> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.

Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Życie na wyspie Drukuj
Cezary Michalski   
17.03.2011
Życie na Wyspie jest przyjemne, tyle że przyczyny jego ewidentnej przyjemności bardzo trudno jest rozdzielić na te płynące z bieżących politycznych wyborów Wyspiarzy i te wynikające z akumulowanego „przez tak liczne wieki” bogactwa, kapitału społecznego, cywilizacyjnego dorobku. Wyspa nie przechodziła tak często z rąk do rąk. Ostatnia inwazja udała się Wilhelmowi Zdobywcy, zwanemu także Wilhelmem Bękartem, w XI wieku. Do tego niektórzy dodają jeszcze nieszczęsne przystąpienie Wielkiej Brytanii do Związku Sowieckiego Republik Europejskich (cyt. za niektórymi Torysami i nieco większą częścią polskiej prawicy).
 
Nawet skok w neoliberalizm, jeśli skaczemy z trampoliny państwa opiekuńczego  budowanego wcześniej przez ponad dwa wieki, wygląda trochę inaczej niż analogiczny skok w Polsce wykonany ze spróchniałej deski dogorywającego PRL-u. Znów chyba pisząc o starych dobrych czasach nie potrafię się zdobyć na „rzetelną i wyważoną ocenę tamtego okresu” (cyt. za Jakub Majmurek, z bardzo zresztą ciekawego skądinąd przeglądu prasy na portalu KP).
 
ABR zapłaciła właśnie swój podatek komunalny (odprowadzany tutaj co miesiąc przez podatnika bezpośrednio do kasy lokalnego samorządu, niezależnie od podatku odprowadzanego co miesiąc do kasy centralnej). To sporo pieniędzy i chciałoby się w pierwszym neoliberalnym odruchu zarejestrować nauczanie akademickie jako działalność gospodarczą z siedzibą w raju podatkowym, ale po chwili przychodzi jednak refleksja. Przychodzi i zostaje na dłużej. Dzielnica Nottingham, w której wynajmujemy mieszkanie, a za jakiś czas zamierzamy je kupić na kredyt hipoteczny (obleśnie łatwy do uzyskania dla pracujących na Wyspach i nieporównanie tańszy od polskiego, między innymi z tego powodu, że zjawisko „Balcerowicz” zdecydowanie częściej występuje na peryferiach niż w centrum, więc stopę redyskontową tutejszy bank centralny utrzymuje przemocą na niskim poziomie), za podatki zebrane od swoich mieszkańców potrafi sensownie zorganizować im życie. Na przykład zapewniając sprawną komunikację publiczną, nawet jeśli opartą na konkurencji przewoźników „publicznych” i „prywatnych”. Właśnie parę tygodni temu zatrzymująca się na naszym przystanku linia autobusowa Indigo została uzupełniona przez nowego przewoźnika, którego autobusy jeżdżą z logiem Red 5 (skojarzyło się nam to z „Red Dwarf” więc od razu wypróbowaliśmy, tym bardziej, że autobusy są w zdecydowanie lepszym stanie niż statek kosmiczny „Czerwony Karzeł” z kultowego serialu BBC).
 
Konkurencyjność nowego przewoźnika polega na oferowaniu nowych tras i komplementarnej siatki godzin, a nie na wykorzystaniu autobusów, które od paru dziesięcioleci powinny być wycofane z ruchu, ponieważ nie spełniają żadnych norm emisji spalin do wnętrza i na zewnątrz pojazdu (tak jak to się dzieje w przypadku konkurencyjności stosowanej przez prywatnych przewoźników na linii otwockiej). Za „nasze pieniądze” (no dobra, głównie za pieniądze ABR), nasza „komuna” kończy także przysposabiać mikrorezerwat „ptactwa wodnego i ważek” na rozlewiskach płynącej przez Nottingham rzeki Trent. Rezerwat nie jest „zachowany”, ale odbudowany z niczego pośród przemysłowego pejzażu północnej Anglii (tutaj nawet rolnictwo od dawna jest przemysłowe), gdzie większe lasy – łącznie z Sherwood, z którego pozostały „ursynowskie” ogryzki – znikły pod koniec średniowiecza.
 
