Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Dlaczego 1 stycznia? |
|
|
Kinga Dunin
|
|
01.01.2010 |
Człowiek tego nie wymyślił, ani nie wyśnił, tylko zwyczajnie
zaobserwował. Jasność powoli przechodziła w ciemność, a ciemność w
jasność i trwało to pewien czas. Czas ten nazwał dniem. (Eskimosi mieli
z tym pewne kłopoty, ale z braku miejsca musimy ich pominąć). Zauważył
też, że księżyca ubywa i przybywa i też trwa to pewien czas. Nazwał to
miesiącem. Zmieniała się także długość dnia i pogoda, a co ciekawe,
okazało się, że ma to związek z położeniem słońca. Co jakiś czas
podróżujące po niebie słońce znajdowało się na tle tej samej
konfiguracji gwiazd - i to jest rok. Nie było nas, był dzień i miesiąc,
i rok. Nikomu to nie przeszkadzało, a nawet cieszyło swoją nieodmienną
powtarzalnością i pewnością. Z tej radości ludzie zaczęli oddawać się,
również cyklicznie, czynnościom bez większego znaczenia praktycznego,
ale przyjemnym i ekscytującym. Świętowali, na przykład wiosenną
równonoc, gdy cykl zaczyna się od nowa, a równie cyklicznie pracująca
przyroda odradza się. (Poza cyklami płodności ziemi istnieją też
kobiece cykle płodności, choć te akurat związane są z księżycem). W
każdym razie wszystko to zdaje się piękne i sensowne. Monotonny rytm
powrotów uspokaja, a czas pędzący do przodu wcale nie jest potrzebny.
Cały ten cudowny porządek diabli wzięli, kiedy zaczęto wymyślać
kalendarze. Próbowano uzgodnić dni z miesiącami i latami, czego zrobić
się nie da, bo są to cykle od siebie niezależne. Kalendarze nie chciały
pasować do rzeczywistości, wciąż trzeba było je sztukować, dodawać albo
znienacka zabierać jakieś dni. Na przykład podczas ostatniej,
greogoriańskiej reformy kalendarza trzeba było jednorazowo skrócić
październik o dekadę. Ale w końcu udało się, prawie pasuje - trzeba
tylko pamiętać o latach przestępnych oraz o tym, żeby raz na sto lat
rok przestępny opuścić. Dni są dniami, a miesiące są bez związku. Wciąż
jednak mówiąc o nowym roku kalendarzowym mamy na myśli coś, co jedynie
nieudolnie naśladuje majestat naturalnego obrotu Ziemi wokół Słońca.
I skąd nam przyszło do głowy, że właśnie 1 stycznia jest początek?
Oczywiście, skoro kręcimy się w kółko, możemy wybrać dowolny moment,
ale czy początek wiosny, najbardziej tradycyjna pora na to święto, albo
chociaż jesień (tak jak w judaizmie) nie jest lepsza? Niechby 21
grudnia - najkrótszy dzień na naszej półkuli. To 22 grudnia przybywa
dnia na barani skok! Naturalna byłaby też noc świętojańska. 1 stycznia
wziął się z reformy kalendarza Juliusza Cezara, który co prawda
planował nowy rok na 25 marca, ale musiał ustąpić przed żądaniami
senatu, który rozpoczynał obrady 1 stycznia. Tak więc datę tę narzuciła
nam wredna, patriarchalna instytucja władzy, na dodatek ta sama, która
później oddawała chrześcijan lwom na pożarcie.
Od tego też czasu zaczęło być coraz ważniejsze, który to jest rok.
Wówczas liczono czas od założenia Rzymu, my liczymy od narodzin
Chrystusa. Ale oczywiście też niedokładnie, bo w takim razie rok
powinien zaczynać się 25 grudnia. Dionizjusz Exiguus, który wymyślił
Anno Domini, czyli liczenie czasu od narodzin Chrystusa, proponował
zresztą, żeby za początek przyjąć 25 marca, czyli poczęcie Chrystusa w
łonie Matki. Ponieważ jednak 1 stycznia nie dało się odkręcić, Kościół
najpierw zwalczał to święto jako pogańskie, potem lekceważył i dopiero
od jakichś 400 lat dopuścił do uroczystego jego świętowania. Gdyby ktoś
nie wiedział, choć w katolickim kraju to chyba niemożliwe, jest to
święto obchodzone na pamiątkę obrzezania Chrystusa.
Cóż, obrzezanie - moment dobry jak każdy inny. Chociaż stworzenie Adama
- od którego liczą swój czas Żydzi, wydaje się poważniejszym
pretekstem. Od założenia Rzymu, od obrzezania, do hidżry (wygnania
Mahometa) - od czegoś trzeba zacząć. Ale skoro wszystko tak naprawdę
zaczęło się od obrotów ciał niebieskich, czy nie lepiej byłoby też
zacząć od początku? Powiedzmy od uformowania się Słońca i z jego
resztek Ziemi (jakieś 5 miliardów lat temu)? Albo - jeśli musimy już
być tacy antropocentryczni - od narodzin naszej czarnej matki w Afryce
(jakieś 150 tysięcy lat temu)? I gdyby tak powrócić do naturalnego
momentu cyklu - wiosennej równonocy? Wtedy to święto miałoby jakiś
naturalny wdzięk. Oczywiście, to propozycja dla niezrzeszonych w
Kościele. Wierzący mogliby uwzględnić propozycję Dionizjusza, wtedy
świętowano by tego samego dnia, tyle że jedni rok 150 001, drudzy 2001.
Bo 1 stycznia jest zupełnie bez sensu.
Tekst ukazał się w „Wysokich obcasach” 30 grudnia 2000 roku.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 01.01.2010 )
|
|
|
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...