> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Wildstein lokalny i Wildstein globalny |
|
|
Cezary Michalski
|
|
06.06.2010 |
Rzeczpospolita, piórem Bronisława Wildsteina, zrecenzowała wydany przez Krytykę Polityczną tom Żałoba, zawierający teksty i wypowiedzi zamieszczone pierwotnie na portalu KP po katastrofie w Smoleńsku. Wszystkie argumenty czy raczej perswazyjne chwyty, którymi Wildstein, zarówno świadomie, jak i na zasadzie szczerego odruchu serca posługuje się w swoim krytycznym tekście, sprowadzają się do jednej wyrazistej tezy: autorzy tekstów i wypowiedzi zamieszczonych w tomie Żałoba boją się narodu polskiego. Jakżeby inaczej, skoro są „nową lewicą” (dla Wildsteina jest nierozwiązywalnym poznawczym problemem to, że na portalu KP pisali i wypowiadali się nie tylko lewicowcy, ale także liberałowie czy wreszcie ideowi dziwacy, tacy jak Agata Bielik-Robson czy ja).
Jest to stara zabawa w wykluczanie z narodowej wspólnoty, do której Wildstein przystąpił z zapałem neofity, rzepowego „new born” narodowca. Myślę, że większość z nas, którzyśmy w tym tomie wystąpili, nie boi się narodu polskiego ale boi się o naród polski. Ta subtelna różnica może Wildsteinowi umknąć, więc mój argument rozwinę.
Ja po katastrofie smoleńskiej bałem się o naród polski, bo zobaczyłem jak zupełnie zrozumiałe, uzasadnione rozmiarami i charakterem tragedii współczucie Polaków, jest przerabiane na sprawne politycznie narzędzie upartyjnionej i zideologizowanej narodowej żałoby (trumna na twitterze). Jak przy pomocy tego narzędzia najbardziej resentymentalna i nieudana część polskiej elity (politycznej i inteligenckiej) próbuje odkuć się za własne upokorzenia ze strony „salonu”, przekształcić nieudaną prezydenturę w mit i przywrócić do władzy polityków, którzy dwa lata wcześniej tę władzę w wyniku własnych błędów stracili.
Ale nie chodzi nawet o tego czy innego polityka, o tę czy inną partię, a nawet o tego czy innego „new born” narodowca. Katastrofa w Smoleńsku miała także posłużyć do tego, żeby język polityczny i ideowy, który od jakiegoś czasu był w Polsce językiem mniejszościowym, język resentymentu, „powstawania z kolan”, w najlepszym razie język polityki prowadzonej „ponad stan”, ponad realny potencjał polskiego państwa – znów stał się językiem większościowym, a może nawet jedynym. Bo kto po katastrofie nadal zgłaszać chciał wątpliwości wobec szarży prezydencką limuzyną na posterunki rosyjskie w Osetii, wobec przedstawiania Powstania Warszawskiego jako pozytywnego modelu polskiej polityki, wobec politycznego szantażu rodzinną wrażliwością Kaczyńskich (no chyba, że tę wrażliwość naruszał ojciec Rydzyk) – „sam się ze wspólnoty Polaków wykluczał”.
Wildstein – a wraz z nim cała grupa publicystów „Rzepy” – zawsze namawia Polaków do wstawania z kolan wobec Rosji, Niemiec, Unii Europejskiej. Pytanie, kto ma Polskę za ramię z tych kolan podnosić, skoro wrogów narodu polskiego w wizji Wildsteina jest legion, a przyjaciół żadnych. Do jesieni 2008 Wildstein sugerował, że Rosja, Niemcy, a nawet groźniejsza od moskiewskich czy pruskich pułków brukselska biurokracja – dadzą się od Warszawy utrzymać na dystans dzięki Ameryce. Ale biorąc pod uwagę stosunek Wildsteina do rządzących teraz Ameryką Demokratów (bo Wildstein zawsze i w każdej sprawie myśli ideologicznie, a nie politycznie), także na pomoc USA dziś już pewnie nie liczy. Nie wierzę w świat pełen samych tylko przyjaciół, nawet jeśli o takim świecie marzę. Ale nie wierzę w kraj, który przetrwa bez sojuszników. Polska rządzona przez Bronisława Wildsteina lub przez elitę polityczną jego rad słuchającą, byłaby krajem bez sojuszników (no chyba, że wybory prezydenckie w USA wygra kiedyś Rush Limbaugh).
