> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Wszyscy jesteśmy Kuklińskimi |
|
|
Cezary Michalski
|
|
13.06.2011 |
|
Jeżeli prokurator bez wiedzy własnego państwa przekazywał tajne materiały obcemu mocarstwu, choćby sojuszniczemu, jest zdrajcą stanu. Nie ma bliższych sojuszników niż Ameryka i Izrael, a jednak, kiedy jedno lub drugie państwo we własnych instytucjach znajdzie kogoś, kto z „najbliższym sojusznikiem” współpracuje „na skróty” – albo za pieniądze, albo z moralizatorskiej pasji – uznaje się go nie za patriotę w stanie najczystszym, ale za zdrajcę, skazuje, osądza. Nawet jeśli w tym wypadku wyroki nie zawsze bywają ciężkie (choć czasami bywają) i nie zawsze są wykonywane w całości (choć czasami są, jak na przykład wówczas, kiedy USA i Izrael wykradają sobie tajemnice związane z atomowymi programami obu sojuszniczych państw).
Jarosław Kaczyński zdołał jednak swoich ludzi nauczyć, że Tusk i Komorowski to zdrajcy, a zdradzanie zdrajców nie jest żadną zdradą. Wygląda więc na to, że każdy PiS-owiec uważa się po Smoleńsku za pułkownika Kuklińskiego, gotów na podobne męczeństwo i na podobną sławę, na jakie Kukliński zdecydował się w latach 80. ubiegłego wieku. Tymczasem męczeństwo i sława Kuklińskiego z lat 80., odgrywane w 2011 roku przez PiS-owskich polityków czy prokuratorów to już tylko „tragedia powracająca jako farsa”. Kukliński dla większości PiS-owców jest Bogiem, chociaż sam za Boga wcale się nie uważał. Kiedyś przyznał szczerze, w bardzo osobistym wyznaniu, że był rozgoryczony, kiedy Amerykanie zamiast dyplomaty, o co ponoć ich poprosił, wysłali na pierwsze z nim spotkanie zwykłego agenta CIA, gdyż nie widzieli w nim suwerennego politycznego partnera, a jedynie szpiega. Piłsudski z oficerami austriackiego wywiadu chętnie rozmawiał, bo nie stało za nim żadne państwo, wobec którego czułby się lojalny. Także Kuklińskiego tłumaczyło to, co dzisiejszych PiS-owców wcale nie tłumaczy, że mianowicie PRL nie powstało na drodze wolnych wyborów, lecz na drodze Jałty. Obciążyło go z kolei to, że klejnot jego sojuszniczej pracy, plany wprowadzenia stanu wojennego, trafił do CIA i do Waszyngtonu, a nigdy nie trafił do „Solidarności”, którą stan wojenny miał zniszczyć. Plany stanu wojennego trafiły do rąk Reagana i Weinbergera, a nie trafiły do Wałęsy, Frasyniuka, Piniora, Gwiazdy, Walentynowcz… czyli do ludzi, których Jaruzelski w stanie wojennym posadził do ciupy. A Reagan i Weinberger planów wprowadzenia stanu wojennego „Solidarności” nie przekazali, bo traktowali związkowców z „Solidarności” jak swoich typowych najemników na peryferiach. Potrzebowali ich do kontrolowanego osłabiania „imperium zła”, a nie do wywołania „wojny narodów” (cyt. za całą polską tradycją romantyczną, od Adama Mickiewicza – romantyzm wysoki, po Bronisława Wildsteina – romantyzm niski), której nigdy nie chcieli, i słusznie, bo ich własny naród w „wojnie narodów” także by ucierpiał. Takie są nieuniknione konsekwencje porozumiewania się z sojusznikiem zupełnie na własną rękę i zupełnie na jego warunkach. Tej lekcji nie odrobił ani Witold Waszczykowski, ani – jak się wydaje – inni urzędnicy państwowi odziedziczeni przez polskie państwo po „suwerennej Rzeczpospolitej braci Kaczyńskich”, której twórcy zupełnie zasłużenie trafią do bogatej, rozciągającej się „przez tak liczne wieki” arcypolskiej galerii Sarmatów, konfederatów, dziwaków.
Zresztą, tak jak Reagan i Weinberger nigdy nie pokazali planów stanu wojennego Wałęsie, Frasyniukowi, Piniorowi, Gwieździe, Walentynowicz…, równie wątpliwe jest, aby Obama i Clinton (czy nawet Palin i Romney) pokazali jakiekolwiek tajne materiały dotyczące Smoleńska Kaczyńskiemu, Fotydze, Macierewiczowi, Waszczykowskiemu czy prokuratorowi Pasionkowi (może nawet Tuskowi i Sikorskiemu nie zechcieliby ich pokazać). Woleliby rozgrywać je sami, bez Polaków, tak jak sami, bez Polaków, rozgrywali z Rosjanami dostarczoną im przez Kuklińskiego wiedzę o szykującym się stanie wojennym. Najemnikom nie pokazuje się własnych tajemnic stanu. Amerykanie nie są najemnikami PiS-owców, zależność jest niestety odwrotna.
