|
Mamy ostatnio w Polsce wysyp nowo narodzonych liberałów. Nagle, po latach milczenia, kręcenia, bąkania o kompromisach, coraz częściej wracają rozmaite postulaty i nawet PO wystawiło Palikota, żeby je głosił i zapewniał pełne spektrum. A jeszcze parę lat temu wydawał on tygodnik ‘Ozon’ redagowany przez panów z ultrakatolickiej Frondy; dziś jednak wiatr wieje w trochę inną stronę. I ta zmiana kierunku mnie cieszy, natomiast nowo narodzeni liberałowie nieco irytują. Powtarzają hasła, które przecież przez te 20 lat istniały i nawet ktoś za nie głowę nadstawiał, tak jakby właśnie odkryli Amerykę. Nie stać ich jednak na to, żeby chociaż wyszeptać: przepraszam. Przepraszam za to, co robiła (lub czego nie robiła) partia, z którą byłem związany albo nawet byłem jej przewodniczącym, przepraszam za milczenie mojej gazety. W każdym razie pewne kwestie powracają na publiczną agendę. I tak przy okazji Tego Krzyża wróciła kwestia relacji między państwem a religią i okazało się, że można zakwestionować nawet fakt nauczania jej w szkole. Bardzo delikatnie zakwestionować, bo ma to swoje umocowanie w konkordacie. A któż go zawarł? Rząd Hanny Suchockiej, nagrodzonej wiecznym ambasadorowaniem w Watykanie. A kto go ratyfikował? Aleksander Kwaśniewski. A co z tego mamy? Pokolenie ludzi, dla których religia co prawda nie oznacza konieczności poddawania się jej rygorom, ale jest „oczywista”. Oczywiste są chrzciny, śluby, pogrzeby w tym obrządku. Oczywiste klękanie, klepanie modlitw, krzyże w państwowych instytucjach. I do tego przekonanie: bo my już tacy jesteśmy. Jesteśmy - bo tak się nas wychowuje. A potem już każdy może wybrać religię według swego uznania, tak jak mu to gwarantuje konstytucja.
Kiedy jednak przychodzi do formułowania postulatów, co najwyżej domagamy się w szkole etyki. Etyka? Jak najbardziej, byle nie nauczana przez tego samego katechetę. Etyka, filozofia czy religioznawstwo to przedmioty, które pokazują różne możliwości, uczą myślenia i porównywania, tworzą bazę dla samodzielnie dokonywanych wyborów. Katecheza - nie. I nie powinno być dla niej miejsca w szkole. ‘Powoli zacierają się wspomnienia dawnych lat przymusowej ateizacji i eliminowania z życia społecznego wszystkiego, co miało jakikolwiek związek z Bogiem’ - czytamy w liście Episkopatu z okazji 20. rocznicy wprowadzenia religii do szkół. A mnie się wydaje, że pamiętam całkiem dobrze katechezę prowadzoną w kościele, po której moja wiedza o dawno porzuconej religii jest większa niż moich studentów po katechezie szkolnej. Nie pamiętam też żadnych szczególnych represji, które miały mnie od tego odwieść. Przynajmniej w dużych miastach dzieci z jednej klasy chodziły na religię do różnych parafii, w różnych terminach, dlatego nie było wiadomo, kto chodzi, a kto nie. Może dlatego aż do 1968 roku, do fali emigracji, która pozbawiła mnie niektórych kolegów, nie zdawałam sobie sprawy, że do mojej szkoły chodzą dzieci żydowskie. Dziś coraz więcej rodziców, którzy chcą posyłać dzieci na religię, wolałoby, aby odbywało się to poza szkołą. Nikt jednak nie daje im wyboru.
Pięknie, naprawdę pięknie zaczyna się wspomniany list. Wierni dowiadują się, że „trzeba porzucić wszystko, co nas wiąże i krępuje, by osiągnąć prawdziwą wolność i móc naśladować Jezusa”. Może na przykład Kościół porzuciłby zatem dobra odzyskane w tym czasie, warte 24 mld zł? To połowa tegorocznego deficytu budżetowego, byłoby jak znalazł. Chociaż z drugiej strony - czy bogactwo wiąże nas i krępuje? Może przeciwnie, daje wolność i władzę, a krępuje nas np. poczucie przyzwoitości? Te więzy Kościół w Polsce już dawno porzucił, również w kwestii religii w szkole. Obietnice ochrony praw dzieci innych wyznań i niewierzących nie zostały dotrzymane. Religię wprowadzono także do przedszkola, chociaż tego już nie reguluje konkordat. I widać, że Kościół gotów jest bronić swego stanu posiadania. Zatem, nowo narodzeni liberałowie - do boju!
Felieton ukazał się w „Wysokich Obcasach” z 18-19 września 2010.
Na podobny temat
|
Specjaliści "wychodzący" z uc...
I to jest tendencja trwała, w zacho...