|
Dawno, chyba w połowie lat 90., trafił w moje ręce niemiecki poradnik?
podręcznik? dla nastolatków zatytułowany ‘Seks’. Były tam różne
pożyteczne informacje o dojrzewaniu dziewcząt i chłopców, o
zapobieganiu ciąży, pewno też o AIDS i innych chorobach. Dziś już
dokładnie nie pamiętam. Pamiętam jednak, co mnie w tej książce uderzyło
- było w niej bardzo mało o seksie. Żadnych szczegółów, obrazków z
pozycjami, za to ogólnie pozytywne nastawienie: seks jest dobry i
przyjemny. Natomiast w kwestiach technicznych jest to pole do własnych
odkryć i eksploracji. Ludzie posiadają ograniczoną liczbę wypustek i
otworów, pewien - również ograniczony - zakres możliwości operowania
własnym ciałem; w ramach tych możliwości każdy może znaleźć coś dla
siebie. I wcale nie muszą tego robić z podręcznikiem w ręku. Nic samo
przez się nie jest złe ani zakazane, ale pod pewnymi warunkami: seks
powinien mieć miejsce między ludźmi, którzy szanują swojego partnera i
siebie. Nikogo nie zmuszają, nie poniżają, nie stosują jakiejkolwiek
formy przemocy, nie załatwiają innych spraw, nie traktują drugiej osoby
ani siebie instrumentalnie. Żadne formy seksu nie są złe ani zboczone,
złe mogą być jednak relacje i okoliczności uprawiania seksu. Krótko
mówiąc, ograniczeniem dla seksu pozostaje etyka oparta na
najogólniejszych, uniwersalnych zasadach: drugi człowiek ma być celem,
a nie środkiem do celu, nie rób drugiemu, co tobie niemiłe, no i siebie
też szanuj. Chyba mało kto przyznałby, że ograniczeń takich nie uznaje,
nawet jeżeli reguły te zdarza mu się przekraczać. I zapewne istnieje
dość powszechna zgoda, że uwewnętrznienie takich zasad, tak aby stały
się regułą we współżyciu z innymi - we wszystkich dziedzinach, nie
tylko seksualnej - jest ze wszech miar pożądane. Nie odkryję też
Ameryki, mówiąc, że uwewnętrznienie takie dokonuje się w procesie
wychowawczym, a wychowanie odbywa się w rodzinie, w przestrzeni
zagospodarowanej przez media oraz w szkole. Ale dlaczego o tym piszę? Z
powodu dwóch - na pozór dobrych - informacji, które pojawiły się w
ostatnich dniach. MEN zamierza uczynić z etyki przedmiot obowiązkowy
oraz rozważa uczynienie z edukacji seksualnej przedmiotu obowiązkowego.
Dlaczego na pozór? Bo oczywiście pojawia się pytanie, kto, jak i czego
będzie uczył i jak to wszystko będzie się miało do lekcji religii i ich
zawartości. Jeśli chodzi o zakreślony wyżej program dotyczący etyki i
seksu, to wydaje się on pewnym minimum, które nikomu nie zaszkodzi i
nikomu nie powinno przeszkadzać. Zawiera powszechnie akceptowane normy
moralne oraz obiektywną wiedzę na temat dojrzewania czy antykoncepcji -
wiedzę zawsze dobrze mieć. Rzecz jasna, zdaję sobie sprawę, że dla
katolików takie minimum to za mało. Dodaliby do tego więcej ograniczeń
- dopuszczalne moralnie życie seksualne może mieć miejsce tylko w
heteroseksualnym sakramentalnym związku nastawionym na prokreację. Nie
zamierzam nikomu odbierać prawa do takiego nauczania, ale może w szkole
należałoby wszystkich uczyć wspólnego minimum, a tylko tych, dla
których jest ono zbyt minimalne, uczyć więcej. Najlepiej już poza
szkołą. Świetnie jednak wiem, że ten rozsądny pomysł nie ma szans na
realizację, i dlatego z zapowiedzi MEN cieszę się umiarkowanie. I tu
jeszcze jeden racjonalny pomysł. Niedawno minister Ewa Kopacz zachowała
się tak, jak powinna, wskazując szpital, gdzie 14-latka może dokonać
przerwania ciąży. Grożono jej za to jednak ekskomuniką, wywierano
naciski. Pani minister nie ustąpiła, ale kto inny może by ustąpił i
oświadczył, że dla niego religijna moralność stoi ponad prawem. W tej
sytuacji bezpieczną regułą wydaje się desygnowanie na państwowe
stanowiska jedynie ateistów. Wtedy zapewne i rozsądny program edukacji
seksualnej, etyki, a może i religioznawstwa - czemu nie? - miałby
większe szanse na realizację.
[źródło: Wysokie obcasy]
Na podobny temat
|
Pani Kingo studiowałam na warszawskie...
...to się viking chyba wreszcie poczu...