|
„Zadanie polega na wyjściu poza prostą tolerancję wobec innych, do pozytywnej emancypującej Leitkultur”. Leitkultur, kultura wiodąca. To centralne pojęcie tekstu Slavoja Žižka, znów interesującego, który zawiesiła na swoim portalu Krytyka Polityczna. Žižek nie jest Sarmatą, także IQ ma wyższe niż 80, dużo wyższe (pomału zaczynam przypominać Niesiołowskiego z „Kropki nad i”, i podobnie jak on coraz mniej na to mogę poradzić, to jak powolna przemiana w zombie pod wpływem rozkręcającej się kampanii wyborczej). Žižek wie zatem – choć nie powie tego każdej lewicy, nie na każdym lewicowym portalu, ale KP już chyba trochę zaufał, że na niego nikomu nie doniesiemy, więc mówi nam trochę więcej – że Leitkultur nie jest jedną z kultur naszego multikulturalistycznego świata, jednym z ideologicznych języków, jedną z radykalnych tożsamości spuszczających sobie co rano (a także co wieczór) wpierdol na tysiącach internetowych portali. Leitkultur transcenduje ten poziom. Jest metakulturą, metatożsamością, metajęzykiem (tak się chyba sprzedaje mercedesy, a czym ja handluję, czym handluje Žižek?). Leitkultur nie jest nawet kulturą lewicową. Choć kultura lewicowa na inwestycji w tę akurat „transcendencję”, w „pozytywną emancypującą Leitkultur” najmniej by straciła, a najwięcej zyskała.
Oświeceniowa Leitkultur – żeby do niej wstąpić trzeba wyrzec się swojej kultury, swojego języka, swojej tożsamości. Trzeba wyrzec się swego Boga. Czy to jest możliwe? Nie zabrać na poziom Leitkultur swego charakteru, swojej pozycji społecznej, swoich interesów? Dotrzeć do tego nieba władzy kompletnie oczyszczonym? Konfucjański mandaryn? Minister dworu cesarskiego Ery Meiji? Ale dość teoretyzowania. Popatrzmy na Bronisława Geremka, jak gdzieś w racjonalnych zaświatach („trzeci świat” Karla Poppera?) gładzi swoją brodę mandaryna i mędrca. W pewnym stopniu mu się to udało, w pewnym stopniu nie – zapytajcie platformersów, których przepędzał z Unii Wolności. Spójrzmy na Adama Michnika, on tego pragnął, w pewnym stopniu to mu się udało, w pewnym nie (też byłoby kogo zapytać). Ale czy mogło się to w ogóle udać ludziom posmoleńskiej (a kiedyś przedsmoleńskiej) prawicy, którzy nigdy takiego ideału nie mieli? I czy mogło się to udać tej części lewicy, dla której oświeceniowa Leitkultur (judeo-chrześcijańsko-islamsko-zsekularyzowana) jest już wyłącznie reakcyjną represją? Czy mogło się to udać Markowi Jurkowi, który też jest zwolennikiem Leitkultur, tyle że uważa za nią po prostu katolicyzm? A czy mogło się to udać tym, którzy za Leitkultur uważali po prostu własne wykłady w Towarzystwie Krzewienia Kultury Świeckiej? Czy zatem mogło to się udać tym wszystkim, którzy nawet nie pragnęli Leitkultur, bo uważali, że już Leitkultur reprezentują, że to po prostu ich własna „kultura osobista”, ich nienegocjowalna tożsamość, interesy materialne, dominacyjne potrzeby?
Niektórzy powiedzą, nie bez racji, że lepszy koleś, który za Leitkultur uważa po prostu swoją „kulturę osobistą”, niż hipokryci uważający się za oczyszczonych z emocji i interesów kapłanów. Nie było – nawet na naszych oczach, nie tylko w historii przez nas „przeczytanej” – lepszego alibi dla przemocy, dla wyższości, dla wykluczenia – niż hasło Leitkultur. A jednak Žižek – wiedząc o tym wszystkim więcej niż ja – ośmielił się wyklęte pojęcie Leitkultur głośno wypowiedzieć (on zresztą lubi puszczać bąki w pałacu kardynała, za to go lubimy).
