|
To chyba nikogo nie dziwi, że zanim rząd uchwali jakąś ustawę, wysyła ją do Episkopatu z prośbą o opinię. Zapewne wszystkie demokratyczne europejskie rządy tak robią, a ten podobno właśnie taki jest. Ponieważ chodzi o ustawę dotyczącą wdrażania niektórych przepisów Unii Europejskiej w zakresie równego traktowania, nie dziwi nas również to, że Episkopat jest jej przeciwny. W piśmie w tej sprawie od ks. Mrówczyńskiego do minister Radziszewskiej zastanowiło mnie tylko jedno zdanie: ‘Wyrażona w projekcie ustawy koncepcja standardów w zakresie równego traktowania może okazać się niebezpiecznym otwarciem podporządkowania Polski bliżej nieokreślonym naciskom’. Po polsku oznacza to chyba tyle: oj, bo jeszcze ktoś nam się będzie wtrącał do tego, jak traktujemy naszych obywateli. A co w tym złego? Chyba przede wszystkim to, że jest to zamach na uprzywilejowanie Kościoła w zakresie wtrącania się. Bo w końcu Kościół to globalna, wielka instytucja ze stolicą w Watykanie, która wywiera całkiem dobrze określone naciski. I nikomu innemu już naciskać nie da. Zresztą władza sama chyba o te naciski prosi, skoro podsyła ustawy do skrytykowania. Czyli zapewne wszyscy są zadowoleni. Osobiście wolałabym, żeby wtrącała się Unia niż jacyś księża, ale nie ma to chyba większego znaczenia. Zresztą sama do tego Kościoła należę. Wiem, mogłabym się wypisać, ale to dosyć skomplikowane. Musiałabym pojechać do innego miasta, znaleźć jakieś kwity, potem dwóch świadków, a i tak w końcu mogłabym usłyszeć, że nic z tego. Właściwie jest to zupełnie kuriozalna sytuacja. Ktoś mnie zapisał do jakiejś instytucji, kiedy byłam niemowlakiem, a gdy stałam się pełnoletnia i mogłabym samodzielnie zdecydować, gdzie chcę należeć, nikt już mnie nie pytał. Wydaje się, że w takiej sytuacji wystarczyłoby przesłać gdzieś informację, że już nie jestem zainteresowana, aby automatycznie skreślono mnie z listy członków. Wszelkie dodatkowe procedury i utrudnienia to zwykłe szykany, dyskryminacja niekatolików, a właściwie katolików przymusowo wcielonych. Zastanawiam się, czy jest to dyskryminacja, w sprawie której można by oczekiwać jakichś bliżej nieokreślonych nacisków. Ale na razie pozostaje mi tylko liczyć na ekskomunikę. Szanuję ludzi, którzy zdecydowali się na apostazję, uważam jednak, że jest to procedura absurdalna i bezprawna. Poza lenistwem powstrzymuje mnie też poczucie godności. Może Kościół ma uprawnienia do wypowiadania się na temat ustaw, ale nie ma żadnego prawa orzekania o tym, czy jestem katoliczką. I o czym w końcu mieliby zaświadczać świadkowie? O tym na przykład, że jestem niewierząca? To kolejny absurd - oczekiwanie, że ateiści będą udowadniali swoją niewiarę. Może wiara wymaga jakichś dowodów, uzasadnień, ale niewiara? Nie wierzę w jednorożce. Czy to na mnie ma spoczywać ciężar dowodu, że nie istnieją? Wiara jest dla mnie zagadnieniem kulturowym, społecznym, psychologicznym i - w Polsce - przede wszystkim politycznym. Bardzo interesującym, ponieważ to, w co ludzie wierzą, ma całkiem realne konsekwencje - bez względu na to, czy przedmiot ich wiary istnieje. Natomiast ateizm jest nudny, niczego nie nakazuje, nie determinuje, nic z niego nie wynika.
Cóż takiego miałoby wynikać z tego, że nie wierzę w jednorożce, krasnoludki, zielone smoki czy osobowego boga? Ateizmem nie warto się zajmować. Warto natomiast zajmować się prawami ateistów w społeczeństwie. Na przykład tym, że zostali gdzieś przymusowo wcieleni, a o ich uwolnieniu może zadecydować jakiś proboszcz. Ciekawe jest również to, ilu jest w Polsce ateistów. Można szukać na to odpowiedzi w badaniach socjologicznych, ale po co, skoro jest prosty sprawdzian - podatek kościelny. Członkowie wspólnot religijnych utrzymywaliby je sami, a niewierzący mogliby swoje pieniądze przepić albo pójść do teatru. Nie można bowiem z faktu niewyznawania religii wnioskować o tym, czy ktoś woli pójść na wódkę, czy na spektakl Lupy. Felieton ukazał się w „Wysokich Obcasach”.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...