|
Piotr Zaremba napisał sensowny tekst o polskiej szkole, w którym – krytykując minister Hall, pewnie trochę ostrzej, niż ja bym skrytykował, ale ja w końcu jestem „liberałem zmęczenia”, a on radykałem – tłumaczy jednocześnie swoim bardziej od niego imitującym Tea Party kolegom (tym od homeschoolingu i apokalipsy), że innego świata nie będzie. Innego niż ten, w kórym wykształcenie jest coraz bardziej powszechne i coraz bardziej demokratyczne, co wymaga zmiany procedur. Oczywiście demokratyzacja wykształcenia ma blaski i cienie, nad pozytywnymi stronami tego procesu trzeba pracować, negatywy zwalczać. Nie wolno też zwalniać Hall od odpowiedzialności za błędy, posługując się argumentem z porządku historycznej konieczności przybierającym w dzisiejszej Polsce kształt formuły „i tak PiS byłby gorszy”. Rzeczowość i odpowiedzialność tekstu Piotra Zaremby tłumaczy może to, że on sam był przez wiele lat nauczycielem historii. Nauczyciel to praca bez porównania bardziej wyczerpująca, niż praca publicysty, więc sprzyja opanowaniu, ja sam, gdybym przepracował dziesięć lat jako nauczyciel, byłbym może tak odpowiedzialny jak Piotr Zaremba. Co ciekawe, natychmiast jak tylko sensowny artykuł Piotra Zaremby ukazał się w „Rzepie”, w „Gazecie Wyborczej” sensownie zareagował na niego Adam Leszczyński. Nazwisko jest tu o tyle istotne, że Leszczyński nie jest akurat w Wyborczej dyżurnym autorem od rozumienia polskiej prawicy i terapeutyzowania jej skołatanych nerwów. Taką funkcję pełni tam od lat, konsekwentnie i nie bez sukcesów, Dominika Wielowieyska. Ja sam bardzo dawno temu z jej empatii korzystałem jako „pampers”, bo jako jedyna napisała wówczas tekst o naszej obecności w telewizji publicznej, nie odwołując się do „nocy długich noży”, „marszów z pochodniami” czy Kabaretu Boba Fosse’a. Jednak Leszczyński nie zajmuje się w „Gazecie Wyborczej” trudną sztuką dialogu, ma nieco twardsze pomysły na bycie publicystą. I tym bardziej ciekawe jest to, że akurat on odnotował z zainteresowaniem (wręcz z ulgą) tekst Piotra Zaremby poświęcony polskiej szkole. Wygląda na to, że „Gazeta Wyborcza”, szczególnie ta nieco młodsza, jest jednak bardziej spragniona rozmowy z prawicą, nawet sporu, niż „eksterminacji” (albo tak jest naprawdę, albo chciałbym, żeby tak było).
Pozostaje odpowiedź na pytanie, kiedy z prawicą da się rozmawiać? Oczywiście samo pytanie jest paternalistyczne – ale ja nie jestem od dialogu, nigdy nie byłem. Jestem od stawiania sprawy na ostrzu noża, po czym przewracania się na to ostrze i wbijania go sobie w brzuch. Zatem rozpocznijmy ten odwieczny rytuał. Po Smoleńsku doszło do zawirowania. Zupełnie zrozumiałego, gdyż „niecodziennie ginie prezydent i wielu przedstawicieli politycznej elity” (cyt. za TVN24) i niecodziennie notowania innego polityka, „tego, który przeżył” (cyt. za Joanne Rowling, która w ten sposób nazywa Harry’ego Pottera), rosną w ciągu paru tygodni z 3 procent do 30 – jak to się po Smoleńsku zdarzyło Jarosławowi Kaczyńskiemu. Nie tylko Terlikowski czy Wencel, nie tylko Rymkiewicz i Krasnodębski (duchowo młodsi od Terlikowskiego i Wencla), ale także bardziej zrównoważeni i dojrzali autorzy – zarówno ci cyniczni (jak Ziemkiewicz), jak też ci odpowiedzialni (jak Zaremba) – doszli przez moment do wniosku, że naprawdę inny świat jest możliwy. Świat, w którym PiS nie przegrywa regularnie wyborów z PO, świat, w którym większość Polaków chce samobiczowania i samoudręczenia, a nie grillowania, świat, w którym znowu ruszymy na Moskwę, choćby po to, aby przegonić stamtąd „przyjaciół Rosjan” (cyt. za świeżo posmoleńskim Jarosławem Kaczyńskim) i uruchomić rurociąg „Przyjaźń” do Możejek, by pompować nim ropę z zaprzyjaźnionego z braćmi Kaczyńskimi liberalno-demokratycznego państwa Azerbejdżan (tam też torturuje się więźniów politycznych, ale komu to przeszkadza, jeśli nie torturują Rosjanie, bo jak torturują Amerykanie, też nikomu to nie przeszkadza).
