|
Dokonany w biały dzień na ulicach Warszawy mord na łosiu dał asumpt do rozmaitych komentarzy - emocjonalnych i racjonalnych, które wyprowadziły nas w rozmaite, nieco odleglejsze rejony.
I tak dzięki biednemu łosiowi udało mi się zobaczyć w telewizji dyskusję na temat polowania jako takiego. Dyskusję, trzeba przyznać, pomyślaną bardzo sprytnie. Oto przeciwko wegetariance i ekolożce, która, jak nietrudno zgadnąć, była przeciwniczką polowań, wystawiono miłą panią myśliwczynię. A nie - jak można byłoby się spodziewać - krwiożerczego samca w moro, obwieszonego bronią, lornetkami, nożami i wszelkimi innymi akcesoriami. Panów takich w lasach zdarzało mi się spotykać, miłej pani - nigdy, ale niech tam, precz ze stereotypami. Miła pani opowiadała, jak to kocha przyrodę, dokarmia i dogląda, a poza tym selekcjonuje - czyli zabija zwierzęta, które z rozmaitych powodów po prostu należy zabić. Zabija je oczywiście bezboleśnie, nie sprawiając im żadnych niepotrzebnych cierpień, zapewne jednym strzałem w tył głowy.
Wszystko to oczywiście trzymało się kupy, bo w końcu nie ma dziś żadnej dzikiej natury, która sama się reguluje i na nadmiar łosi odpowiada przyrostem naturalnym wilków. I jeżeli ktoś musi być selekcjonerem, to dobrze, że jest nim miła pani kochająca zwierzęta. Tak samo jak dobrze by było, żeby na wojnę wybierali się empatyczni i wrażliwi obrońcy praw człowieka, którzy strzelają tylko w ostateczności i tylko w obronie słabszych oraz niezbywalnych pryncypiów demokracji. Natomiast rzeźnikami powinni zostawać przede wszystkim członkowie Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Obawiam się jednak, że w życiu wygląda to inaczej. Ktoś, kto zabija, albo to lubi, albo przynajmniej nie ma specjalnych oporów. Rzeźnik po prostu pracuje i za pracą swoją nie musi przepadać. Żołnierz może lubić ‘żołnierkę’ - mundury, dryl, ćwiczenia i inne takie - i mieć nadzieję, że tak naprawdę nikogo nie będzie musiał nigdy zabić. I w dzisiejszych czasach w kraju takim jak Polska najczęściej to się udaje.
Myśliwy idzie na polowanie, bo lubi, i po to, żeby zabić. Nie ma co się wykręcać. I dlatego w naszym mimo wszystko coraz łagodniejszym społeczeństwie w wielu z nas budzi to opór. Taka miła pani, a lubi zabijać! W tym kierunku podążały też pytania ekolożki. Czemu pani to robi? Co pani w tym widzi? I w końcu, poza opowieściami o praktycznych zaletach myślistwa, usłyszeliśmy: przecież to jest najstarszy instynkt ludzki. Czyli co? Zabijam, bo mam to w genach - taki bezwiedny popęd do mordowania łosi.
Cóż, niektórzy z nas nieco się od natury oddalili i nie każdym z nas rządzą nieopanowane mordercze instynkty. I tutaj zapewne wiele czytelniczek ze mną się zgodzi. Może najstarszy, może podstawowy, ale ile z nas ma ochotę pójść i zabić łosia, a później patrzeć, jak kona. Trochę inaczej wygląda sytuacja, kiedy mowa o innym instynkcie. O świętym instynkcie macierzyńskim. Ten odczuwają wszystkie kobiety bez wyjątku. I niechby któraś spróbowała nie odczuwać. Z kolei panowie wręcz przeciwnie - żeby zająć się własnym dzieckiem, muszą oddalić się od natury i przełamać.
Bo może i niektóre kobiety odczuwają instynkt łowiecki, ale mężczyzna z natury nie jest stworzony do zarywania nocy, przewijania czy spędzania całych dni z dziećmi. Kiedy czytam publikowane w ‘Gazecie’ opowieści dobrych ojców, którzy z rozmaitych powodów swoimi dziećmi się zajęli, zawsze odnoszę wrażenie, że robiąc to, co robią miliony matek, domagają się za to zupełnie wyjątkowych pochwał. Może w takim razie woleliby zabić łosia? Robią wrażenie miłych facetów, więc pewno nie. Po prostu w naturze niektórych ludzi nie leży ani zabijanie, ani przewijanie.
Tekst ukazał się w „Wysokich Obcasach” z 31 maja 2008.
Na podobny temat
|
"Są gry komputerowe, które mogą&n...
Proszę Pani, ale to się i tak stać mu...
"Jak poszczuję kogoś psem, nie ch...