Paweł Mossakowski poszedł do kina i obejrzał film, a nawet z grubsza
nam go streścił. I całkiem zgodnie z tym, co było widać na ekranie,
poinformował nas, że jest to rumuński film o dwóch studentkach
lesbijkach, których związek rozpada się z powodu dziwnego i zawiłego
psychologicznie układu kazirodczego, który jedna z dziewcząt ma z
bratem. A następnie - niestety - skomentował: że oto niepotrzebnie
zostały przedstawione dwa związki zakazane przez społeczeństwo, a
wszystko w imię maksymalizacji skandalu. Oraz dodał, że fajny film to
byłby o tym, jak miłość jednopłciowa zostaje zniszczona przez
społeczeństwo. I to już byłoby w Polsce całkiem wystarczającym
skandalem.
(Tak na marginesie. Osobiście wolę happy endy, a więc na przykład film
'Fucking Amal', gdzie miłość lesbijska przezwycięża uprzedzenia).
Tak czy inaczej ja widziałam trochę inny film, chociaż też nazywał się
'Love Sick'. Po pierwsze, nie było w nim nic skandalicznego. Po drugie,
pokazywał dwie miłości - dobrą i złą. Dobra była pełna czułości,
zrozumienia, ciepła, oddania. Druga, owiana tajemnicą, była pokręcona,
nasycona psychologiczną przemocą i chorymi zależnościami. A przy okazji
tak się złożyło, że istotnie, pierwsza była lesbijska, a druga
kazirodcza. Ale pytanie, które zresztą wprost pada w filmie, brzmi: czy
kazirodcza jest zła, bo kazirodcza, czy dlatego, że jest to zły
związek? A odpowiedź nie jest do końca jednoznaczna.
Reżyser zamiast słusznej politgramoty o prześladowanych lesbijkach
zaproponował nam film o jednej, wyjątkowej sytuacji. Kwestie normy i
dewiacji zostały tu wyjęte ze społecznego kontekstu nie dlatego, żeby
był on nieważny, tylko po to, aby to, co społeczeństwo sobie myśli,
uczynić nieważnym. Ważne jest to, co się dzieje między ludźmi, jak
zawiadują swoim życiem emocjonalnym. I zamiast etykietek 'lesbijka' czy
'zboczeńcy' film proponuje nam właśnie taką indywidualistyczną i
etyczną perspektywę. Zresztą jest jeszcze jeden powód, dla którego
opresja społeczna nie jest tu zbyt silnie wyeksponowana, zrozumiały,
jeśli wie się co nieco o logice procesów emancypacyjnych. Po pierwsze,
są to lesbijki, po drugie, społeczeństwo jest właściwie
preemancypacyjne, czyli problem odmiennej orientacji nie został jeszcze
nagłośniony. Dziewczyny mogą spać w jednym łóżku, prowadzać się za
rączkę i pozostają niewidzialne, nikomu nie przychodzi po prostu do
głowy, że to jest 'to'…
Mossakowski dziwi się, że tak odważny film powstał w Rumunii. Cóż,
jesteśmy nie tylko sto lat za Murzynami, ale także sto lat za Rumunami.
Gdyby problemem były tylko takie recenzje jak ta, bylibyśmy 50 lat do
tyłu. Ale są jeszcze tacy spece od kultury jak Mariusz Cieślik.
Prześladują go jacyś 'oni', z czego zwierza nam się w 'Newsweeku': 'To
oni wmawiają nam, że ukrzyżowane przez Dorotę Nieznalską genitalia są
dziełem sztuki' (bo pokazują opresję kobiet w katolicyzmie).
Chętnie poznam tych 'onych', bo na razie znam tylko takich, którzy
przez lata tłumaczyli panom Cieślikom jak krowie na rowie, że
instalacja Nieznalskiej to przede wszystkim wideo pokazujące mężczyzn
ćwiczących na siłowni, a grecki krzyż ze zdjęciem genitaliów to
komentarz do tego. W związku z tym dzieło to mówi nam o opresji
mężczyzn (nie kobiet!) i nie przez katolicyzm (niestety!) tylko przez
współczesną kulturę. Wynajętemu przez Axela Springera specowi od
kultury wystarcza jednak w zupełności to, co o Nieznalskiej przeczytał
w 'Naszym Dzienniku'.
Powiedzmy sobie zresztą od razu, że nie do tego został wynajęty, żeby
zajmować się sztuką, kulturą czy podobnymi nudziarstwami, tylko do
tego, żeby bronić słusznych racji przed rozmaitymi feministkami,
lewakami, obrzydliwymi artystami. Dlatego nie musi nic wiedzieć,
wystarczy, że potrafi rozpoznać, kto wróg, a kto swojak. Kto dzisiaj
jest po właściwej stronie, to też nie tajemnica. I właśnie dlatego
jesteśmy sto lat za Rumunami.
Tekst ukazał się w „Wysokich Obcasach” z 24 lutego 2007.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...