|
Minister Ćwiąkalski miał powiedzieć, ale nie powiedział. Śmiechu było
potem co niemiara. Po co robić tajne posiedzenie Sejmu, skoro to, co
miało być na nim powiedziane, jest zbyt tajne, żeby to powiedzieć? Czy
dlatego, że z góry można było przewidzieć przecieki? Oczywiście. Nie ma
tak tajnego posiedzenia, żeby nic z niego nie wyciekło. I właśnie na
tym polega cała zabawa. I nie mówię tu o polityce, ale o życiu jako
takim. O nieustannej grze w schowane-odkryte. Poza śmiercią jedna
jeszcze rzecz jest pewna - jeśli chcemy zachować coś w sekrecie, nie
należy tego nikomu mówić. Nawet najlepszemu przyjacielowi w największej
tajemnicy, nawet do pieca, do ściany czy przez sen. Z drugiej strony
sekrety i tajemnice to nie anonse na billboardach i naturą ich jest
pozostawanie w jawności-niejawności, której krańcowym stanem bywa
tajemnica poliszynela. Warto jednak pamiętać, iż daje się żyć tylko
dzięki temu, że różnych rzeczy nie wiemy, oraz dzięki temu, że wiemy
więcej, niżby wypadało.Wyobraźmy sobie szpital, gdzie monitory w salach
nieustannie pokazują pacjentom, co się dzieje w pokoju lekarskim, albo
szkołę, w której uczniowie mogą podsłuchiwać rozmowy w pokoju
nauczycielskim. Męża, który nagle słyszy, co myśli jego żona, kiedy
udaje orgazm. Tak, tajemnica osłania nasze ego, broni autorytetów,
pozwala grać w miarę spójne role. Każdy człowiek, każda rzecz i
sytuacja mają swój cień. Często to żadna tajemnica, tylko naddatek
wiedzy, który mógłby zepsuć nam przyjemność. Jedząc kotlet, lepiej nie
myśleć o rzeźni, a pijąc kawę - o pracy na plantacjach. Pracując w
jakiejś firmie, czasem lepiej nie wiedzieć, jakie są naprawdę efekty
jej działania. A jednocześnie całe zastępy psychologów, socjologów,
ideologów, dziennikarzy, artystów zajmują się uświadamianiem nam tego,
co miało pozostać w cieniu. I, oczywiście, sami rzucają własny cień.
Mamy żony, mężów, kolegów w pracy. Podajemy sobie ręce, uśmiechamy się,
wymieniamy rytualne grzeczności albo prowadzimy szczere rozmowy, lepiej
jednak, żebyśmy nie wiedzieli, co wszyscy ci ludzie mówią o nas, kiedy
tylko spuścimy ich z oka. Zresztą nietrudno zgadnąć - mniej więcej to
samo, co my o nich. Niekoniecznie coś złego, plotki nie muszą być
złośliwe, ich prawdziwa i pożyteczna rola polega na wietrzeniu tego, o
czym sami niechętnie mówimy. Tworzą więź społeczną, rozwijają
umiejętność psychologicznej analizy, czasem wzmagają empatię, a czasem
są narzędziem kontroli społecznej. Dzięki plotkowaniu życie towarzyskie
staje się głębsze, bogatsze w szczegóły, nabiera rumieńców. Umiejętność
plotkowania jest ważną umiejętnością społeczną, niestety, podzieloną
nierówno między płciami. Z powodów czy to genetycznych, czy kulturowych
wielu mężczyzn zwyczajnie sobie z tym nie radzi. W dzisiejszych
medialno-konsumpcyjnych czasach wrogiem zdrowej prywatnej plotki staje
się prymitywna plotka publiczna. Ludzie zamiast zajmować się znanymi
osobiście bliźnimi, zajmują się celebrytami. Zamiast, co byłoby słuszne
i twórcze, zająć się życiem małżeńskim i erotycznym przyjaciółki albo
analizowaniem charakteru sąsiada, zajmują się jakimiś dodami i marną
namiastką życiowych sekretów przygotowywaną przez tabloidy i inne
pudelki. Natomiast ci, którzy plotkować nie umieją, ale wstydzą się
banalnej ekscytacji romansami aktoreczek i aktoreczków, mogą to samo
znaleźć w polityce w jej wydaniu medialnym. Przecież najważniejsze dziś
newsy to takie, kto o kim co powiedział, jaki ma charakter, czy ładnie
wygląda, a od czasu do czasu wszystko musi ubarwić jakiś skandalik.
Nagranie, film z ukrytej kamery - mniam, mniam. Wszystkie misie to
lubią i żyją w przekonaniu, że to, czy premier lubi prezydenta, to
rzecz naprawdę ważna w przeciwieństwie do tego, czy doda lubi jakiegoś
nowego elektrodę. A przecież w gruncie rzeczy niewiele się to różni.
Niestety, namawianie dziś do naturalnego, zdrowego plotkowania to tak,
jakby namawiać do powrotu do życia w szałasach i sadzenia samemu marchewki.
Tekst ukazał się w „Wysokich Obcasach” z 23 lutego 2008 r.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...