|
Wszystkie dzieci lubią wakacje. Są wyjątkowe, niezależnie od tego, czy
spędza się je w domu, na koloniach czy wczasach z rodzicami. Ferie
zimowe w miejscu zamieszkania są zupełnie inne. Rodzice, nauczyciele i
instytucje muszą w „przerwie zimowej” sprostać wymaganiom, które wiążą
się ze zorganizowaniem dzieciom czasu wolnego. Nie jest to proste, choć
trwa ona krócej niż przerwa od zajęć szkolnych w lecie. Ferie zimowe,
tak na wsi, jak w mieście, różnicują dzieci z wielu powodów, począwszy
od posiadania ciepłego ubrania, na opiece instytucjonalnej kończąc.
Po pierwsze, zimą nie można „ot tak” wyjść z domu. Trzeba włożyć kilka
warstw: podkoszulek, sweter, czapkę, szalik, kurtkę. Nawet mały budżet
domowy musi uwzględnić te podstawowe potrzeby. Ciepłą kurtkę i resztę
ubrań można kupić w sklepie z używaną odzieżą. Z butami jest już gorzej.
Muszą pasować na stopę (a w rozmiarach „lumpeksowych” trudno
przebierać) i być faktycznie ciepłe, niedziurawe, nieprzemakalne. To
ciekawe zresztą, że w Roku Korczaka podniesiono podatek VAT na buty dziecięce, co w zimie szczególnie odczują biedne rodziny.
Kolejna sprawa: opieka i jedzenie. W roku szkolnym teoretycznie
wszystkie dzieci, nie tylko te korzystające z pomocy MOPS-u, jeśli tylko
zostaną zgłoszone przez dyrekcję, mogą dostawać bezpłatne obiady. W
przerwie zimowej posiłki i opiekę muszą zapewnić sami rodzice. Nierzadko
zostają im dwie możliwości: poprosić znajomych czy rodzinę o pomoc albo
wziąć na czas ferii urlop. Pierwsza możliwość wiąże się z dodatkowymi
opłatami dla opiekuna, druga z dezorganizacją połowy miesiąca w pracy.
Korczak pisał kiedyś, dosyć dosadnie: „Dzieci są syte – myślisz, że
zwalczyłeś upór – nie, on się tylko przyczaił”. Zapewnienie podstawowych
potrzeb to dopiero początek innych wyzwań wychowawczych. Jeśli już uda
się tak rozporządzić pieniędzmi, żeby skompletować zimowe ubranie i
opiekę, zaraz pojawiają się kolejne problemy. To koszty rekreacji,
których wcześniej nie bierze się pod uwagę. Poza darmowymi sankami
istnieje przecież wiele innych sportów zimowych, do uprawiania których
nie wystarczą dobre chęci.
W Cieszynie w ramach akcji „Ferie w mieście są nareszcie” obniżono cenę
wejście na lodowisko z trzech złotych do jednego. Nie zaznaczono jednak,
że należy dodatkowo zapłacić za wypożyczeni łyżew, co wiąże się z
kolejnymi czterema złotymi. To samo dotyczy basenu: wejście kosztuje
złotówkę, ale za to nie ma suszarek, a obowiązkowo trzeba mieć klapki i
czepek. Można powiedzieć: to i tak mało. Ale nie dla każdego.
Pojawia się tutaj kwestia godności i wstydu. Przecież dzieci też widzą,
kto ma lepsze ubrania i gadżety. Takie z pozoru drobne różnice
uwidaczniają się właśnie w szatniach, przebieralniach. Od razu rzucają
się w oczy dziurawe skarpety, ciuchy po bracie czy siostrze – wiele
rzeczy, które da się ukryć na co dzień.
Ośrodki kultury i sportu robią, co mogą, żeby zaimprowizować wypoczynek
dla tych dzieci, które nie wyjeżdżają. Warsztaty taneczne, lepienie
garnków, kurs origami, konkursy sportowe. Wszystko na zapisy – jeśli nie
zdążymy, to robi się problem, bo każdy ośrodek ma limity uczestników,
wynikające przede wszystkim z niewielkiego budżetu przewidzianego na
odpoczynek zimowy przez samorządy. Za niektóre zajęcia trzeba też
niemało zapłacić.
Ferie zimowe mogą więc być czasem przymusowego bezruchu dla dzieci, a
dla rodziców – zmagań, by zapewnić im jakąkolwiek aktywność. Bardziej
niż w innych okresach w roku doskwiera teraz brak dostępu do kultury,
nauki i sportu. Nierzadko dzieciom i rodzicom pozostaje tylko nudne
„łatanie” dziur w czasie wolnym.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...