No dobrze, niech będzie, psychoterapeuta jest od tego, żeby umieć
dotrzeć tam, gdzie sami nie docieramy. Jednak sięganie do nieświadomego
to z naukowego punktu widzenia bardzo wątpliwa procedura, tak więc nie
musimy wierzyć we wszystko, co nam opowiada. Sprawdzianem dla
psychoterapeuty jest to, czy pomógł, a przynajmniej nie zaszkodził.
Niestety, mądrzący się w gazetach psychoterapeuci po prostu mnie
irytują, a to mi szkodzi. Zaczynam więcej palić, przeżywam negatywne
stany emocjonalne, które mnie nie rozwijają, tylko wkurzają.
Trochę zaszkodził mi ostatnio Wojciech Eichelberger w 'Dużym Formacie',
ale już parę razy zgłaszałam zastrzeżenia do jego poglądów, więc po co
się powtarzać. Zresztą, co tam Eichelberger - łagodny i nieinwazyjny w
porównaniu z psychoterapeutą Markiem Licińskim. Po pierwsze więc,
doradzałabym Licińskiemu, żeby okiem profesjonalisty spojrzał na swój
wywiad ('Ojciec uciekł, bo przegoniła go mama',
'Gazeta Wyborcza', 30.11.2007) i zobaczył, ile w nim jest jadu, złych
uczuć i emocjonalnego śmiecia. Może sobie tego nie uświadamia? Może
powinien zgłosić się z tym do kogoś, choćby do Eichelbergera, który
nawet jeśli - moim zdaniem - nie ma czasem racji, to przynajmniej nie
wylewa z siebie żadnych pomyj. Ponieważ nie jestem do cna wyzuta ze
zdolności do samooceny, tu zrobię wtręt. Ktoś mógłby powiedzieć:
przyganiał kocioł garnkowi. To, co piszę, też jest często naładowane
nie najlepszymi emocjami. Ale, po pierwsze, ja to wiem, po drugie,
piszę felietony, a nie objaśniam ludziom ich życia. Nie stroję się w
piórka specjalistki, która wie lepiej, tylko pokazuję swoje racje i
swoje uczucia. Komu się nie podoba - może odwrócić stronę.
Zupa się wylewa
Licińskiego, rzecz jasna, też nie musimy czytać, tylko wtedy może
zrodzić się podejrzenie, że to po prostu ucieczka przed niewygodnymi
prawdami, kto wie, czy nie naukowymi, a więc obiektywnymi. A jego
zdaniem obiektywna prawda jest taka, że za cały kłopot ze złymi ojcami
odpowiadają oczywiście kobiety. To kobiety zabierają im dzieci, uwodzą
je emocjonalnie, wolą spędzać czas z nimi niż ze swoimi partnerami i to
jest absolutnie powszechne. Bo Liciński widział to w swoim gabinecie. I
nawet przez myśl mu nie przemknie, że to, co widzi w gabinecie, nie
jest reprezentatywne dla całości społeczeństwa. A poza tym widział nie
widział.
Ja na przykład w życiu nie widziałam kobiety, która nie dopuszcza ojca
do dziecka, żeby napawać się jego bezwarunkową miłością. Owszem,
słyszałam o takich matkach, ale może nie wychodzą nigdy z domu, więc
nie miałam okazji ich spotkać. Widziałam za to masę kobiet, które
starają się dopracować jakiegoś sensownego podziału obowiązków z
partnerem i bardzo chętnie widzą go w roli ojca nawet wobec
niemowlaków. Co więcej, wiem, że coraz większej liczbie par to się
udaje. Z kolei tam, gdzie się nie udaje, coraz częściej kobieta zostaje
sama z dzieckiem i może lepiej, żeby nie towarzyszyło temu jeszcze
poczucie winy, że to ona zabrała mu ojca. Liciński twierdzi, że zupa
wylała się już na zawsze. Zbyt silne, mające te same prawa co faceci i
takie same aspiracje kobiety zabrały im potomstwo. I już nie oddadzą. I
jeszcze wychowają tak, żeby i w następnych pokoleniach nie mogło być
lepiej. Nic się nie da zrobić - załamuje ręce Liciński, bo w takiej
kulturze żyjemy. Otóż żyjemy w takiej kulturze, jaką sobie zrobimy.
Gdyby tak nie było, nadal siedzielibyśmy na drzewach. Oczywiście
kultura jest w dużej mierze samoregulującym się organizmem, który
tworzymy, ale nie potrafimy precyzyjnie zaplanować, co tworzymy. Nie
oznacza to, że nie warto próbować, szczególnie jeśli przedtem
spróbowali inni i świat się od tego nie zawalił.
Dlatego też jestem od dawna zwolenniczką obligatoryjnego urlopu
tacierzyńskiego, czyli przynajmniej miesięcznego urlopu, który może
wykorzystać tylko ojciec. I żadna potworna mamusia mu tego nie zabierze.
Tekst ukazał się w „Wysokich Obcasach” z 15 grudnia 2007 r.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...