Podobno jesteśmy zieloną wyspą na czerwonym morzu kryzysu. Nasza gospodarka kwitnie - zieleni się i rozwija. Oczywiście, cieszę się, a moja radość jest całkowicie bezinteresowna. Po prostu dobrze, że coś się rozwija, zawsze rozwój jest lepszy od stagnacji czy cofania się. Nie wiem jednak, kiedy - i czy kiedykolwiek - będę miała z tego jakiś egoistyczny pożytek. Bo w końcu poza bezinteresowną radością, że tak w ogóle jest lepiej, każdy ocenia to, co ocenić potrafi, i to, co bezpośrednio go dotyka. Każdy ma swoją listę wskaźników, które mówią mu, czy żyje w kraju rządzonym dobrze, czy nieudolnie. Co mi z tego, że gospodarka się rozwija, skoro służba zdrowia się zwija?
Kolejki, niekompetencja, brak informacji - z roku na rok jest gorzej. I nawet nie ma nadziei na eutanazję, bo choć żaden rząd nie potrafi zadbać o żywych, to nawet umrzeć nie pozwoli. Na emeryturę też nie ma co liczyć. Komunikacja, transport? Jeśli ktoś - tak jak ja - nie ma samochodu, to w zasadzie odcięty jest od dużej części zielonej rozwijającej się wyspy, bo nie da się tam dojechać. Nie wiem, ile osób korzysta ze stadionów, ja częściej bywam na dworcach. I chyba nigdzie w Polsce nie jest to przyjemne doświadczenie. Poruszanie się po mieście? Tłok, smród, korki. Do pracy mogłabym jeździć rowerem, ale jak? Może i gospodarka się rozwija, ale nie stać nas nawet na to, żeby wziąć kubeł z farbą i wymalować ścieżkę rowerową. Akurat trasa, która mnie interesuje, to szerokie i prawie bezludne chodniki, gdzie wystarczyłoby wytyczyć pas dla rowerzystów. I postawić stojak na rowery, ale na to już na pewno nas nie stać.
O rozwoju gospodarczym na mojej ulicy świadczy jakaś bardzo droga knajpa, w której nigdy nie byłam. Zresztą prawie nikogo tam nie widuję. Może jest to pralnia brudnych pieniędzy, a może po prostu jest za droga. Kiedyś była tam biblioteka. Jak nie mogę zjeść luksusowo, to mogłabym sobie chociaż książkę czasem wypożyczyć - ale to nie rozwija gospodarki, bo wypożyczano za darmo, czyli nieekonomicznie. Na mojej uczelni widać rozwój - komputery, ekrany, bajery. I co roku większe grupy studenckie. Może niedługo po prostu wystarczą ochroniarze, którzy będą pilnowali sprzętu i naciskali guzik, dzięki któremu studenci odsłuchają sobie wykład. Będzie bardzo ekonomicznie.
Wiem, nie za wszystkie z tych rzeczy odpowiada bezpośrednio państwo, ale właściwie mało mnie to obchodzi. Może jestem roszczeniowym homo sovieticusem, ale chciałabym uczyć małe grupy studentów, bo wydaje mi się, że miałoby to większy sens, dojechać w miarę szybko i wygodnie do pracy, czasem wypożyczyć sobie jakąś książkę, odwiedzić w czasie wakacji znajomych na prowincji, dostać się do lekarza, kiedy choruję, i na starość nie przymierać głodem. Po prostu mam przewrócone w głowie - chciałabym zamieszkać na zielonej wyspie, na której chociaż tyle byłoby możliwe. Na razie jednak pozostaje mi cieszyć się z zielonej wyspy, na której chyba nie ma ludzi, jest tylko gospodarka. I Cezary Pazura. Dlaczego on? Bo wpadł mi oko. Rzecz jasna nie w tym sensie, co sobie myślicie, tylko w telewizorze (no właśnie, przydałaby się też dobra publiczna telewizja, ale ostatecznie jest internet, więc przeżyję bez). W każdym razie tenże Pazura, kiedy wpadł mi oko, wygłaszał mało oryginalny sąd, że będzie dobrze, jak państwo przestanie działać, czyli przeszkadzać gospodarce, a wtedy wszystkie problemy same się rozwiążą. Może to i prawda, że kapitalizm jest w stanie rozwiązać wszystkie problemy Cezarego Pazury. Zapewnić produkcję setek badziewnych seriali, za które aktor zarabia prawdziwe pieniądze, a nie takie, które się płaci za teatralne role w zupełnie nieekonomicznych teatrach. Za te pieniądze będzie mógł sobie kupić wypasione auto, leczyć się w Stanach Zjednoczonych i nawet zostanie mu na zakup jednej książki. Niestety, zielona wyspa jest tylko dla nielicznych.
Felieton ukazał się w „Wysokich obcasach” z 13 lutego 2010.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...