|
Czołowy homofob rządzącej partii Stefan Niesiołowski, krytykując
rozkoszny klip telewizyjny prezydenta, nie mógł się jednak powstrzymać
od dania upustu swoim uprzedzeniom. Uroczysty ślub pary homoseksualnej
nazwał absurdalną parodią małżeństwa. Bo przecież wiadomo, że
małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny. Poucza nas o tym sam mistrz
polskiej filozofii Leszek Kołakowski. Małżeństwo to jest związek
kobiety i mężczyzny - stwierdza z wysokości Oksfordu. Gdyby się wybrał
do Cambridge - to wcale nie tak daleko - może spotkałby tam najbardziej
znanego brytyjskiego socjologa Anthony’ego Giddensa, a ten zacytowałby
mu ustęp ze swojego akademickiego podręcznika socjologii, gdzie możemy
przeczytać (nawet po polsku, bo został przetłumaczony), że małżeństwo
to związek dwojga dorosłych osób. Gdyby natomiast obydwaj panowie udali
się do Teheranu, dowiedzieliby się, że małżeństwo to jest związek
mężczyzny i czterech kobiet. Może to nas prowadzić do filozoficznej
zadumy nad wieloznacznością słowa „jest”, które przy bliższym poznaniu
okazuje się „bywa”. A jeśli coś naprawdę „jest”, to ludzka seksualność:
homo, hetero oraz bi, którą obdarzyła nas Matka Natura. Małżeństwo
natomiast jest zmieniającą się instytucją społeczną. Przynajmniej
małżeństwo cywilne zawierane w świeckim państwie. Czy to znaczy, że
możemy ją sobie dowolnie kształtować? Sobie, czemu nie? Tam, gdzie
dorosłe osoby nawzajem siebie nie krzywdzą. Co bywa, choć nie jest, też
pisze się w rejestr. W ramach ogólnopolskiej wielkanocnej promocji
religijności „Dziennik” poza wywiadem z Kołakowskim („Religia nie
zginie”) zafundował nam też ogromny tekst Johna Greya, znanego
brytyjskiego filozofa, niegdyś liberalnego („Religia nie zniknęła”).
Już sam zestaw tytułów powinien nas natchnąć świętym optymizmem.
Szczególnie tych, którzy pozostaną przy lekturze tytułów i poczują się
umocnieni. Bo tytuły te oraz ich zajawka na pierwszej stronie wyglądają
wręcz triumfalistycznie. Z drugiej jednak strony nie wiadomo, z czego
tak się cieszyć, skoro - jeśli przeczytamy dokładniej takiego Greya -
dowiemy się także, że przy wszystkich swoich zaletach religia „podobnie
jak reżimy ateistyczne rości sobie prawo do tego, aby decydować o tym,
jak ludzie powinni wyrażać swoją seksualność, kontrolować swoją
płodność, kończyć swoje życie”. Jak pisze Grey, roszczenia te należy
kategorycznie odrzucić, bo nikt nie ma prawa do tego stopnia ograniczać
cudzej wolności. I z tym akurat się zgadzam. Należy. I miło, że
prawicowy „Dziennik” nam o tym przypomina, ale dobrze byłoby, gdyby
czasem przypomniał też sobie. Gdyby religia nie mieszała się do
polityki ani do łóżka, tylko zajmowała się transcendencją, do której
podobno wszyscy mamy wrodzony popęd, to proszę bardzo. Mogłaby się
nawet zajmować moralnością, gdyby nie to, że płynąca ze źródeł
religijnych inspiracja etyczna przerobiona przez instytucje religijne
nieodmiennie zamienia się w faryzeizm. W takim razie wolę już
rytualizm. I nie zamierzam dołączać do chóru lamentującego nad
powierzchownością polskiej religijności. Najlepiej byłoby, gdyby
Kościół w odpowiedzi na tę ogólnonarodową potrzebę przekształcił się w
firmę świadczącą usługi dla ludności. Chrzty, śluby, pogrzeby, procesje
- bardzo ładnie potrafi to urządzić. I bardzo słusznie komercyjna
telewizja ujęła się za panem, którego proboszcz nie chciał po katolicku
pochować. Skoro co roku płacił księdzu po kolędzie, to chyba mu się
należało. Tak, część Kościoła można by skomercjalizować, a część
zamienić w partię polityczną, która otwarcie występowałaby w wyborach,
zamiast suflować, szantażować i udawać, że do niczego się nie miesza.
Co by wtedy zostało z Kościoła? Religia i ci, którym jest ona naprawdę
potrzebna. I nie byliby to wszyscy. Bo religia nie jest niezbędna,
tylko bywa niezbędna wybranym. Natomiast rytuały i religijno-polityczne totemy zdają się istotnie wieczne.
Tekst ukazał się w „Wysokich obcasach” z 7 kwietnia 2008.
Na podobny temat
|
Jednego Piątkowi zarzucić nie można -...
może po prostu o nich nie słychać? cz...