Dopiero kiedy na prawicy wiara w alternatywny świat posmoleński zupełnie wygaśnie, zacznie się rozmowa (Lisicki nie ma tej wiary już od dnia rozstrzygnięcia ostatnich prezydenckich wyborów, ale ponieważ wydaje aż dwa czasopisma dla „wierzących”, jeden dziennik i jeden tygodnik, musi negocjować). I będzie to rozmowa nie o tym, jak nie oddawać bolszewikom sześciolatków, żeby ich nie przecwelili w swoich pierwszych klasach, ale jak sprawić, żeby szkołę na przyjęcie sześciolatków przygotować lepiej, niż tylko piarowo. Są tysiące tematów, wokół których można nie zgadzać, ale ważne, żeby rozmawiać o rzeczywistości. Tak samo lewicę wolę, kiedy rozmawia o rzeczywistości, to znaczy nie o tym, jak rozwalić „neoliberalnego molocha” Unii Europejskiej i strefy euro, ale jak skutecznie politycznie walczyć o wzmocnienie socjalnej nogi UE. Na jednej tylko nodze euro, nawet jak jej kryzys nie złamie, będziemy bowiem mieli kulawego potworka, a nie pierwszą w historii próbę doścignięcia globalizacji rynku przez globalizację polityki, opinii publicznej i społecznej samoorganizacji. Nawet madrycka czy ateńska „ulica” ma sens tylko jako osłona politycznej walki o usocjalnienie UE, którą lewica musi prowadzić wewnątrz instytucji unijnych, a nie przez dowalanie Brukseli na spółkę z prawicowymi „renacjonalizatorami”.
Walczmy o jakość świata, który jest, a nie wymyślajmy sobie gorszych światów, żeby w nich malowniczo pocierpieć. Nawet z Kryształowego Pałacu, nawet z europejskiej ludzkiej szklarni da się zrobić – przy pewnym sprecyzowanym wysiłku politycznym – miejsce zdatne do życia (które w dodatku może i musi rozbudowywać się na inne, „nieeuropejskie” regiony, bo w czasach globalizacji nie da się zbudować Kryształowego Pałacu już nie tylko w jednym kraju, ale nawet na jednym tylko kontynencie). Może nawet z Kryształowego Pałacu miejsce zdatne do życia zrobić będzie właśnie najłatwiej, bo tu już dzisiaj prawie daje się żyć.
Wiem, że kiedy rozpocznie się już taki dialog, maksymalnie szeroki, Waldemar Kuczyński opublikuje kolejny list otwarty domagający się wiecznego potępienia dla tych, co po Smoleńsku zachowywali się „niedialogicznie”, a teraz chcą do dialogu powrócić. Ale on występuje z pozycji rzadkiej w Polsce konsekwencji biograficznej. W młodości był dobrym człowiekiem w PZPR, potem był dobrym człowiekiem w opozycji demokratycznej, potem dobrym człowiekiem w „robotniczym” NSZZ „Solidarność”, potem dobrym człowiekiem w „inteligenckim” rządzie Tadeusza Mazowieckiego i „inteligenckiej” Unii Wolności, potem był dobrym człowiekiem jako główny doradca gospodarczy premiera Jerzego Buzka z AWS… on po prostu zawsze był dobrym człowiekiem.
Niestety, nie wszyscy mamy szczęście posiadania aż tak jednolitej i niezmiennej biografii, niektórzy z nas bywali źli (i to często, i na różne sposoby), a też chcieliby się nawrócić. Ja zatem wolę występować z pozycji apokatastasis (koncepcja zakładająca zbawienie powszechne wszystkich istot, łącznie z Lucyferem u kresu czasu), bliskiej także Stanisławowi Brzozowskiemu. Jego słynne „zabrać ze sobą wszystko do nawrócenia”, bodajże z Pamiętnika, sprarafrazowałbym w następujący sposób: „zabrać ze sobą wszystkich do nawrócenia, nawet Joannę Kluzik-Rostkowską, nawet Piotra Zarembę”. Oczywiście nawet Jan Szkot Eriugena (najbardziej optymistyczny wyznawca apokatastasis) uważał, że diabeł może być zbawiony tylko wówczas, jeśli nawrócenia zapragnie własnym suwerennym aktem woli, ew. „z niewielką pomocą przyjaciół” (cyt. za The Beatles). Więc jeśli Joanna Kluzik-Rostkowska, jeśli Piotr Zaremba, nawrócenia zapragną albo już zapragnęli, to nawet Waldemar Kuczyński – zupełnie słusznie zasiadający dziś po prawicy Pańskiej, gdzie tak surowo sądzi żywych i umarłych – nie powinien im aż tak głośno w nawróceniu (na naszą jedyną i bezalternatywną rzeczywistość) przeszkadzać. Tym bardziej, że Św. Piotr, ten, który ma klucze do Królestwa Niebieskiego (nie chodzi mi wyłącznie o Donalda Tuska, chociaż on bez wątpienia ma klucze), listy otwarte Waldemara Kuczyńskiego, jak się wydaje, wyrzuca jeden za drugim do wielkiego kosmicznego kosza.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...