|
Kiedyś małżeństwo było solidną instytucją, a na jej straży stały
religia, obyczaje i prawo. Była to instytucja monopolistyczna - w
zasadzie. Tylko w jej ramach można było uprawiać seks, tylko w niej
rodziło się legalne potomstwo, a nie bękarty. Nie wolno było jej
opuścić inaczej niż przez śmierć. Oczywiście w praktyce różnie to
bywało, ale zasady były jasne. Tu się rodzimy, tu spółkujemy, tu
umieramy. Natomiast kryzys instytucji małżeństwa polega na postępującej
demonopolizacji. Niby wszystko jest, jak było, ale coraz więcej wycieka
na zewnątrz. Mało kogo oburza dziś seks przedmałżeński, (współ)życie na
próbę lub na zawsze poza instytucją. Nikomu nie przychodzi do głowy, że
dziecko urodzone przez samotną matkę mogłoby być pozbawione praw. Jeśli
jedna podstawowa komórka nam nie pasuje, możemy rozwieść się i zamienić
ją na inną. I nawet jeżeli niektórzy wciąż wierzą dawnemu monopoliście,
to i tak jest to właśnie tylko były monopolista, którego można zawsze
porzucić. Również ci, którzy przysięgają sobie w kościele, że aż do
śmierci, też o tym wiedzą.
W tej sytuacji nie możemy spodziewać się niczego więcej niż dalszego kryzysu, rozpadu i rozkładu.
Ale
jest jeszcze jedna sprawa, o której należy przy okazji wspomnieć.
Dawniej dzieci rodziły się w sposób oczywisty i naturalny. Dziś to
raczej kwestia decyzji. Ale na szczęście tu właśnie powstaje tama
mająca zapobiec tym niekorzystnym zmianom. Coraz dalej posuwający się
zakaz aborcji, ograniczenie dostępności środków antykoncepcyjnych to
kroki we właściwym kierunku, ale dalece niewystarczające. Myślę, że na
początek należałoby zakazać wszelkiej antykoncepcji, łącznie z metodami
naturalnymi. Gdyby dzieci pojawiały się na świecie z naturalną
częstotliwością, żadna samotna matka by tego nie wytrzymała. Przydałby
się ojciec, i to taki, który nie skacze na boki. Zresztą wiadomo, że
dziecko potrzebuje matki i ojca, i poczucia bezpieczeństwa, a rozwód
jest dla niego tragedią. Jeśli więc chcemy bronić instytucji
małżeństwa, trzeba bronić dzieci, a jeśli chcemy bronić dzieci, trzeba
bronić małżeństwa.
Dlatego też podejmowane dziś środki są
absolutnie zbyt łagodne wobec rosnącego zagrożenia. Następnym krokiem
powinno być - w celu silniejszego związania dziecka z rodziną, a
rodziny z dzieckiem - pozbawienie dzieci pozamałżeńskich praw
obywatelskich. Także alimentów i wszelkiego finansowego wsparcia.
Miałyby tylko prawo do życia - bo życie jest święte - i to wszystko.
Kolejna sprawa to rozwody. Należy ich bezwzględnie zakazać. I separacji
też. Wiąże się z tym pewne niebezpieczeństwo, że ludzie będą unikali
takiej instytucji, a dzieci porzucali w krzakach. Żeby temu zapobiec,
należy zakazać wszelkich pozamałżeńskich stosunków seksualnych. I
ściśle tego przestrzegać. Tu może przyjść nam z pomocą technika. Skoro
możemy mieć monitoring w pracy i w szkołach, w przebieralni w sklepie,
to czemu nie w sypialni?
Wszystko to jest dość proste, wymaga
tylko zmiany kilku ustaw. I nawet jeśli ludzie nie zawsze będą
przestrzegać prawa, to przecież wiadomo, że kształtuje ono społeczną
moralność i jest wyrazem naszego przywiązania do ważnych wartości. A
kto ośmieli się powiedzieć, że instytucja małżeństwa taką nie jest? I
albo przywrócimy jej monopol, albo prędzej czy później zginie.
Dzisiejsi
obrońcy małżeństwa w porównaniu z obrońcami dzieci nienarodzonych
wydają się pełni wątpliwości. Brak im prawdziwej determinacji. Za
kryzys najchętniej winią ludzki egoizm. A przecież ludzie są z natury
egoistami i po to właśnie są prawa i instytucje, żeby egoizm
ograniczyć. Obrońcy życia świetnie wiedzą, że nie wystarczy mówić
kobietom, żeby nie usuwały - trzeba je wziąć w karby. Podobnie nadszedł
czas, żeby wziąć w karby niesforne pary. Niech powstaną ruchy promałż,
posłowie niech się nie ociągają. Brońmy małżeństwa, póki jeszcze nie
jest za późno!
Tekst ukazał się w „Wysokich obcasach” z 16 grudnia 2006.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...