|
Wszystko zaczęło się od tego, że włączyłem TVN24 i zobaczyłem tam Terlikowskiego, który powiedział: „w polskich mediach coraz bardziej dominuje opcja lewicowo-liberalna”. Skwapliwie zgodzili się z nim dwaj uczestniczący w rozmowie dziennikarze (jeden młody, drugi w średnim wieku) – też należący do „Pokolenia JK-M”. Potem było gorzej. Niezliczone są pochwały, jakimi po Smoleńsku obdarzam „Gazetę Wyborczą”, szczególnie na tle innych tanatycznie ztabloidyzowanych polskich mediów („zabili, wybili, wybili, zabili, zabili, wybili…, a potem jeszcze napluli nam w twarz”). Tym razem jednak szacowna obrończyni cywilizacji nad Wisłą zawiodła mnie na całej linii. Witold Gadomski w polemice z ostatnim „północnoeuropejskim” liberałem z Torunia, Andrzejem Szahajem, zaczął się przechwalać, że jest neoliberałem. Przyznał nawet, że w amerykańskich wyborach prezydenckich będzie kibicował republikańskiemu gubernatorowi Teksasu, „społecznemu konserwatyście” spod znaku pro-life, pro-gun, religijności z gatunku „zemsty Boga”, a także niechęci do „obecności państwa w gospodace” i płacenia podatków. Wcześniej już miałem nadzieję, że z Gadomskim będę mógł się w czymś zgodzić. Kiedy po uratowaniu Grecji przed ostatecznym bankructwem Ziemkiewicz i Wildstein szydzili sobie z planu ratunkowego, jak zwykle życząc UE i strefie Euro, żeby je trafił szlag, gdyż oni we dwóch Polsce pomogą skuteczniej niż jacyś „eurokraci z Brukseli”, Gadomski był dla Unii nieco bardziej przychylny. Dziś znowu nie rozumiem dlaczego, gdyż dla każdego szanującego się neoliberała pomoc najbogatszych państw strefy Euro dla Grecji jest tylko „socjalistyczną”, „eurokołhozową” hucpą. Więc albo UE, albo neoliberalizm, dalej nie sięga najsubtelniejsza nawet dialektyka.
Mrocznego obrazu dopełniła Dominika Wielowieyska zgadzając się z Markiem Magierowskim z „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” (robi to rzadko, ale zazwyczaj kulą w płot), że zamieszki w Anglii zostały spowodowane przez „kryzys tradycyjnej rodziny”. To ciekawe, że wcześniej „tradycyjna rodzina angielska” znalazła się w podobnym, a nawet jeszcze poważniejszym kryzysie w 1981 roku, przy okazji jeszcze gwałtowniejszych zamieszek społeczno-rasowych w apogeum demontażu społeczeństwa i państwa przez Margaret Thatcher. Dziś winny jest gangsta rap, wtedy zapewne Sex Pistols i Clash konsekwentnie niszczące „tradycyjną rodzinę angielską” w demonicznej koalicji z Bobem Marleyem. Z kolei „tradycyjna rodzina angielska” zaczęła się mieć nieco lepiej, kiedy Blair i Brown, nawet po ich ewolucji w stronę „trzeciej drogi”, zaczęli ją odrobinę „moralnie umacniać” szczyptą solidarności społecznej, stypendiów edukacyjnych i programów integracyjnych. „Wielkie Społeczeństwo” Dawida Camerona składa się dzisiaj z „samoorganizujących się” – głównie przeciw sobie – londyńskiego City, „białej armii Enfield”, bojówek sikhijskich i muzułmańskich grup sąsiedzkiej samoobrony.
Polacy z „Pokolenia JK-M” są na wyspach równie łatwi do osiodłania przez cameronowską obietnicę „Wielkiego Społeczeństwa” (które nie istnieje), bo biorą każdą pracę za każdą płacę, bo nie wstępują do związków, bo zawsze i wszędzie awansują indywidualnie albo indywidualnie lądują pod mostem. Oni nie musieli słuchać Margaret Thatcher, żeby się dowiedzieć, iż „społeczeństwo nie istnieje, istnieją tylko pojedyczny mężczyźni, kobiety i rodziny”, bo oni w Polsce istnienia społeczeństwa nigdy nie zaznali.
Z tych samych powodów, z jakich po roku 2005 przyjął Polaków, brytyjski biznes – sam zazwyczaj nieskazitelnie prorodzinny – ściągał kiedyś na wyspy w bydlęcych wagonach, na bydlęcych statkach i bydlęcymi samolotami „obcych kulturowo” muzułmanów i Jamajczyków nieznających „tradycyjnej rodziny z silnym ojcem” (cyt. za Magierowski/Wielowieyska). Głównie po to, żeby ich postawić przy taśmie. Zawsze jednak, kiedy zaczyna się kryzys, ministrowie (dawniej Thatcher, dziś Camerona) zaczynają głośno wołać, że to imigranci są winni – „obcy kulturowo muzułmanie”, a ostatnio także „obcy kulturowo Polacy”.