Jarosław Kaczyński z ostatniego weekendu znów jest antykomunistą (gdzież ciepłe słowa o Gierku z prezydenckiej kampanii, gdzież wyrażana otwarcie w Opolu nostalgia za antyniemieckością Gomułki, gdzie oko puszczane do Oleksego?). Chwaląc prokuratora Pasionka, Kaczyński potępił prokuratora Parulskiego, który Pasionka od śledztwa smoleńskiego odsunął. A potępił go argumentem prostym i dla swoich wyznawców zrozumiałym: „ja bym bardzo prosił państwa – powiedział Kaczyński – żebyście się zapoznali z jego życiorysem, kiedy rozpoczął służbę, kiedy wstąpił do partii i jaki to był czas, przypominam, że było to PZPR”. W odpowiedzi „ja bym bardzo prosił państwa, żebyście się zapoznali z życiorysami” najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego: Wassermanna (ś.p.), Jasińskiego, Karskiego, Kryże…, „kiedy rozpoczęli służbę” i „jaki to był czas”. Przypominam, że w wypadku Jasińskiego było to PZPR, w wypadku Karskiego PRON i ZSP, w wypadku Kryże PRL-owski system sądownictwa ze specjalizacją w zwalczaniu opozycji demokratycznej, w wypadku Wassermanna PRL-owska prokuratura, w której jeszcze w odwilżowym okresie okrągłego stołu Wassermann przygotowywał akt oskarżenia członków krakowskiego WiP-u. Za każdym razem, kiedy Jarosław Kaczyński odwołuje się do antykomunizmu, kłamie, manipuluje emocjami swoich smutnych marionetek z Krakowskiego Przemieścia, które co miesiąc maszerują pod Pałac z okrzykami „precz z czerwoną zarazą!”. A mnie to zawsze tak samo doprowadza do szału, bo długo sam byłem taką marionetką, a czasami nawet też próbowałem pociągać za sznurki w absolutnym przekonaniu, że sprawa jest święta. Ale nie jest łatwo pozostać antykomunistą w czasach, kiedy największym „komuchem” okazuje się Niesiołowski, polityczny więzień PRL-u, a największym antykomunistą Wassermann (ś.p.), PRL-owski prokurator.
Kaczyński to zatem taki tropiciel dawnych PZPR-owców, który sam budował z nich swoją partię i rząd. Taki to głosiciel suwerenności absolutnej, który zachęca urzędników państwowych, aby bez zgody władz własnego państwa współpracowali ze służbami innego państwa i za to ich chwali. Ja się w gruncie rzeczy cieszę, że Kaczyński – podobnie jak Michnik, Kwaśniewski, Miller, Tusk, Mazowiecki – przekroczył już dawno podział na postkomunistów i postsolidarnościowców. Cieszę się, że od dawna praktykuje już „historyczny kompromis”. Cieszę się też, że polski polityk tej rangi wie doskonale, że Polska nie jest mocarstwem i aby przetrwać, musi sobie szukać mocnych geopolitycznych podpórek. Tylko czemu wciąż kłamie? Czemu opowiada, że wszyscy inni, tylko nie on „zginają kark przed Zachodem i Wschodem”? I dlaczego wciąż podrzuca ochłapy „antykomunizmu: Zarembie, Ziemkiewiczowi, Wildsteinowi, Karnowskim, a oni je łapią i cieszą się jak dzieci, wieczne dzieci? A może to jednak wcale nie jest z ich strony naiwność? Kaczyński chce mieć ciasteczko i ciasteczko zjeść. Ci, którzy jego strategii nie widzą, nie widzą jej nie dlatego, że jest niewidoczna, ale dlatego, że sami chcieliby być jak Kaczyński. Być Chrystusem narodów, ale na pluszowym krzyżu Unii Europejskiej i NATO. Odgrywać męczeństwo, ale w telewizji. Odbierać dwie wykluczające się wzajemnie nagrody: tę za bohaterską klęskę (za „eksterminację”) i tę za pragmatyczne, podszyte cynizmem zwycięstwo. Może to pragnienie tak naprawdę łączy partię Kaczyńskiego? Tak samo cudownie zróżnicowaną, jak listy wyborcze PO.
Na podobny temat
|
|
Felietony Cezarego Michalskiego
|
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...