No, to mamy kryzys. Nie jest to oczywiście tak ważne jak to, kto kogo
wypchnie z samolotu, ale dość ważne. W związku z kryzysem wszyscy co
poważniejsi światowi ekonomiści złożyli stosowne oświadczenia: od dawna
wiedzieliśmy, że tak to się skończy, nigdy nie wierzyliśmy w wolny
rynek, neoliberalizm jest passé. Mało kto pozostał na placu boju. Broni
się jeszcze zwierz Alpuhary Gadomski z garstką rycerzy. Podgryza go
jednak nawet kawałek własnego organu, czyli ‘Wysokie Obcasy’. W
ostatnim numerze pojawiła się, i to wielkimi literami, odpowiedź na
kryzys kapitalizmu. Komunizm! Na razie ostrożnie, jako komunizm
Katarzyny Bratkowskiej, bohaterki głównego wywiadu, ale zawsze. Zawsze
to bardziej radykalna odpowiedź niż kunktatorskie porady, żeby kupić
złoto i zakopać w ogródku. Wywiad, owszem, fajny i ciekawy, ale o
komunizmie niewiele możemy się z niego dowiedzieć. Generalnie chodzi o
to, że komunistą jest ktoś, kto nie chce pogodzić się z biedą,
upokorzeniami i wykorzystywaniem ludzi w kapitalizmie. A ogólnie - o
pewną utopię, wizję lepszego świata, do której realizacji powinniśmy
dążyć. W tej sytuacji postanowiłam odświeżyć swoją wiedzę o komunizmie
(jako utopii). Jak to szło? Każdemu według potrzeb, od każdego według
jego możliwości. A przy okazji ta praca według możliwości ma być
niewyalienowana, sprawiać satysfakcję i rozwijać. I w tym momencie
uświadomiłam sobie, że choć nikt nie wie, jak zaprowadzić komunizm na
całym świecie, to czasami udaje się to w pojedynczych przypadkach. I
chyba ja jestem właśnie takim przypadkiem. Mam według potrzeb, może
niezbyt wyrafinowanych i luksusowych, ale też zdaję sobie sprawę, że
dla bardzo wielu jest to poziom godny pozazdroszczenia. Robię to, co
umiem, to, co lubię, i to, co według mnie ma sens. Nie schylam się po
każdą okazję zarobienia albo przysporzenia sobie prestiżu. Co może
jednak najważniejsze (dla komunizmu) - nie istnieje żaden sensowny
związek między tym, co konkretnie robię, a tym, co za to dostaję.
Działam według możliwości, dostaję według potrzeb. Dużo zaangażowania
wkładam w przedsięwzięcia, za które nikt mi nie płaci. Staram się robić
dobrze to, co mogłabym robić średnio, a zapłaciliby mi tyle samo.
Natomiast często najlepiej jestem opłacana za to, co kosztuje mnie
najmniej wysiłku. Tak więc gdyby jakiś komunistyczny sponsor przelewał
na moje konto właściwą sumę pieniędzy niezależnie od tego, czy stoję,
czy leżę, i tak pewno stałabym, czyli robiła to, co robię. Wysypiając
się, mając czas na życie, a nawet czasem na użycie. Obawiam się, że dla
wielu to, co piszę, jest wyjątkowo irytujące. Jak to tak być
zadowolonym z tego, co się robi, i z tego, co się ma? Nie narzekać ani
na zmęczenie pracą, ani na brak pieniędzy. I na dodatek nie twierdzić,
że okupiło się to wielkim wysiłkiem i wyrzeczeniami. Sorry, ale samo
przyszło. Czy jednak jest to utopia dobra dla wszystkich? Ludzie są
uwikłani w kapitalizm na dwa sposoby. Po pierwsze - z przymusu
ekonomicznego. Muszą zarabiać, żeby żyć, i nie stawiają sobie głupich
pytań, czy przypadkiem nie woleliby robić czegoś innego. Po drugie -
ponieważ uważają, że zarabianie i wydawanie jest fajne samo przez się.
Przyjemność daje im to, co przynosi pieniądze. Takim ludziom w
komunizmie nie chciałoby się stuknąć palcem o palec. Najczęściej jednak
ludzie nie potrafią odróżnić jednego od drugiego. Marzenia
komunistycznego od kapitalistycznego. Stąd zapewne irytacja
czytelniczek wywołana listem dziewczyny, która ma wszystko, ale nie
zależy jej na kasie. Po prostu Agata jest komunistką. Dodałabym jednak
do tego jeszcze jeden warunek: dążenie, żeby wszyscy, którzy tego
pragną (a może nawet ci, którzy tego nie pragną), tak mieli. Bo
komunizm to nie jest kapitalizm, w którym kasę dzieli się po równo,
tylko zupełnie inny świat.
Źródło: Wysokie Obcasy, 9 listopada 2008.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...