Polskie państwo jest państwem odbudowywanym i doprowadzanym dopiero do stanu używalności przez pewien europejski naród średniej wielkości, mocno w przeszłości doświadczony przez własną historię. Nie jest to ani sytuacja straszna, ani upokarzająca i nie powinna nikogo poza Wildsteinem wprowadzać w stan mocarstwowej psychozy. Można przy pomocy takiego państwa uprawiać mocarstwową politykę (czy raczej mocarstwową retorykę), ale to będzie jak załadowanie trzydziestu kilku milionów ludzi na papierowy samolot i próba przelecenia wraz z nimi przez Atlantyk. To się po prostu nie uda, co więcej, zazwyczaj ludzie widzą absurdalność takiej propozycji. I na papierowy samolot nie wsiądą, nawet jeśli taki lot wspólnie będą im zachwalać Wildstein, Pospieszalski, Dorn i Kaczyński…, obojętnie, akurat ze sobą zjednoczeni czy śmiertelnie skłóceni. Bo nie o nich tu chodzi, ale o samą doktrynę „grania ponad stan”.
Jeśli Wildstein czuje się po roku 1989 upokorzony, to niech sam siebie z kolan podnosi, samemu rusza wydrzeć śledztwo smoleńskie z rąk siepaczy z KGB. Jednak ja rzeczywiście nie chcę, żeby Wildstein na swoją dziecięcą krucjatę zabierał jeszcze kogoś poza sobą samym. Sądzę, że Polacy na kolanach po roku 1989 się nie znajdują. Już bardziej byli na kolanach przed rokiem 1989. Dziś potrzebują odpowiedzialnej polityki, która budowałaby bogactwo tego społeczeństwa, zapewniała Polakom bezpieczeństwo, potrafiła znaleźć dla nas w świecie mocnych sojuszników. Ja naprawdę od hasła „Polska jest najważniejsza”, wolę hasło „najważniejszy jest los ludzi w Polsce”. Naród polski, który ponoć Wildstein rozumie lepiej niż autorzy tomu Żałoba, nie daje się zapakować na papierowy samolot jego felietonistyki i puścić lotem koszącym przez Atlantyk. W pierwszych dniach po katastrofie smoleńskiej już się trochę bałem, że dym gromnic może polityczny realizm Polaków zadusić, dziś boję się mniej. Myślę, że to Wildstein dzisiaj się boi, że stado lemingów, które zamierza doprowadzić nad wysoki brzeg morza, będzie mało liczne. Wtedy pozostanie mu bezsilna wściekłość Rymkiewicza, że Polacy nie chcą po raz kolejny odegrać krwawych Kinderszenen.
Wildstein zresztą nigdy nie myśli lokalnie, on myśli globalnie, więc jego globalnym myśleniem musimy się zająć, żeby go zrozumieć. Otóż Bronisław Wildstein z równą swobodą, co wyobcowanym ze swego narodu mięczakom znad Wisły, przykopuje mięczakom z Waszyngtonu (którzy zagłosowali na Obamę, bo bali się narodu amerykańskiego, a że sam naród na Obamę głosował… no cóż, może boi się sam siebie, czasami to nawet dobrze, jeśli jest się narodem globalnego supermocarstwa). Wildstein przykopuje też mięczakom z Jerozolimy. Przy nim nie tylko Etgar Keret czy Szymon Peres, ale każdy izraelski premier wydaje się czasem gołębiem. No bo każdy realny izraelski premier rządzi i ma do rozwiązania parę realnych problemów, podczas gdy Wildstein kibicuje mu tylko znad Wisły. Z tej perspektywy osiąga twardość, jakiej zarówno Republikanie nad Potomakiem, jak też najtwardsi jastrzębie w Knesecie, mogliby mu tylko pozazdrościć.
