|
Jeśli ktoś widział film Pawła Sali Matka Teresa od kotów, wie, że tytuł mojego felietonu, nawet jeśli przez użycie wulgaryzmu łamie reguły poprawności, jest jedynie cytatem. To zdanie powtarzane kilkakrotnie przez bohatera: „Koty mają przejebane”. Koty, czyli kto? I dlaczego? Zacznijmy jednak od początku, czyli o czym to jest. Synowie - duży i mały - mordują matkę. Cofamy się krok po kroku w przeszłość, aby poznać przyczyny tego dramatu, a opowiedziane jest to w taki sposób, żebyśmy wyszli z kina z przekonaniem, że zło jest niewyjaśnialne i że otarliśmy się o jakąś straszną metafizyczną tajemnicę. E, tam. Unde malum (skąd zło) i tak dalej, temat stary, ale jary, mnie to jednak jakoś nie rusza i nie przekonuje. Zawsze bardziej interesujące wydają mi się filmy, które poza mętną metafizyką podsuwają też inne odpowiedzi. Ciekawe, czemu przy okazji Białej wstążki Hanekego - filmu wybitnego, także o psychologicznych kulisach zbrodni - nikt nie miał wątpliwości, że są tu też lepiej uchwytne przyczyny niż tajemnicze zło. To samo da się powiedzieć o Matce Teresie…. Wystarczy zobaczyć tę historię od końca do początku, czyli po bożemu, chronologicznie.
Oto mamy szczęśliwą rodzinę baraszkującą na pikniku. Ale czy rzeczywiście taką szczęśliwą? Pan tata, zawodowy wojskowy, traktuje swego syna bezdusznie, a chłopak zaczyna się buntować. Seks, który oferuje żonie, pozostawia wiele do życzenia. Następnie tata jedzie na misję do Afganistanu, żeby zarobić kasę. Dla chłopców jest bohaterem w mundurze i z bronią. Tatuś zabija i oni też - w grach, które stają się ich fascynacją. Następnie tatuś wraca z wojny. Ma traumę wojenną, nie kontaktuje, nie nadaje się na bohatera. Nie chce opowiadać synom o swoich wojennych przygodach. Zwalniają go ze służby, zaczyna pracować jako woźny, po kłótni z synem pakuje torbę i bez słowa opuszcza żonę i dzieci, żeby zamieszkać w jakiejś pakamerze. Pieniądze traci na nieudanych operacjach giełdowych. Mit tatusia pryska, choć musi go brakować, skoro starszy syn próbuje dostać się do armii. Zamiast osobowego wzorca tatusia żołnierza pozostają jedynie gry i majaczenie o mocy, mocy wręcz nadprzyrodzonej, któremu oddaje się starszy syn. Jego złość kieruje się przeciwko matce. Teraz on staje się wzorem i ojcem dla młodszego brata. Co robi w tym czasie mama? Radzi sobie, jak to zwykle kobiety, i trwa w cichym cierpieniu, bezwolności i bezradności. Ani nie zaklnie, ani się nie upije, ani głosu na nikogo nie podniesie, nawet zapłakać nie potrafi. Jedyne, co jej przychodzi do głowy, to pomodlić się, ale to niestety nie działa. Mężowi proponuje seks i kiełbasę, żeby wrócił do domu.
Synów chroni, a kiedy starszy prosi o pieniądze na amulet chroniący przed złymi duchami, daje mu. Matką-ciotką umierającą się zajmie i koty bezdomne przygarnie. Prawdziwie święta męczennica. Gdyby film opowiadał tę historię chronologicznie, w połowie pewno byłabym gotowa ją zabić, ale ponieważ od początku wiadomo, że nie żyje, więc jej odpuszczam. Synowie nie odpuścili. Czy musieli aż zabijać? Czy dzieci w Białej wstążce musiały zabijać słabych i niewinnych? Oto wielka tajemnica zła! Pomijając ją jednak, potykamy się o dość jasne przyczyny społeczne. W tym wypadku są to pewne kłopoty patriarchatu: z męską rolą, wojną, autorytetem, wolą mocy, męską depresją i frustracją. W tej konfiguracji kobieta nie jest podmiotem w męskiej psychomachii, lecz jedynie ofiarą. I jest to jedyna znana jej rola. Jeśli jeszcze ma coś do zrobienia czy dania, przeznacza to dla nieszczęśliwych, porzuconych kotów. Koty znajdujące się na dnie tej ofiarniczej drabinki mają oczywiście przejebane. Przejebane ma kobieta. I młodszy syn przyuczany do udziału w męskiej paranoi - jak kot w wojsku. Problem w tym, że nie każdy antymęski film jest od razu filmem prokobiecym, a bycie ofiarą wcale nie jest sexy. Sexy są świrujące młode samce, którym w końcu współczujemy, kiedy inne silne samce, pewne swojej męskiej roli, wloką je do więzienia.
Felieton ukazał się w „Wysokich Obcasach”.
Na podobny temat
|
Specjaliści "wychodzący" z uc...
I to jest tendencja trwała, w zacho...