego wskaźnika prawdziwej solidarności społecznej niż stosunek do podatków. Podniesiono VAT i wszyscy narzekają. Może słusznie, bo zamiast tego można było podnieść CIT dla przedsiębiorców albo zwiększyć podatki dla najlepiej zarabiających. Tego jednak raczej się nie mówi. Podatki nam zabierają, kradną, nikt ich z dobrej woli nie płaci. Wpisanie w Google frazy „nie za moje podatki” (lub podobnej) daje około pół miliona odnośników. Ludziom, jak widać, nie jest obojętne, na co płacą. Nie chcemy płacić na urzędników i polityków, bo są niesprawni, kradną i marnują naszą kasę. Może to i jest niezły powód. Żeby płacić, trzeba mieć zaufanie do państwa, że mojej pracy nie zmarnuje, sprawiedliwie wszytko podzieli i w błoto nie wyrzuci. Poza tym jednak dominuje zwykły brak solidarności. Na przedszkola? Nie za moje podatki! Jak kogoś nie stać na dzieci, to niech ich nie robi. In vitro? Do czterdziestki robiła karierę, a teraz chce z mojej kieszeni. Bezrobotni to wałkonie i obiboki. Imigranci niech wracają do siebie. Tylko nie za moje podatki! Narkoman jak umiał uzbierać na dragi, to niech teraz uskłada na swoją kurację. W więzieniach w luksusowych warunkach siedzą gwałciciele i pedofile – nie za moje podatki! Także religia w szkole – nie za moje podatki. I parada gejów też nie.
Ale oczywiście to tylko internet. Gdybym była jakimś OBOP-em czy innym ośrodkiem badawczym, sprawdziłabym, na co ludzie chcą płacić podatki. Jakby wyglądał budżet państwa, gdyby to obywatele decydowali, do której szufladki i ile włożyć? Zdaję sobie sprawę, że to populistyczny pomysł i niekoniecznie rezultat by mi się podobał, mimo to dałabym ludziom więcej wolności. Powiedzmy 10 procent podatków do rozdysponowania. Czy byłoby od tego więcej równości i solidarności? Nie wiem. Może przynajmniej więcej świadomości obywatelskiej. Podejrzewam też, że jeśli można by te 10 procent zachować dla siebie, mało kto myślałby o wrzuceniu ich do wspólnego garnka. Chciałabym wierzyć, że gdybyśmy mieli w Piątku piękny monument solidarności, teraz już tej pisanej małą literą, może byłoby inaczej. Jestem niepoprawną idealistką. Jedyne, na co możemy liczyć, to kolejny pomnik wiadomych ofiar i kolejna koncentracja uczuć narodowych, które wciąż są jedynym pomysłem na jakąś wspólnotę. Taką, którą kocha siebie, ale nie bliźnich.
Felieton ukazał się w „Wysokich Obcasach” z 4-5 września 2010.
Na podobny temat
|
|
|
|
Jednego Piątkowi zarzucić nie można -...
może po prostu o nich nie słychać? cz...