|
Czy po zbeszczeszczeniu żałoby narodowej chcę teraz bezcześcić nawet Bogu ducha winną staropolską (starogierkowską, starokatolicką, starosarmacką…) kolędę? Najprawdopodobniej tak, syndrom Kurtza się u mnie zaostrza. I kiedy wszyscy, nawet na lewicowych portalach, wyśmiewają „gajowego” i „Gazetę Wyborczą”, czuję się zwolniony z obowiązku walki z hegemonią salonu, walki o przywrócenie równowagi, starań o przeprowadzenie kolejnego wywiadu z Michałem Cichym… itp. I mogę swobodnie popracować nad pogłębieniem nierównowagi własnej i czytelników KP. W czasie ciszy wyborczej nie wolno bluzgać na kandydatów, polemizować z nimi, a nawet im kadzić, więc czołowi polscy felietoniści, mroczni kosiarze i wyrobnicy przemocy (tacy, co to tylko na Palikota się oburzają, że „przekroczył granice”, ale sami potrafią przywalić z polemicznej piąchy) polemizują w tym czasie z innymi publicystami, z innymi mrocznymi kosiarzami. Polemizują, niestety, wedle od dawna wyżłobionych frontów, nudnych i przewidywalnych jak front w okolicach Verdun, który przez parę lat przesuwał się po parę kilometrów w jedną lub w drugą stronę i to nawet pomimo użycia najnowocześniejszych polemicznych technologii, takich jak choćby gazy bojowe.
Rafał Ziemkiewicz, korzystając z ciszy, polemizuje ze mną w Rzepie, a ja korzystając z ciszy odpowiem mu w KP. Ziemkiewicz poczuł się dotknięty zastosowanym wobec niego językiem boskiego Bertolda, językiem walki o żarcie, językiem skrajnej podejrzliwości i skrajnej redukcji. Ziemkiewicz jest bowiem po 10 kwietnia w fazie anielskiej (w gronie innych aniołów), tragedia smoleńska uniosła go na wyżyny duchowości wcześniej mu nieznane. I jeśli ktoś się na tych duchowych wyżynach do niego przypieprza, to on także pokazuje, że przypieprzyć uciążliwemu gościowi potrafi. Ja go wytrąciłem z boskiej równowagi szydząc sobie z jego przybranej pozy „przyjaciela ludu”, który broni maluczkich przed opływającym w dobra materialne i symboliczne „salonem”, choć dochody Ziemkiewicza dziesięciokrotnie przewyższają akademickie pensje takich przedstawicieli „salonu” jak Agnieszka Graff czy nawet profesor Michał Głowiński (mieszkający w bloku na Sadybie w lokalu mniej więcej dziesięciokrotnie mniejszym niż lokal Ziemkiewicza w centrum stolicy – a widziałem oba). Ziemkiewicz zatem strząsnął z siebie parę anielskich piór i przywalił w dobrym starym stylu.
