|
Życie bez opozycji jest fajne. Podczas gdy PiS zajmuje się na Wiejskiej wymachiwaniem smoleńskimi relikwiami (już tylko Jadwiga Staniszkis wierzy, że Macierewicz będzie „wsparciem dla polskiej prokuratury w prowadzeniu śledztwa”, choć nawet ona traci wiarę w „promodernizacyjną dwutorowość PiS-u”), stachanowiec Sekuła postanowił wygasić komisję hazardową na dwa miesiące przed terminem wyznaczonym przez marszałka Schetynę. Gdyby w takim tempie Platforma realizowała inne swoje polityczne cele, autostradami jeździlibyśmy na Księżyc, a z naszych kranów leciałby wrzątek. Tak jak w zamierzchłych czasach przed katastrofą smoleńską, znów zastanawiam się, po co to Sekule? Kim chce zostać z nadania swojej partii, jeśli aż tak się jej postanowił przysłużyć: prezesem telewizji publicznej, prezesem publicznego radia, a może prezesem ORLEN-u skąd nawet solidarny Kownacki wyniósł niegdyś parę milionów złotych samego tylko rozstaniowego? Może Sekuła chce zostać wicemarszałkiem Sejmu, jak Niesiołowskiemu pęknie żyłka w mózgu w trakcie wysłuchiwania kolejnej konferencji prasowej swojego dawnego kolegi z ZChN-u, a sądząc po stanie jego nerwów nastąpi to wkrótce? Wiele jest stanowisk do obsadzenia pod wielkim dachem nieba i każde z nich czeka na Mirosława Sekułę.
A Polska czeka na opozycję, bo w demokracji silna opozycja także na władzy wymusza jej siłę albo jej odejście. PiS na żadnej władzy niczego już nie wymusi - ani na Putinie, ani na Tusku - bo świadomą polityczną decyzją Jarosława Kaczyńskiego jego partia przestała być poważnym graczem, na co najlepszym dowodem jest zachowanie frakcji biznesowej „Rzeczpospolitej” (Lisicki, Magierowski, Janke). Od czasu ukazania się słynnego wywiadu Kaczyńskiego w „Gazecie Polskiej”, ci rozsądni chłopcy publicznie przestali wierzyć (bo oni wierzą publicznie, zatem i publicznie tracą wiarę) w przetrwanie Prawa i Sprawiedliwości. W nowo zaistniałej sytuacji orientują się coraz wyraźniej na… Jarosława Gowina. Gowin stał się w ogóle ostatnio mężem opatrznościowym. Po tym, jak Kaczyński postanowił walczyć w wyborach samorządowych pod sztandarem Macierewicza o 20 procent wyborców ze wsi i miast poniżej 20 tyś. mieszkańców, a także powyżej 60 roku życia i z wykształceniem podstawowym (to naprawdę nie jest epitet, w rodzaju „ciemnogrodu” czy „babci”, ale beznamiętny statystyczny opis twardego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości), nie tylko z natury wielkomiejska „Rzepa” ale także Kościół postanowiły się z Gowinem przeprosić. Wcześniej zrobiły to już niedobitki LPR-u w Krakowie, które także lubią łączyć twarde narodowe wartości z posiadaniem iPhona czwórki (przypominam, nawet Miedwiediew nie mógł się oprzeć). A Gowin to dzisiaj (nie zawsze był aż taki) najbardziej w PO wyrazisty amerykański zestaw neokonserwatywny po katolicku zlokalizowany: wolny rynek bez ograniczeń plus publicznie wyznawana religia. Neokoni to jednak bardzo zmodernizowana wersja kontrreformacyjnych Sarmatów i dlatego ja nigdy nie nazywałem Gowina „ajatollahem”. Kibicowałem mu nawet, kiedy zaproponował jednak prawne uregulowanie paru kwestii sumienia i od abp. Leszka Sławoja Głódzia czy abp. Józefa Michalika, którzy świeckiemu prawu nie ufają, mocno wtedy oberwał.
To relatywne pozycyjne wzmocnienie się Gowina (przypominam: mąż opatrznościowy „Rzepy”, Kościoła, sytuacyjny sojusznik Schetyny, który będzie go używał jako gustownego konserwatywnego młoteczka na Palikota, myślę że nawet Tusk ma nadzieję przeprowadzić dzięki Gowinowi do Platformy całą „biznesową” frakcję katolickiej prawicy),jest interesujące z innego jeszcze powodu. Jeszcze raz potwierdza moje głębokie przekonanie, że niezależnie od mitycznych 13 procent Napieralskiego, Polska po Smoleńsku, podzielona pomiędzy PO i oszalały od bólu PiS, jest bardziej przesunięta na prawo, niż była przed KATASTROFĄ. Posmoleńską Polską, jak pokazały słynne negocjacje w sprawie krzyża na Krakowskim Przedmieściu, nie sposób rządzić bez wcześniejszego porozumienia warszawskiej kurii i harcerzy. Wyobraźmy sobie, co będzie, jeśli ten sam skład zajmie się negocjowaniem parytetów albo In vitro?