Jako czytelnik jestem zachwycony. Także bowiem dla mnie Oświecenie („wyprowadzenie człowieka z samozawinionej niedojrzałości” itd.), mimo że widziałem nauczycieli, którzy posługiwali się w tym celu jedynie pałką, pozostaje wzorcem Leitkultur. Judeochrześcijańskoislamskozsekularyzowane Oświecenie. Warto chociaż próbować i dlatego inaczej będę rozliczał tych, którzy Leitkultur choćby próbowali się imać. Nawet jeśli ich zły charakter, stargane nerwy i niedoczyszczone interesy grupowe, a wreszcie wewnętrzne sprzeczności oświeceniowej Leitkultur (patrz Adorno/Sloterdijk, choć każdy inaczej) ostatecznie powaliły na glebę. Inaczej będę rozliczał z kolei tych, którzy za Leitkultur po prostu bezrefleksyjnie uznali swoją „kulturę osobistą”, własną, odziedziczoną w spadku albo otrzymaną z przypadku tożamość, swoje osobiste i grupowe interesy i interesiki, swoich bogów.
Na prawicy (tej na prawo od PO) z punktu widzenia Leitkultur interesujący jest właściwie tylko Jarosław Kaczyński. Choć nie wiem, czy czasem mnie nie oszukał i w rzeczywistości nie był jednak zawsze tylko „dupowatym Fuehrerem”. Może jednak był i gdzieś tam w głębi pozostał politykiem tragicznym, który z ciekawszym, realnie „niepokornym” językiem i politycznymi pomysłami nie wchodził nawet do parlamentu, więc żeby przetrwać, a nawet zwyciężać w Polsce, jaka jest nam dana, ugiął się pod ciężarem Rydzyka, Ziemkiewicza, Terlikowskiego, Lisickiego, Korwina, Jurka, Wildsteina, Krasnodębskiego, Macierewicza… i milionów ich fanów, których politycznie obsługuje najlepiej, jak umie. A umie ich obsługiwać naprawdę bardzo, bardzo dobrze.
I tak znowu trafiamy do punktu wyjścia w naszym labiryncie śmiechu i strachu, bo aby wstąpić do Leitkultur, do tego nieba oświeceniowych, haskalicznych, masonicznych, sabbataistycznych, neokantowskich „przechrztów władzy” (cyt. za Zygmunt Krasiński, tyle że ze zmienionym, pozytywnym znakiem), musisz jednak wyrzec się swego Boga (Tomaszu Terlikowski, Marku Jurku), swojej tożsamości (tożsamościowa lewico, tożsamościowa prawico), wyrzec się swoich interesów materialnych i symbolicznych. W dodatku z pełną świadomością, że porywasz się na zadanie prawie niewykonalne, bo i tak do końca się nie oczyścisz, podczas gdy cena, którą płacisz z góry (twoja „kultura osobista”, twoja tożsamość dzisiejsza, twój Bóg, twoje interesy bardzo konkretne, twoje poczucie bezpieczeństwa pod totemem, w kręgu ludzi tańczących tak, jak im zagrasz albo tak jak wam zagrają), będą już dla Ciebie nie do odzyskania. Ale – jak lubię powtarzać za Heraklitem, niezależnie od roli, którą akurat przychodzi mi grać, niezależnie od mojej własnej aktualnej „osobistej kulturki”, „autentycznej tożsamości”, interesików, o które przecież także muszę dbać, bo chcę na pluszowym krzyżu żyć, a nie na prawdziwym w realnym mękach umierać – „wszyscy czuwający mają jeden i wspólny świat, a każdy, który zasypia, odwraca się ku swojemu”.
Żeby nie było wątpliwości, to zdanie Heraklita nie unieważnia realności, ciekawości, fantastyczności, czasami piękna „prywatnych snów” (np. prywatnego snu Jarosława Marka Rymkiewicza o zaklętej w żmucie sarmackiej dzikości). Ale w polityce, w wymiarze władzy (a tylko ona jest ciekawa) wolę jednak ludzi, którzy wybierają wspólną jawę, wspólne czuwanie Leitkultur (choć pozwólmy sobie uniknąć nazwisk, bo nazwisk w tym świecie, w tej polityce wciąż nie ma, no chyba że Slavoj Žižek).
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...