Trudno się dziwić, że żyjąca w ujutnej atmosferze końca historii Wyspa, kiedy pojawia się kryzys, ma ciągotki do izolacjonistycznego faszyzmu. Tym, którzy stwierdzą, że używając tego pojęcia, jak zwykle przesadzam, ja z kolei odpowiem: odczarujmy faszyzm, zacznijmy o nim mówić analitycznie a nie egzorcystycznie, nazwijmy go może delikatnie za Markiem Cichockim „renacjonalizacją”. Wtedy zrozumiemy jego nieustającą i niepokojącą atrakcyjność, także dla nas samych. Ustrój był to przecież bez wątpienia bardzo wspólnotowy. Jak ktoś nie chciał być wspólnotowy i nosić pochodni, to mógł wyemigrować „poza mury miasta, tam, gdzie żyją dzikie zwierzęta i ludzcy idiotes” (jak to wszystkim nieco mniej wspólnotowym Polakom doradzano po katastrofie smoleńskiej na łamach „Kronosa”, pisma dotowanego w tym roku na sumę 140 000 złotych przez demoliberalne polskie państwo). Dopiero jak nie chciał ani być wspólnotowy i nosić pochodni, ani nie chciał emigrować (albo też nie było go stać na emigrację), wtedy zaczynał się dla niego problem, czasem wielki problem. Politykę faszyzm traktował jednak bardzo poważnie, a nie ironicznie jak ci okropni demoliberałowie z Krakowskiego Przedmieścia z mistrzami Yoda na głowie. Faszyzm szanował także lokalną tradycję (nawet jeśli rekonstruowaną od podstaw) i sceptycznie podchodził do całej tej kosmopolitycznej globalnej modernizacji. Te cechy faszyzmu nie tylko wielu prawicowcom, ale także wielu lewicowcom mogłyby się dzisiaj spodobać, nie każdy jest w końcu tak nudnym (nawet jeśli wredniejszym od Bella i Kołakowskiego) konserwatywno-liberalnym socjaldemokratą jak ja.
 
Cameron, aby uspokoić „zwykłych Angoli” – wściekłych, że kiedy im obniża się zasiłki i pensje, biznesowe elity kapitalizmu (powszechnie i publicznie obciążane odpowiedzialnością za kryzys, nawet przez neoliberalnych państwowych przywódców) popisują się przed ludem swoimi wielomilionowymi rocznymi nagrodami – ogłosił wprowadzenie kwot zatrudnienia (i wjazdu) dla imigrantów. Na początku tylko dla tych spoza Unii, ale ludzie Camerona deklarują półgłosem po mediach, że także dla tych z Unii by się przydało, „szczególnie dla tych Polaków”. Bruksela przeraża się i oburza… Ot, zwykłe piarowe gierki, których uczestnicy wychodzą z założenia, że napięcia społeczne zawsze da się przewekslować w bardziej naturalny brak sympatii dla obcych (dała nam przykład Marine Le Pen, rocznik nomen omen ‘68, jak zwyciężać mamy, zwyciężać, a w każdym razie zdobywać niebywałą popularność w sondażach). Zupełnie pozakwotowo będą do Anglii wjeżdżali ludzie mogący się wykazać w momencie przekraczania granicy rocznym dochodem w wysokości co namniej 28 tysięcy funtów (blisko 130 tys. złotych to dla globalnego „konserwatysty współczującego” pestka). To typowa dla neokonów „walka z multikulturalizmem” (cyt. za Piotr Semka), gdzie jedynym kryterium przynależności do cywilizacji „naszej” lub „nienaszej” jest poziom materialnego bogactwa (już mówiliśmy: książę z dynastii Saudów należy do „naszej”). W ten sposób David Cameron stał się wyznawcą najbardziej redukcyjnej wersji materializmu historycznego (Marks złapałby się za głowę), ale ani sam tego nie powie, ani przed chłopcami z „Rzepy” się do tego nie przyzna.
 
