|
Może do czasu ukazania się tego felietonu o książce Grossa już wszystko
zostanie powiedziane, a może nawet zostanie zapomniana, mimo to pozwolę
sobie na trzy uwagi na marginesie tej dyskusji.
Spór o książkę Grossa w dużej mierze stał się sporem o „wielki
kwantyfikator”. A właściwie nie sporem, tylko powtarzaną - po każdej
stronie - mantrą: nie wszyscy Polacy, nie wszyscy Żydzi, nie wolno
uogólniać. Każdy jest jednostką, każdy odpowiada za siebie. Mordowali
bandyci. Jedni Polacy byli antysemitami, inni bohaterami,
sprawiedliwymi wśród narodów świata. Tak, każdy jest oddzielny, a
jednak coś nas łączy i nie mam na myśli charakteru narodowego, bo to
też generalizacja, która może być dla niektórych krzywdząca. Łączy nas
wyssany z mlekiem matki język. To on jest naszym podstawowym
symbolicznym paliwem, nadaje kształt naszym myślom i uczuciom. Tak,
również uczuciom, bo słowa niosą nie tylko znaczenia, ale także emocje.
Nie służą jedynie opisowi, ale wyrażają także nasz stosunek do
rozmaitych obiektów. I słowo „Żyd” wciąż nie jest w polszczyźnie słowem
neutralnym. Dziś już może bardziej neutralnym i opisowym niż kiedyś,
ale dopóki występuje - i to wcale nierzadko - w funkcji obelgi, żyjemy
w języku zainfekowanym antysemityzmem. I dotyczy to wszystkich, także
tych, którzy używają tego słowa w intencji opisowej czy szlachetnej.
Słowa służą bowiem komunikacji, a my panujemy tylko nad tym, co mówimy,
ale nie nad tym, co zostanie usłyszane. Język to nie prawo grawitacji,
może się zmienić, a my możemy starać się to przyspieszyć, ale póki
trwają w nim antysemickie odruchy, to są one częścią naszego
dziedzictwa i nie warto się tego wypierać. Jeżeli nawet jesteśmy wobec
tych odruchów krytyczni, podejmujemy walkę o słowa, i tak musimy
obchodzić się z nimi delikatnie, a często stają nam one kością w
gardle. Nie można całkiem odciąć się od własnej kultury. Następna uwaga
dotyczy empatii i współczucia. Wśród komentatorów „Strachu” tylko
nieliczni - w tej chwili przychodzą mi do głowy Jerzy Pilch, Adam
Szostkiewicz, Halina Bortnowska - mieli odwagę powiedzieć coś o swoich
uczuciach, nie tylko o racjach. A przecież to się wydaje najbardziej
ludzką i oczywistą reakcją na to, co opisuje Gross. Większość jednak
bardzo dbała o to, żeby zachować ton pozornie bezstronnych
komentatorów, bo odruchy serca - przerażenie, rozpacz, współczucie - są
nieobiektywne. Nie mylę empatii z moralnością, wydaje mi się jednak, że
bez niej moralność jest bezkrwista, a rozum bywa ślepy. Że w mówieniu: „No cóż, niczego nowego się nie dowiedzieliśmy, pogrom kielecki był już
sto razy opisany”, słychać tę samą bezduszność, o którą Gross oskarża
świadków zbrodni. Natomiast agresję, rozmaite odcienie urazy okazywano
bez zażenowania. Jak widać, współczucie to sprawa wstydliwa, niechęć
zaś jest jak najbardziej twarzowa i obiektywizmowi nie szkodzi.
Współczuć ewentualnie możemy sami sobie, na przykład na filmie „Katyń”.
A wydaje się, że o wielu kwestiach debatowalibyśmy inaczej, gdyby
częściej stać nas było na odrobinę empatii. I ostatnia uwaga. Nikt przy
zdrowych zmysłach, nawet redaktor Krasowski, nie zaprzeczy, że
antysemityzm był (i nadal w jakimś zakresie jest) realnym problemem.
Kiedy jednak ktoś próbuje coś o tym powiedzieć, zawsze słyszy jedno -
że bardziej szkodzi, niż pomaga, że robi to nie tak, jak trzeba.
Zamiast rozmowy mamy kliniczny pokaz mechanizmów obronnych. Ci, którzy
to mówią, nigdy jednak nie dali przykładu, jak należałoby to zrobić
lepiej czy choćby inaczej. Kościół niby prowadzi dialog z judaizmem,
ale nie potrafi zdecydowanie zareagować na to, co mówi się w Radiu
Maryja, ani na antysemickie broszurki sprzedawane w świątyniach.
Prawica, trzęsąc się o swój endekoidalny elektorat, dyplomatycznie
milczy. A wszyscy budzą się dopiero na trąbkę Grossa, po to żeby
powiedzieć, że brzmi fałszywie. To zacznijcie grać wreszcie czysto!
Tekst ukazał się w „Wysokich Obcasach” 9. lutego 2008 r.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...