Dawid Warszawski nie jest na pewno ukrytą wtyką Hamasu w „Gazecie Wyborczej”, a jednak potrafił uznać atak komandosów izraelskich na statki płynące do Strefy Gazy za coś więcej niż zbrodnię, za polityczny błąd. Błąd niełatwy do uniknięcia – kiedy w strefie Gazy ma się Hamas, a na okrętach z pomocą dla Hamasu ma się idealistów, na przykład ze Szwecji. Warszawski to wszystko rozumie, wielokrotnie występował jako krytyk lewicowych idealistów wspierających Hamas, tłumacząc im, że w rządzonym przez Hamas świecie ani oni, ani bliskie im idee, po prostu by nie przeżyli. Ale w wojowniczą histerię - jak Wildstein czy na tych samych łamach „Rzeczpospolitej” Agnieszka Kołakowska – jednak nie popada. Wie, że jedynym rozwiązaniem jest polityka. Polityka nie na warunkach Hamasu, bo to oznaczałoby likwidację państwa Izrael, ale także nie na warunkach Wildsteina, bo to oznaczałoby permanentną wojnę Izraela z całym światem arabskim, której to państwo – nawet namiętnie wspierane przez Wildsteina i Kołakowską z łamów „Rzeczpospolitej” – mogłoby nie wygrać.
Gdyby Bronisław Wildstein rządził Izraelem, Izrael by nie przetrwał. Gdyby Wildstein rządził Stanami Zjednoczonymi jako najsilniejszym światowym supermocarstwem, nie przetrwałby świat. Jednak od władzy w Waszyngtonie czy Jerozolimie Bronisław Wildstein jest szczęśliwie oddalony bardziej, niż – niestety – od władzy w Polsce albo przynajmniej od na tę władzę wpływu. Dlatego ja nie boję się narodu polskiego, jak insynuuje Wildstein. Ja się boję Wildsteina, kiedy wydaje mi się, że przez chwilę, na jakąś część narodu polskiego, może on mieć jakikolwiek wpływ. Bo jego rady dla narodu polskiego są tak samo niemądre, jak jego rady dla narodu amerykańskiego czy żydowskiego. Wildstein lubi wojnę, może dlatego, że nigdy tak naprawdę żadnej nie prowadził, jeśli nie liczyć małej wojny totalnej z Mirosławem Chojeckim o panowanie nad redakcją emigracyjnego miesięcznika „Kontakt”.
W 1914 roku arystokratyczni durnie w czakach z piórami rozpoczęli pierwszą wojnę światową. Także w atmosferze narodowej żałoby (po zamachu w Sarajewie), także mówiąc o „despektach”, o „powstawaniu z kolan”, naigrywając się z „wyobcowanych mięczaków”. Popełnili błąd, bo sądzili, że nadal żyją w XVII wieku i po paru tygodniach malowniczych przemarszów konnych wojna się zakończy. W istocie jednak, sami o tym nie wiedząc, dysponowali już machiną nowoczesnego państwa, machiną zagłady, która przez nich uruchomiona zniszczyła nie tylko ich samych, ale cały kontynent. Wildstein popełnia analogiczny błąd. Wydaje mu się, że kibicując jastrzębiom w Waszyngtonie, w Izraelu i w Polsce, uczestniczy w barowej bijatyce bez następstw.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 07.06.2010 )
|
|
Felietony Cezarego Michalskiego
|
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...