Integrować to nie znaczy wymagać od imigrantów, by dostosowali się do pierwotnie obowiązujących zasad społeczeństwa przyjmującego, integrować to znaczy współpracować nad powszechnym ustanowieniem na nowo zasad rządzących całym społeczeństwem. Daniel Cohn-Bendit
Jak to mówił Król Lul w dziecinnej zabawie? - Dzień dobry wam, dzieci śmieci… Dziś zapewne zostałby oskarżony o propagowanie postaw antyprokreacyjnych i obrzucony jajkami, oczywiście w imię miłości bliźniego. Jakie śmieci? Dzieci są wspaniałe, a im ich więcej, tym lepiej. A jak kobiety nie wyprodukują ich więcej - białych i polskich - to nie będzie miał kto zapracować na nasze emerytury. Święta racja, Królu Lulu, tylko że ja - jeśli mają na mnie pracować dzieci Giertycha, Wierzejskiego czy Piłki - wolałabym jakichś sympatycznych Wietnamczyków.
Nie potrafię się tą wizją braku polskich białych dzieci przestraszyć, bo wydaje mi się, że w skali globu jeszcze przez lata rąk do pracy nie zabraknie. I może to wreszcie demografia wymusi na polskim społeczeństwie trochę więcej otwartości, skoro nic innego nie działa.
Nie znaczy to jednak, że jestem przeciwniczką rodzin wielodzietnych.
Rodziny dzielą się na dobre i złe, a nie na wielodzietne i patologicznie mało płodne.
Jak ktoś lubi, to proszę bardzo. Byleby był gotów powiedzieć podobne 'proszę bardzo' tym, którym taki model nie odpowiada. Niestety. Marsz zwolenników rodziny i czegoś tam jeszcze pokazał jasno, że będąc za, są przede wszystkim przeciw - każdemu, kto jest od nich inny. Na Paradzie Równości nie widziałam haseł: 'wielodzietna rodzina = ubóstwo + patologia'. Ale jeszcze raz powtórzę: proszę uprzejmie… I nawet nie zamierzam dodawać: byle nie za moje podatki. Może być za moje. Tak, nawet zgadzam się z postulatami ruchów prorodzinnych, żeby rodzice opodatkowywali się razem z progeniturą, przez co będzie mniej pieniędzy na różne publiczne dobra, które są mi do szczęścia bardziej potrzebne niż ich dzieci. Dzieci się na świat same nie proszą i dlatego nie mogą ponosić odpowiedzialności za to, w jakiej rodzinie się urodziły. A skoro się urodziły, należy im się nasza troska. Ale może nie od razu entuzjazm?
Tak jak współczesna kultura stworzyła wyśrubowane standardy kobiecości, wiadomo jakie, tak też stworzyła całkowicie fałszywy model dziecka. Najpierw niemowlaczka podobnego do kociaczka, w sam raz na reklamę pampersików. Potem wcześnie zseksualizowanych dziewczątek nimfetek. Generalnie dzieci są śliczne i ładnie ubrane, a przede wszystkim niesamowicie fajne: wygadane, dowcipne, pełne inicjatywy albo niesłychanie skomplikowane i obdarzone nieprawdopodobnie głębokim życiem wewnętrznym i wyjątkową wręcz wrażliwością. Nad modelowaniem tych ostatnich aspektów pracują już bardziej wyspecjalizowane agendy - literatura i film. Co ciekawe, potem te cudowne dzieci niespodziewanie zamieniają się w obowiązujący obraz młodzieży, która mówi slangiem, pije piwo, ćpa i nie potrafi znaleźć sensu życia. No, chyba że w spożywaniu określonych batonów popijanych określonym napojem.
Dajmy jednak spokój młodzieży, skoro jesteśmy w okolicach Dnia Dziecka. Przed wojną, kiedy nie było telewizji, Antoni Słonimski bez trudu zauważył, że dzieci to zakała ludzkości. To prawda, ale z okazji Dnia Dziecka bądźmy delikatniejsi. Dzieci nie są AŻ tak fajne, jak nam się to wmawia. Nie zawsze tak ładne, zawsze za to niedorozwinięte intelektualnie i moralnie. Brudzą i hałasują. I niestety - co jest ich największą wadą - wyrastają na dorosłych. Niszczą się, marszczą, a potem całkiem psują. Każdy przyzwoity gnostyk przyzna, że lepiej byłoby ich nie płodzić. I zapewne ta cała propaganda dziecięctwa jako niesłychanie atrakcyjnego towaru służy temu, abyśmy coś spłodzili, zanim zdążymy się zastanowić.
I tu słowo o dzieciach nienarodzonych. Dziwią mnie ci, którzy mówią: jakie to byłoby straszne, gdyby mamusia mnie wyskrobała. Byłoby to mniej więcej tak samo straszne jak to, że rodzice kochaliby się w nieco innej pozycji i nie ten plemnik trafiłby na jajeczko. Po prostu, drogi Przestraszony, nie byłoby ciebie, tylko jakiś twój braciszek. I wcale nie byłoby ci przykro.
Tekst ukazał się w „Wysokich Obcasach” z 2-3 czerwca 2007