Tak, Piotrze Semko, po raz setny pozwolę sobie nieco złośliwie przypomnieć, że dla thatcherysty z dochodem rocznym znacznie powyżej stu tysięcy funtów polski emigrant z Ealingu jest tak samo „obcy kulturowo” jak Jamajczyk z Peckham czy Sikh z Birmingham. I jak trzeba kogoś opluć, żeby zachować polityczną sympatię młodych neonazioli z Angielskiej Ligi Obrony, to go thatcherysta opluje, tak jak z Polakami zrobiło to w ostatnich miesiącach dwóch ministrów konserwatywnego rządu. Czy wy – prawicowi gołodupcy z „Pokolenia JK-M” uważający się ciągle za brytyjskich Torysów in spe skrzyżowanych z Berlusconim (ostatnim skutecznym obrońcą papiestwa przed lewactwem) i Donaldem Trumpem – nigdy niczego się nie nauczycie? Jesteście śmieciem prekariatu dawno już spisanym na straty przez globalny kapitał, który większy zysk dla swoich akcjonariuszy generuje, zatrudniając półniewolników z azjatyckich peryferiów. Albo sobie to uświadomicie, albo panowie dzisiejszego świata zjedzą was na kolację, a wy, nawet pożerani, nawet znikając w wielkiej gardzieli (cyt. za Hieronim Bosch, Ogród ziemskich rozkoszy), będziecie jeszcze śpiewać gadomskie neoliberalne godzinki („o jakże racjonalny jest rynek i jakże racjonalne są wszelkie jego wyceny; o jakże racjonalny jest giełdowy krach…”).
Gdyby jeszcze przedstawiciele „Pokolenia JK-M” szczerze przyznali: tak, jesteśmy neopoganami, akceptujemy stan natury bez żadnych zastrzeżeń, uważamy, że silni powinni pożerać słabszych, a my walczymy o to, żeby znaleźć się w obozie pożerających, a nie pożeranych i po stronie pożerających, a nie pożeranych chcemy umieścić nasze „dzieciaczki”. Ale nie, wielu z nich jeszcze w dodatku nazywa się chrześcijanami. O tym, że hipokryzja „Pokolenia JK-M” jest jego cechą globalną, przekonała mnie szefowa AB-R na wydziale teologii Uniwersytetu w Nottingham, liberalna katoliczka z USA, ze smutkiem opowiadająca, jak w zupełnie nowej amerykańskiej wykładni chrześcijaństwa (zarówno neokonserwatywnych protestantów, jak też neokonserwatywnych katolików) „bliźni” – to wyłącznie członek najbliższej rodziny.
W ten sposób przykazanie „będziesz kochał bliźniego jak siebie samego” potwierdza ideologię „rodziny na swoim”. Bliźni to wyłącznie twoje dzieci i żona, więc kiedy im przyniesiesz z polowania mięso, choćby i ludzkie, jesteś dobrym chrześcijaninem. Reszta jest zdziczeniem. Oczywiście „Pokolenie JK-M”, aby stać się takimi „chrześcijanami”, Ewangelię musiało całkowicie zakłamać, kompletnie wytrzeć postać jednoznacznie „antyrodzinnego: Jezusa. Zdarzało się nawet, że apostołowie na wezwanie Jezusa opuszczali swoje rodziny (należy być wobec ewangelicznego przesłania wyjątkowo ostrożnym, bo przyzwala ono na wszelkie możliwe „bezeceństwa” w imię „miłości”, która jest przecież wartością nader podejrzaną).
Ale nie dręczmy już dłużej wyznawców wolnorynkowego stanu natury, sami spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, co robić (stare pytanie odbijające się jak echo o ściany naszego nowego wielkiego, globalnego domu). Ja jestem tylko bismarckowskim konserwatystą, liberałem zmęczenia trzymającym się kurczowo tego, co jest, a nawet tego, co było i co nam jeszcze ze starej polityki zostało – Komisji Europejskich, Europejskiego Banku Centralnego, a nawet paru ostatnich silnych rządów narodowych. Znając jednak najlepiej własną słabość, nieco pasożytniczo czekam na społeczno-ekonomiczną odpowiedź na ewidentne patologie globalnego „Pokolenia JK-M”, jaką przedstawi wkrótce prężna i optymistyczna globalna lewica.
A mówiąc już bez żadnej ironii, sam potrzebuję dzisiaj choćby szczypty lewicowego optymizmu (nie lewicy „reakcyjnej”, nie „nostalgicznej”, ale „modernizacyjnej”). Bez jej pomocy widzę (trochę jak śp. socjaldemokratyczny zrzęda Tony Judt) dziś same mroczne perspektywy. Optymistycznej globalnej lewicy potrzebujemy nie po to, by globalny rynek zniszczyć („nie burzy się maszyn”, cyt. za Karol Marks, nie zabija się kur znoszących jajka, krów dających mleko), ale by wyjść z wolnorynkowego stanu natury, w który dziś tak bezalternatywnie wkraczamy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...