W tej sytuacji nie zamierzam dla równowagi krytykować Palikota. Palikot był nieprzyjemny, kiedy atakował żywego Lecha Kaczyńskiego i wtedy go za to krytykowałem. Bo żywy Lech Kaczyński i stojący za nim wówczas półżywy PiS były tak słabe, że brutalność wobec nich była niepotrzebna. Obciążała tylko samego Palikota i PO, jawnie brudziła im ręce, a emancypujące się mieszczaństwo woli mieć u władzy gładkich hipokrytów niż jawnych brutali. Jednak po Smoleńsku, Jarosław Kaczyński i PiS ożywieni śmiercią Lecha Kaczyńskiego byli w kampanii prezydenckiej wystarczająco silni, aby na wyciągnięcie ręki zbliżyć się do odzyskania władzy w Polsce. W tej sytuacji brutalność Palikota przestała być dla mnie zajmującym tematem (tylko brutalności naprawdę silnych egzekwowanej wobec naprawdę bezbronnych warto się przeciwstawiać). Ja na brutalność Palikota zacznę zwracać uwagę dopiero, jak PiS się rozpadnie, a on wciąż będzie ścigał po lasach i bagnach niedobitki, żeby z nich sobie boleśnie zaszydzić. Moja absolutna i bezkompromisowa tolerancja dla Palikota po Smoleńsku nie oznacza jednak, że mam zamiar zapisać się do jego partii, jak to sugeruje Aleksander Kaczorowski w ostatnim „Newsweeku”. Za zupełnie pewnych działaczy nowej partii Palikota, której założenie nieomalże doradza, uznał on tam „publicystów Krytyki Politycznej”. Ponieważ czytuję Michała Sutowskiego czy Kingę Dunin, nie sądzę, aby to w nich Kaczorowski dostrzegł żołnierzy Palikota. Nawet ja do partii Palikota nie wstąpię, bo uważam, że stabilna władza jest w Polsce największą wartością (stabilna władza liberalnej prawicy jest także warunkiem ukształtowania się dojrzałej i politycznie skutecznej lewicy). Jeśli Palikot wyciągnie Platformie choćby 5 procent wyborców, sam się nie używi, a Tuskowi rządzenie skutecznie uniemożliwi. Poza tym, Palikot jest świetnym skrzydłowym emancypującego się polskiego mieszczaństwa, ale lewicowcem nie będzie i wszelkie udawanie nikogo na dłuższą metę by nie przekonało. I wreszcie, Palikot równoważy Gowina w Platformie, a kto zrównoważy Gowina, jeśli Palikota w Platformie nie będzie? Być może SLD, jeśli Platforma po wyborach parlamentarnych będzie musiała zawrzeć z Sojuszem koalicję. Ale jeśli nie będzie musiała?
Wiem, że te wszystkie drobiazgowe wyliczenia (czasami dopycham rachunek kolanem, żeby mi się zgadzał, ale tak robi zdaje się większość „komentatorów”), w ogóle nie zainteresują ludzi, dla których jedynym akceptowalnym minimum „polityczności” jest Ahmadineżad walczący z Ameryką albo Chavez odważnie rzucający wyzwanie dalekiemu Watykanowi i sąsiedniej Boliwii. Polityków aż takiego formatu faktycznie w Polsce nie mamy. Ale ja moje rachunki adresuję do ludzi zainteresowanych małą, żmudną polską codziennością. A jaki z nich wynika morał dla lewicy? Strzeżcie się polskiej prawicy po Smoleńsku, jej istotna część to niestety „śmierciożercy” (cyt. za J. K. Rowling). W Smoleńsku najbardziej chora część polskiej prawicy nakarmiła się śmiercią na lata. Lubi nią przyprawiać nawet globalny kapitalizm, który wydaje się jej wówczas mniej nudny, bardziej nasycony „wartościami”. I nawet szaleństwo Kaczyńskiego nie rozwiąże problemu siły polskich „śmierciożerców”. Przed Smoleńskiem nigdy bym takich słów nie używał, ale Smoleńsk mnie zmienił (a jednak chłopcy z „Rzepy” mieli rację, Smoleńsk może nie uszlachetnia etycznie, ale na pewno wyostrza zmysły). Smoleńsk pokazał potencjał, którego istnienia wcześniej nie doceniałem. I ja dopiero po Smoleńsku uważam, że watahę śmierciożerców należy zepchnąć do narożnika (taki subtelny futbolowy eufemizm). Inaczej resztę życia naprawdę spędzicie pośród wirtualnych ruin, poszukując wirtualnych relikwii.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
jakim cudem ceny we wloszech wzrosly ...
Może słabość jakości religii w szkole...