|
Byłem na zjeździe ruchu Palikota. Nie tylko dlatego, że była tam ABR i recenzowała z trybuny program 15 kroków, ale dlatego, że chciałem tam być. Palikot mnie ciekawi, do frontu ludowego na rzecz liberalnej modernizacji Polski bardzo mi pasuje, nawet jeśli jego zachodni liberalizm jest nieco przesiąknięty zarówno Wschodem jak i brutalnością… Polemizowałem z nim, kiedy był silny (przed Smoleńskiem), nie widzę powodu, żeby z nim polemizować, kiedy silni stali się jego wrogowie (po Smoleńsku). Przed Smoleńskiem jego brutalność była może skuteczna, ale nie była potrzebna, teraz jest potrzebna, choć niekoniecznie skuteczna. Poza tym, na parę dni przed zjazdem zobaczyłem pospolite ruszenie prawicowych dziennikarzy. Nie tych dzielnych furiatów działających zawsze z odkrytą przyłbicą i ostatecznie lądujących w rowie, ale tych od lat po endecku przycupniętych po różnych mainstreamowych mediach, zakonspirowanych w najgłębszym podziemiu hiperradykałów, którzy Tuska („człowiek bez właściwości”, „polityk miłości”, „dziadek z Wehrmachtu”, „liberał”…) nienawidzą po cichu, ale nigdy by go na głos nie ruszyli, bo dopóki Tusk rządzi, to by ich szefowie i właściciele na kopach z redakcji wynieśli. Teraz jednak na Palikocie zakonspirowani prawicowi dziennikarze mogli się wreszcie wyżyć, bo parasol partii rządzącej przestaje go chronić (czasami pozwalano im się też wyżyć na Sikorskim, choćby takiemu Warzesze). I nasi superbohaterowie w przebraniach z Reala (choć oni sądzą, że to są przebrania co najmniej z Marksa i Spencera) mogli wreszcie oczyścić swoje ubrudzone oportunizmem duszyczki. I wylać całą odkładaną przez lata antyplatformerską frustrację na… świeżego dysydenta Platformy. I wreszcie ostatni argument, który mnie tam powiódł. Przyglądając się polskiej polityce dokładnie od trzydziestu jeden lat, wreszcie nauczyłem się wybierać mniejsze zło. Może nawet z moją dzisiejszą posmoleńską wiedzą o prawdziwym potencjale polskiego “republikanizmu”, 13 grudnia stanąłbym przy koksowniku? (No nie, muszę przecież wierzyć we własne dzieciństwo, poza własnym dzieciństwem człowiek nic już nie ma, muszę zatem wierzyć, że pierwsza „Solidarność” nie była taka jak dzisiejszy Wildstein, „młody” Krasnodębski nie był taki jak Krasnodębski „stary”, a „młody” Wojtyła nie był taki jak „stary” Terlikowski, Tomasz Piątek musi się mylić…)
Ale nie do świetnie zakonspirowanych prawicowych dziennikarzy tu piszę, ale do młodej lewicy. I właśnie w oczekiwaniu na nieunikniony wylew jej antypalikotowych tekstów pozwolę sobie cichutko zapytać: czy rzeczywiście waszym największym problemem jest dziś Janusz Palikot? Najpoważniejszym przeciwnikiem, którego należy teraz polemicznie skopać? Z jednej strony, tak. Gdyby młoda lewica zaczęła kiedyś uprawiać politykę, okazałoby się, że na jakiejś części zbioru jej potencjalnych wyborców siedzi już Palikot. Ale czy Janusz Palikot jest większym przeciwnikiem nowej lewicy niż Sławoj Leszek Głódź i Jarosław Gowin (to zestawienie nie jest bynajmniej utożsamieniem)? Mnie się akurat Gowin wydaje sympatyczny, żadnej jawnej brutalności, siwe włosy ze zgryzoty nad poziomem Platformy, którą jednak uznał za najmniejsze zło, za najlepsze w obecnej sytuacji polityczne narzędzie… Co jednak z tego, że tak sympatyczny z niego gość, kiedy jego obiektywna funkcja polityczna i ideowa to zaklajstrowanie i zacementowanie hegemonii. Gowin przesuwa „prawą Polskę” (wedle Krasnodębskiego, Wildsteina, Pospieszalskiego… cierpiącą w okowach „lewactwa”, wedle mojej diagnozy panującą z grubsza wszędzie, nad wszystkim, w paru swoich podstawowych odmianach: od partyzanta Pospieszalskiego po minister Radziszewską) jeszcze bardziej na prawo. Gowin wolał regulację prawną in vitro od panującego zdziczenia (zresztą zdziczenia dostępnego tylko dla bogatych) zaklajstrowanego przez Kościół i państwo. I słusznie, że wolał. Ale od razu po natknięciu się na ścianę biskupów (w stałych fragmentach gry, a w Polsce zawsze są stałe, skuteczniejszą niż mur Hiszpanów w znanym meczu z Niemcami), którzy swoją biopolitykę traktują poważniej - jako najnowocześniejsze, importowane prosto z USA narzędzie świeckiej dominacji – niż nauczanie jakiejś tam zapyziałej Ewangelii sprzed 2 tys. lat, Gowin zaczął się zmieniać. Ukonserwatywnił swoją propozycję tak, że w końcu znowu może się okazać, iż - jak to zwykle w Polsce - lepsze jest to nasze codzienne mięciutkie bezprawie, na które przymykają oczy Kościół i państwo, niż prawo, bo każde prawo uchwalone