No tak, pomyliłam się. W poprzednim felietonie. Pisałam go jak zwykle z dwutygodniowym wyprzedzeniem - ach, ten cykl produkcyjny, który sprawia, że jajeczko jest zawsze odrobinę nieświeże… Pomyliłam się w sprawie krzyża i pisałam tak, jakby już go nie było, bo nie przyszło mi do głowy, że nie da się go usunąć. Poza tym jednak mówiłam to, co dziś mówią wszyscy, a za dwa tygodnie wszystkim się znudzi. Zaraz więc zakończymy ten temat. Przypomnę tylko, że przyczynę awantury pod krzyżem widziałam w braku odseparowania Kościoła od państwa. Nie powinnam więc się dziwić, że krzyż wciąż stoi, bo i przyczyna nie drgnęła. Obserwując natomiast inauguracyjną mszę prezydencką, pomyślałam: właściwie czemu ma nie zostać? Ten rodzaj krzyży, nawet jeżeli ma coś wspólnego z religią, to jeszcze ma swoją przynależność polityczną. Dla Komorowskiego i PO problemem nie jest krzyż w państwie, tylko partyjna przynależność krzyża. Barwy partyjne można jednak zmieniać, więc wystarczyłoby przypisać krzyż do PO. Co dzień odprawiać przed nim nabożeństwo z udziałem prezydenta i prezydentowej. Jarosław Gowin służyłby do mszy. Grzegorz Schetyna w komeżce też wyglądałby nieźle. Klub parlamentarny PO śpiewałby ‘Boże, coś Polskę’, a Palikot mógłby biczować się gdzieś z boku. Po paru dniach krzyż byłby już całkiem właściwym krzyżem, godnym szacunku i poparcia. Wtedy można by zabrać go do Pałacu, żeby prezydent i posłowie nam się nie pozaziębiali. I umieścić w kaplicy prezydenckiej. Tam już są krzyże, zresztą niejedyne w Pałacu. Zwracam na to uwagę tym, którzy mówili, że krzyż do Pałacu Prezydenckiego nie pasuje, bo jest to urząd państwowy. E tam… Jak pasuje w środku, to czemu ma nie pasować na zewnątrz? W Polsce krzyż wszędzie pasuje, pod warunkiem że służy właściwej opcji politycznej.
Wiem, że nikt mojej rady nie posłucha, a może nawet nie będzie ona za dwa tygodnie aktualna. Wolę już nie przewidywać. I nie oczekiwać. Szczególnie że oczekiwania często nazywa się tu roszczeniami, a należenie do grupy roszczeniowej jest źle widziane. Inna sprawa, że sytuacja sprzyja oczekiwaniom. Mamy właściwie monopartyjne rządy i nie ma już przeszkód, by spełnione zostały rozmaite obietnice. Na przykład obietnica, która padła w orędziu prezydenckim, że poprawi się jakość świadczeń zdrowotnych. Jednocześnie rząd obiecał powrócić do ustawy, którą zawetował poprzedni prezydent. Czyli będziemy mieli ustawę i poprawę. Zobaczymy, czy da się to ze sobą połączyć. Nie chcę tu wnikać w szczegóły ustawy i rozważania, czy na pewno doprowadzi ona do poprawy, szczególnie dla tych, którzy polegają jedynie na NFZ. Powiem więcej, obywatela, który wybrał swoich reprezentantów, nie musi to obchodzić. Natomiast oczekując, że jego ustawowe prawo do ochrony zdrowia będzie respektowane, nie powinien spotykać się z zarzutami, że ma nadmierne roszczenia. Jest na to sposób i nazywa się to prawo. Nie bardzo interesuje mnie, jak to rząd zrobi i zorganizuje, ale chcę wiedzieć, co dokładnie mi się należy. Nie tylko jakie świadczenia, ale też w jakim czasie. Chciałabym wiedzieć, co konkretnie obiecywał mi prezydent.
Ile czasu najdłużej może trwać oczekiwanie na wizytę u lekarza? U specjalisty? Miejsce w szpitalu? Czy każda starsza, samotna osoba, która już sobie nie radzi, znajdzie się niezwłocznie pod właściwą opieką? To są rzeczy, które po prostu można ustalić, są kraje, gdzie tak jest. Zamiast żarliwych zapewnień, że komercjalizacja nie utrudni nikomu dostępu do opieki, chciałabym usłyszeć konkretnie, co to znaczy. Skoro PO naprawdę wierzy w to, co obiecuje, nie ma przeszkód, żeby skonkretyzować te obietnice. Skoro nie ma co oczekiwać od rządzących, że zajmą się prawdziwym rozdziałem Kościoła od państwa, co nic nie kosztuje, a może nawet przyniosłoby spore oszczędności, to niech przynajmniej będzie służba zdrowia. I jasna umowa, co nam się należy. A krzyż niech sobie stoi albo nie, bo tak naprawdę niewiele to zmienia.
Felieton ukazał się w „Wysokich Obcasach” z 21 sierpnia 2010.
Na podobny temat
|
Jednego Piątkowi zarzucić nie można -...
może po prostu o nich nie słychać? cz...