Faszyzm na Wyspach może będzie kiedyś, a może go nie będzie. Na razie panuje tu raczej względne poczucie bezpieczeństwa i to nawet wśród imigrantów, którzy granice Wyspy już zdążyli przekroczyć. Pierwszą konsekwencją tego względnego poczucia bezpieczeństwa jest oczywiście to, że polskie rodziny w Anglii (jak to skwapliwie odnotowano także u nas w kraju) mają tutaj przeciętnie więcej dzieci niż w Polsce. I to mimo sytuacji emigranckiej, która przecież poczucie bezpieczeństwa stanowczo obniża. I mimo tego, że Polska jest krajem katolickim, podczas gdy tutaj, gdzieś od czasów Henryka VIII, buszuje relatywistyczna cywilizacja śmierci. Ale za to żyć jest przyjemniej, m.in. dzięki pomocy instytucjonalnej i socjalnej, w którą Cameron uderza, ale której nie sposób tak szybko zdemontować. Jak sobie z tym fenomenem intelektualnie poradzą nasi katoliccy neokoni? Przecież rodzenie dobre, a państwo opiekuńcze złe. Ale jakoś państwo opiekuńcze sprzyja rodzeniu, podczas gdy neoliberalny chlew, choćby i poświęcony, kobiety przeraża – nie chcą zdać się na łaskę „rodziny na swoim”.

Oczywiście pisząc o rodzeniu dzieci, jako umiarkowany maltuzjanista reformistyczny, nie mówię tu o wyczynach katolików rozpłodowych, ale o skromnym „wskaźniku zastąpienia”. A dlaczego nazwałem się „maltuzjanistą umiarkowanym i reformistycznym”? Otóż nie będąc entuzjastą katolicyzmu rozpłodowego (jak pamiętamy z Ewangelii abp. Michalika, Chrystus miał z Marią Magdaleną – bodajże w Indiach albo na południu Francji, w każdym razie po udanej ucieczce spod krzyża – dziewięcioro dzieci, które odziedziczoną po ojcu – i Dziadku? – tradycję wielodzietnej rodziny na swoim skwapliwie kontynuowały, bez trudu przelicytowując w dzietności wyznawców Islamu, dopóki nie pojawiła się Unia…), nie jestem jednocześnie zrzędliwym maltuzjanistą radykalnym w rodzaju późnego Stanisława Lema. Ten czołowy głos oświecenia (bez dialektyki) w Polsce proponował spryskiwanie Afryki z samolotów substancjami kastrującymi chemicznie albo „wpuszczanie im tego” do wodociągów. O ile pamiętam, Lem formułował te propozycje nawet na łamach „Tygodnika Powszechnego”, ale – parafrazując pana prezydenta (tego żyjącego, a nie tego mitycznego) – jakie chrześcijaństwo takie tygodniki katolickie (przy czym i tak mówimy o najambitniejszym), a także (to drugie wynikanie może kogoś zdziwić, ale tylko pomyślcie…) – jakie chrześcijaństwo takie oświecenie.

Komentarze
Dodaj nowy
cookie   |17.03.2011 01:27:56
"Dupowate" chrześcijaństwo, "dupowate" Oświecenie.
Tolek   |17.03.2011 09:37:30
"Jak sobie z tym fenomenem intelektualnie poradzą nasi katoliccy neokoni?
Przecież rodzenie dobre, a państwo opiekuńcze złe. Ale jakoś państwo opiekuńcze
sprzyja rodzeniu, podczas gdy neoliberalny chlew, choćby i poświęcony, kobiety
przeraża
lechutek  - Co dalej Panie Michalski?   |17.03.2011 17:31:17
Ciekawe jak długo jeszcze będzie Pan bredził w tym duchu Panie Michalski. Gdzie
Pan ma w Polsce ustrój neoliberalny, a w GB opiekuńczy?
Józef  - Czas na nowy gatunek polityków w Polsce .   |18.03.2011 10:41:48
I o to ja i moi przyjaciele mamy pretensje do polskich polityków że nie potrafią
być jak brytyjczycy , że nie są przygotowani do roli którą wzięli ; ani
merytorycznie , ani intelektualnie . Polak będzie płacił Polakowi 2,17eu/godz za
taką samą pracę co brytyjczyk płaci 8,5 eu , i w Polsce nie ma polityków ( wśród
związkowców też ), którzy tą relację by poprawili . Czas by premierem w Polsce
została kobieta , może wtedy to będzie polityk z jajami .
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.96798 Seconds