w tym kraju będzie musiało – wynika to z prostego rachunku sił politycznych – być opresywne wedle zinterpretowanych ideologicznie religijnych kryteriów. Jak mawia Marek Jurek, „w kraju zamieszkałym przez katolików prawo powinno uwzględniać ich oczekiwania”. Tyle że nawet nie o katolików tu chodzi, tylko o ludzi, którzy muszą dominować nad innymi bardzo głęboko, aż do poziomu życia prywatnego innych. Bo jak nie dominują, to sami czują się opresjonowani albo niepotrzebni. A że jako narzędzie dominacji nad swoimi bliźnimi wybrali akurat Boga… to akurat w Polsce ci dość specyficzni ludzie stali się politykami katolickimi. Kiedy zatem z jednej strony biskupi powiedzieli „nie”, a z drugiej wydarzył się Smoleńsk, Gowin zaczął utwardzać „antylewacką” linię. W istocie linię antyliberalną, jeśli liberalizm rozumiemy jako coś bardziej skomplikowanego niż obniżanie podatków i prywatyzację. Ale nawet Gowin nie jest żadnym demonem, żadnym ajatollahem. Gdyby tak było, byłoby zbyt łatwo. Wystarczyłoby ajatollaha usunąć, by wyzwolić postępowy z natury lud. Jest jednak wprost przeciwnie, Gowin (dwadzieścia lat temu naprawdę poczciwy zwolennik „Kościoła otwartego”, nie tylko ja się zmieniam, nie tylko ja jestem „człowiekiem bez właściwości”, człowiekiem wędrującym po tym kraju od Bałtyku do Tatr), w partii rządzącej musi być “endeckim” wytworem „endeckiego” społeczeństwa obywatelskiego. Podobnie jak „endeckie” bywają jako wytwór „endeckiego” społeczeństwa obywatelskiego PO czy SLD (tylko wtedy, gdy rządzą i tylko tam, gdzie rządzą).
Zatem jest w dzisiejszej Polsce słaba młoda lewica, jest słaba lewica stara, są słabi liberałowie i jest słaby Palikot. I wszyscy ci słabi zawodnicy będą sobie wzajemnie podstawiać nogę w naszym „prawym kraju”. Kultura Liberalna będzie przykładać Krytyce Politycznej Wildsteinem i Ziemkiewiczem, Krytyka Polityczna będzie Palikotowi przykładać zarzutem „pogardy dla ludu”… (tak na marginesie, lud przyjechał do Sali Kongresowej w liczbie ładnych kilku tysięcy, a był to głównie rozczarowany lud platformerski, rozczarowany posmoleńskim skrętem na prawo Platformy i jej polityczną ostrożnością na każdym froncie, która przerodziła się już w paraliż, więc może młoda lewica nie ma się czego aż tak bardzo politycznie obawiać?).
Zatem jak się realne lewicowe i liberalne mniejszości w naszym „prawym kraju” będą tak dalej sympatycznie wzajemnie wykańczać, podczas gdy po drugiej stronie nawet „Rzeczpospolita” (fakt, że raczej Lisicki i Magierowski niż ich zapalczywi naiwni koledzy) zrozumiała, że należy się przeprosić z Radziszewską, szczególnie kiedy zależą od tego zarówno „prawicowe wartości” jak też prawicowe przeżycie, to trudno się dziwić, że w konsekwencji Donald Tusk, nasz biały Obama zawsze czekający na jakieś „społeczne oburzenie” (przeciwko pedofilom, dopalaczom…) żeby za nim podążyć, znów będzie musiał dojść do wniosku, że w swoim szukaniu głównego nurtu politycznej energii trzeba mu iść za prawicą, nawet jeśli ją niespecjalnie lubi. Bo ani lewica, ani nawet liberałowie w żagle władzy mu nie nadmuchają. A przecież nie o nadmuchanie Donaldowi Tuskowi tu chodzi. Ważniejszym problemem jest to, czy lewica i liberałowie we własne żagle kiedyś będą w tym kraju potrafili nadmuchać. Dlatego właśnie ja trzymam kciuki za to, żeby Palikot przekroczył 5 procent w jakichkolwiek wyborach. Kiedy on to zrobi, kiedy któraś spośród polskich dziwacznych mniejszości w ogóle to zrobi (przypominam, że ani Zielonym 2004, ani Partii Kobiet się nie udało), innym pretendentom do 5-procentowej potęgi paradoksalnie szanse się zwiększą, nie zmniejszą. Inni wariaci (czyli ci, którzy „prawej Polski” nie uważają za coś tak doskonale przezroczystego jak powietrze nad Nową Hutą w latach 80.) raczej się od sukcesu jednego wariata ośmielą, a nie go przestraszą.
PS: Czasem mam wrażenie, że tylko jedna Magdalena Środa rozumie, co ja tutaj piszę. Ale właśnie dlatego ona akurat była w Sali Kongresowej, mimo że daleko nie wszystko jej się tam podobało. I jeszcze jedno, ludzie ośmielą się głosować nie tylko na Platformę dopiero wtedy, gdy PiS stanie się słabszy. To jeszcze jeden z naszych stałych fragmentów gry, który sprawia, że wszystko jest tak przewidywalne i nudne. Póki co, udawane szaleństwo Jarosława Kaczyńskiego, kiedy w dodatku może je odgrywać dla 30-procentowej widowni, ciągle dyscyplinuje wszystkich pozostałych. On to wie, my to wiemy, nie ma za co go lubić.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...