Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Dzień zaczął się fatalnie – kilkaset osób mieszkających na terenie opuszczonego uniwersytetu dowiedziało się rano, że była to ich ostatnia noc w tym budynku. Policja postawiła zdecydowane warunki i odmówiła jakichkolwiek negocjacji na ten temat. Natychmiast pojawiły się nowe plakaty: „Take your tent and sleeping bag! Today we camp!”. Dla tych, którzy przybyli tylko na manifestację, a nie brali udziału w marszu, mógł to być duży problem – liczyli, że zajęty przez Oburzonych uniwersytet utrzyma się także po demonstracji. Atmosfera była jednak cały czas podniosła – w końcu 15 października to data przełomowa: z jednej strony miała kończyć pierwszy wielki europejski marsz, z drugiej wyznaczać zmianę dotychczasowej strategii.
Manifestacja wystartowała z dworca Gare du Nord. Dość szybko się przekonaliśmy, że belgijska ulica jest równie gościnna jak ulice innych miast. Kiedy marsz rozwinął się na całą długość, okazało się, że bierze w nim udział około 5 tysięcy ludzi – w znacznej części mieszkańców Belgii. Sama demonstracja nie odbiegała charakterem od innych marszy Oburzonych. Nowością była ciężarówka francuskich skłotersów: mieli nagłośnienie, więc w naturalny sposób stała się ona miejscem przemówień. Poza tym były bębny, piszczałki, klowni itd. Dojechali też, w końcu, holenderscy rowerzyści.
Najważniejsi byli jednak „prawdziwi” indignados, ci, którzy przyszli z Madrytu, Barcelony, Walencji, Kordoby, Almerii… Zaczynali w maju na skwerach i placach własnych miast i dziś – po przejściu połowy Europy – wokół nich były tysiące ludzi, w tysiącu miast odbywały się podobne demonstracje, a setki tysięcy osób na całym świecie powtarzały hasła, które narodziły się w Hiszpanii. Dziś był ich dzień i mieli tego świadomość, głośniejsi niż zwykle, bardziej kolorowi, szczęśliwi i dumni.
W pewnym momencie część marszu pomyliła drogę. Natychmiast wyrosła przed nimi barykada z policjantów. Na szczęście nie doszło do konfrontacji i po krótkim spektaklu klownów, których zadaniem było rozładowywanie właśnie takich sytuacji, marsz poszedł dalej wyznaczoną trasą.
Pod wieczór demonstranci dotarli do parku w pobliżu Muzeum Narodowego. Francuska ciężarówka przejęła rolę sceny i rozpoczął się wiec: co chwilę podawano informacje, co dzieje się w innych miastach; mówiono o Rzymie, Londynie, Madrycie, Nowym Jorku, Berlinie, Paryżu… Oburzeni skoncentrowali się na dwóch kwestiach: odpowiedzi na pytanie, dlaczego tu dzisiaj są i jak będzie wyglądała przyszłość. Na wzór hiszpańskiej acampady funkcjonowal „otwarty mikrofon”: ustawieni w kolejce ludzie po kolei wypowiadali się na te dwa tematy. Kiedy mówili zbyt rozwlekle lub nudno, zgromadzeni dawali im do zrozumienia, że woleliby posłuchać już kogoś innego.
Gdy zrobiło się zimno, a na terenie parku zaczęło powoli wyrastać miasteczko namiotów. Oburzeni porozpalali ogniska, wokół których usiedli ci, którzy nie mieli gdzie spać. Kiedy w środku nocy opuszczałem park, obejrzałem się za siebie. Płonące ognie, namioty i bębny na tle monumentalnej architektury uzmysłowiły mi jedno: to wszystko dopiero się zaczyna.
Zobacz też: marsze w innych miastach Europy, przygotowania do manifestacji część 1 i 2
Specjaliści "wychodzący" z uc...
I to jest tendencja trwała, w zacho...