|
Są takie tematy, o których z góry można powiedzieć, że grożą obciachem. Z pewnością jednym z nich jest Jezus powracający w czasach współczesnych. Wszystkie fikuśne kombinacje zostały już tu wykonane, a świat okazywał się zawsze tak samo niegościnny dla boskiego posłańca. A jednak Stefan Chwin w Pannie Ferbelin - balansując na cienkiej linie - zdołał uniknąć wpadki. Opowiedział historię Nauczyciela, który w niesprzyjającym świecie głosi posłanie miłości, sprawiedliwości, współczucia itp., itd. Reprezentanta ubogich i wykluczonych itd., itp. I jest to opowieść, która wciąga, zaskakuje i nawet może wcale nie skończy się tak, jak byśmy się tego spodziewali. Ładnie opowiedział też o innym bóstwie, o państwie, Heglowskim wcieleniu Ducha, którego mądrość i etyka jest zupełnie inna od Jezusowej. Ale prawdziwy smak tej książki jest dla mnie jeszcze gdzie indziej - w tym, co pisarz robi z miejscem i historią. Na końcu, gdzie autorzy niekiedy informują nas, gdzie i kiedy tworzyli swoje dzieło, czytamy: Gdańsk, 12 Juli 1918 - 11 April 1919. Natomiast opisany w powieści Gdańsk jest, ogólnie rzecz biorąc, sprzed I wojny światowej. Czyli perspektywa z bliska, ale po katastrofie, o czymś, czego nie ma, ale może jeszcze trwać w pamięci. No i przecież wszystko to jest jeszcze łamane przez dziś. (Lubimy takie szacher-macher z czasem!) Z pamięcią historyczną wiadomo, jak jest - wszystko się w niej miesza. Tworzy nie tylko przeszłość, ale też przyszłość, wpisane są w nią rozmaite mity, również te bardziej uniwersalne, w tym wypadku chrześcijaństwo. Brzegi historycznej materii gdzieś się rozłażą, tleją w zasnutych pajęczyną kątach. I taki właśnie Gdańsk zbudował dla nas Chwin. Nie chcę jednak pisać tu recenzji, to tylko tło, ogólny zarys. A z powieści zaraz wyciągniemy sobie jeden fajny szczególik. W tymże mitycznym świecie, gdzieś na jego zapleczu toczy się walka Kaszubów za wolność naszą i waszą, w stoczni trwają strajki robotnicze. Na ścianach pojawiają się napisy ‘Braterstwo’, a głównym postulatem strajkujących jest pięciogodzinny dzień pracy. Czyli żądanie kompletnie utopijne, nie do przyjęcia, nieracjonalne. Ani przez chwilę - i słusznie - nie wierzymy w to, że postulat ten może zostać spełniony. W gruncie rzeczy w 1980 roku, w PRL-u, postulat powołania wolnych związków zawodowych brzmiał dokładnie tak samo. A to, że stał się ciałem związkowym, jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Hasła ludowych powstań zawsze były niespełnialne. Szaleńczo brzmiały hasła sufrażystek. Nie będę wyliczała, co wciąż dziwacznie brzmi w dzisiejszej Polsce. Jak rozumiem, Chwin kazał stoczniowcom w swojej powieści wznieść hasło w oczywisty sposób utopijne i takie je wymyślił. A ja chciałabym zapytać: a właściwie czemu nie? O ośmiogodzinny dzień pracy zaczęto walczyć pod koniec XIX wieku, teraz mamy wiek XXI. Czytałam gdzieś, że pięć godzin dziennie to dokładnie tyle, ile człowiek jest w stanie efektywnie pracować. No, może było to sześć godzin, nie bądźmy drobiazgowi. Jakie właściwie są argumenty przeciwko? Będzie za mało różnych dóbr i usług? Teraz jest ich chyba za dużo, wiele kompletnie niepotrzebnych, tyle że nie są równo podzielone. A zresztą czemu ma być ich mniej? Niech pracujący podzielą się pracą z bezrobotnymi, chyba ich na świecie nie brakuje. Nie są odpowiednio wykształceni? To należy ich wykształcić. Za to wszyscy będziemy mieli więcej czasu dla siebie, dla rodziny (polityka prorodzinna!). Na działalność społeczną, na politykę. Dlaczego praca zawodowa ma być najważniejszą sprawą w naszym życiu? Może ludzie wypoczęci, zajmujący się tym, co im sprawia przyjemność, działający bezinteresownie staną się ogólnie sympatyczniejsi? A może chociaż z nudów zaczną czytać książki i przeczytają sobie Chwina. Czyli zamiast narzekać na spadek czytelnictwa, należy zacząć walczyć o skrócenie czasu pracy. Proszę o wpisanie tego na listę postulatów Obywateli Kultury. Źródło: Wysokie Obcasy
Na podobny temat
|
Specjaliści "wychodzący" z uc...
I to jest tendencja trwała, w zacho...