U podstaw rozwoju różnych ruchów religijnych wyruszających na podbój świata tkwi logika konfliktu. Konflikt ten jest ostatecznie wojną między "wiernymi", którzy czynią z reafirmacji swej tożsamości kryterium prawd wykluczających się nawzajem i osobliwych. Gilles Kepel, Zemsta Boga
No tak, palę. Nałogowo, namiętnie i egoistycznie - jeśli gdzieś wolno
palić, to robię to. Wiem, że niepalących to wkurza, ale nie potrafię
się powstrzymać. Palę od czterdziestu lat. Gdybym miała wskazać
winnego, to powiedziałabym, że odpowiada za to IV LO im. Emilii
Sczanieckiej. Ale oczywiście to bzdura, sama sobie jestem winna.
Podejrzewam, że mój organizm potrzebuje już nikotyny do swoich procesów
metabolicznych i gdyby mu ją zabrać, zwariowałby. Kiedy słyszę, jak
ktoś mówi, że można po prostu przestać, to myślę, że brakuje mu
wyobraźni. To tak, jakby choremu powiedzieć, żeby po prostu przestał
chorować.
Wiem, nie ma się czym chwalić, i nie chwalę się, po prostu przyznaję.
Jasne jest chyba, czemu wszystkie informacje o prawnych zmianach
dotyczących palenia żywo mnie interesują. I nie cieszą. Zakaz wszędzie
i zawsze? Czy to nie przesada? Nawet jeżeli, trzeba to chyba znieść w
pokorze. Wiem, dym papierosowy truje też bliźniego mego i mu śmierdzi.
Zresztą mnie też przeszkadza - dopóki sama nie zapalę. Czy jednak nie
można by dla palącej mniejszości zostawić jakichś rezerwatów.
Gdzieniegdzie jakaś knajpa? Przedział w pociągu? Wyznaczone miejsce w
pracy?
Jestem gotowa przyjąć wszystkie zakazy, które mają na celu
uwolnienie ode mnie osób niepalących. Czy jednak państwo musi mnie
oduczać palenia za pomocą kija? Wiem, dla mojego własnego dobra, ale
trochę liberalizmu może jednak by się przydało. Ludzie szkodzą sobie na
tysiąc różnych sposobów i może należy w katolickim kraju uszanować
boski dar wolnej woli, która pozwala nam nie tylko wybierać dobrze, ale
też źle? Poza tym nikotyna, chociaż jest narkotykiem, nie jest
zakazana. Wolno jej używać, wolno się uzależnić. Jest trucizną tak jak
alkohol. Trudno porównywać czynione przez nie szkody zdrowotne, palacz
jest jednak z pewnością mniej niebezpieczny dla społecznego ładu.
Oczywiście poza smrodem, tlenkiem węgla i czterema tysiącami trucizn
zawartych w substancjach smolistych. Jest jednak na to rada. Nazywa się
e-papieros, papieros elektroniczny.
E-papieros dostarcza palaczowi nikotyny oraz udaje, że jest
papierosem - dymi, można się nim bawić. Jest od normalnych papierosów,
zwanych przez e-papierosiarzy analogami, dużo zdrowszy dla palacza i
zupełnie nieszkodliwy dla otoczenia. Dym, który produkuje, to para
wodna. Żadnych zapachów, żadnych trucizn. Nie jest tak fajny jak
analogi - plastikowy, smakuje nieco chemicznie, nie można go miętosić
ani strząsać popiołu, można z nim jednak przeżyć bez głodu nikotynowego
w otoczeniu innych ludzi. Podobno dzięki niemu można w końcu się
odzwyczaić tak jak dzięki gumom czy plastrom.
Naprawdę nie potrafię pojąć, czemu w projekcie antynikotynowej
ustawy pojawił się też pomysł - jeszcze niezatwierdzony - zakazu
sprzedaży i produkcji e-papierosów. Mogą uzależnić? Guma też może. A
jednak nikt jej nie próbuje zakazać.
Wszędzie tam, gdzie palący i niepalący muszą przebywać razem,
można by dopuścić używanie e-papierosów. Niech jedni trują się mniej,
skoro już muszą, a drudzy będą wolni od dymu i niebezpieczeństw. Wydaje
się to rozsądnym kompromisem. Wcale nie takim znowu luksusowym dla
palaczy, bo to jednak nie to. Poza tym oczywiście można dla dobra
uzależnionych robić różne rzeczy, które pomogą im nałóg rzucić, ale
może już nie kijem, tylko marchewką - z pomocą programów edukacyjnych,
tworząc ośrodki leczenia nikotynizmu. Może by jednak nas, palącą
mniejszość, dało się potraktować jak ludzi?
Nie ma żadnego racjonalnego powodu zakazu e-papierosów poza jednym
- interesem firm tytoniowych i tych produkujących inne wyroby
zawierające nikotynę.
Póki ustawa jeszcze nie jest gotowa, patrzmy więc na ręce tym,
którzy nią się zajmują. Może są tylko nieracjonalni i pozbawieni
wyobraźni, a może jednak skorumpowani? Nie wiem, kto tu komu i co
szepcze do ucha na cmentarzu, ale chciałabym wiedzieć, kto nalega na
wprowadzenie takiego zapisu. Bo potem żadna komisja śledcza do prawdy
nie dojdzie.
Tekst ukazał się w „Wysokich obcasach” z 30 stycznia 2009.