Zatem pogadajmy jak dwaj rasowi idealiści. Ziemkiewicz tłumaczy czytelnikom Rzepy, że Michalski zaczął publikować w Krytyce Politycznej, kiedy wywalono go ze Springera. Poszedł tam dla żarcia i idealista Ziemkiewicz świetnie to rozumie, tylko po co te pseudoideowe uniesienia. Otóż, czytelnicy KP (a nie wyłącznie nieco skrótowych omówień) wiedzą doskonale, że ja się na tutejszych łamach ani nadmiernie ideowo nie unoszę (raczej świetnie się bawię), ani też w Krytyce nie publikuję od wczoraj. Tak się bowiem składa, że publikowałem w KP, kiedy nie zarabiałem w jeszcze Springerze, kiedy w nim zarabiałem, i teraz, kiedy znów w nim nie zarabiam. Zupełnie wyjątkowa - jak na moje życie pełne zaskakujących przeprowadzek - stałość tego związku ma swoje powody, ale są one zbyt skomplikowane, aby je w polemice z Ziemkiewiczem tłumaczyć. Więc wracam ponownie do przesłanek jego dowodzenia, które on fałszuje zupełnie świadomie. Ziemkiewicz wie np. doskonale (lecz czytelnikom Rzepy dzisiaj tej wiedzy nie zdradzi), że wstęp do wydanych przez KP „Głosów wśród nocy” Stanisława Brzozowskiego opublikowałem, kiedy byłem wicenaczelnym springerowskiego „Dziennika”. A wie o tym na pewno, bo to od KP i ode mnie Ziemkiewicz po raz pierwszy się wtedy dowiedział, że Stanisław Brzozowski miał cokolwiek wspólnego z lewicą. Trzeba zresztą uczciwie powiedzieć, że nam nie uwierzył, co jednak trochę kompromituje go jako byłego studenta polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Ale być może rasowi neoliberałowie potrafią przemykać się przez egzaminy z Młodej Polski z taką samą gracją, z jaką później przemykają się z ZUS-u na KRUS.
Jednak dość już tych złośliwości ad personam, w stylu międzywojennej polskiej felietonistyki. Użyłem ich wyłącznie dlatego, że wobec mnie użył ich Ziemkiewicz, taka felietonowa doktryna odstraszania i ograniczonych uderzeń jądrowych. Powróćmy do Brechta i rozmowy o żarciu. Ziemkiewicz odbijający piłeczkę argumentem, że w KP publikuję wyłącznie dla żarcia, jest znowu starym sobą. Bardziej redukcyjnym od Karola Marksa. A tylko o to mi chodziło, żeby wreszcie tuman smoleńskiej żałoby przestał tak na niego działać, bo kiedy po 10 kwietnia przemawiał do czytelników Rzepy, łkał jak Jan Pospieszalski czy Robert Mazurek. A jemu to mniej uchodzi (mówię z szacunku dla jego twardej felietonowej muzy).
Mi natomiast zależało na tym, żeby znów zaczął pisać jak myśli, czyli w jego starym języku twardego interesu. On i paru innych. Przestańcie wreszcie – twardzi, „odczarowani” do trzewi chłopcy z Rzepy – udawać sentymentalnych „przyjaciół ludu” i populistyczne „bicze na eurosalon”. Uszanujcie trochę polityków, którzy w pocie czoła budują jakikolwiek ład na naszym kontynencie, kleją Unię Europejską (Jezu, jak papierowo brzmi każda obrona „widzialnego świata” przed „gnostykami” na medialnych etatach). Uszanujcie liberalnych książąt pokoju, którzy was karmią, gwarantują wam polityczny spokój i nudę „ciepłej wody z kranu”, dzięki którym możecie sobie spokojnie i ku rozbawieniu gawiedzi przelewać swoją felietonową krew z tuszu. Przestańcie zgrywać „sushi-mesjanistów”, siedzimy w tym wszyscy – wszyscy kupujemy swoim dzieciom iPhony, kiedy o to ładnie poproszą i kiedy my akurat mamy na to kasę. Wy różnicie się ode mnie tylko tym, że w tych iPhonach każecie swoim dzieciom montować „rodzicielską kontrolę Internetu”, a jako dzwonek Arkę Noego albo parę pierwszych taktów z „Marszu Mokotowa”. A ja wam życzę, żeby one zamiast tego wrzuciły sobie jako dzwonek pierwsze takty z „Poker face” Lady Gaga (choć osobiście wolę ten kawałek w wykonaniu Eryka Cartmana w odcinku South Parku tłumaczącym nienawiść Japończyków do waleni). „Poker face” Lady Gaga to kawałek bez porównania lepszy muzycznie od Arki Noego, a w zestawieniu z „Marszem Mokotowa” ma taką zaletę, że nie wychowa tych dzieci wyłącznie w miłości do pięknej śmierci i niewolniczej zgody na podławe, skrofuliczne życie.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...