|
(felieton postsekularny)
Według priorytetów Kropiwnickiego, Chrystus nauczał, żeby walczyć z Rzymianami o wprowadzenie wolnego dnia na Trzech Króli, polował też na inne „pogańskie dni wolne od pracy”, żeby zastąpić je „dniami wolnymi chrześcijańskimi” - w rocznicę swego wjazdu do Jerozolimy, w rocznicę swoich narodzin (o swoim męczeństwie w ogóle nie myślał). O to szła cała sprawa opisana w czterech Ewangeliach. Gdyż oczywiście Chrystusowi chodziło o ziemską władzę i dominację, o postawienie stopy obutej w brudny sandał na przyciśniętej do ziemi, utytłanej w kurzu twarzy kapłanki świątyni Izydy albo innego „kociarza”.
Z kolei zdaniem paru biskupów anglikańskich, którzy właśnie poszli („wrócili”, cyt. za neosarmackimi prorynkowymi ortodoksami) do Kościoła katolickiego, bo za abominację uważają wyświęcanie kobiet na biskupów, Chrystus nauczał, żeby kobiety nie mogły zostać kapłankami… z takim przesłaniem do nas przyszedł i za to poniósł męczeństwo. Problem w tym, że Marta, Maria Magdalena, a nawet Maria (chociaż swoją matkę, jak wszyscy chłopcy z problemami, Chrystus obdarzał emocjami mocno ambiwalentnymi: „Co Mnie i Tobie niewiasto”, cyt za Jan 2,4, a także „Która jest matka moja i kto bracia moi?” cyt. za Mt. 12,46, choć w tym drugim wypadku chodziło o wysoce nieortodoksyjny stosunek Chrystusa do całej idei „rodziny na swoim”) są postaciami barwniejszymi od opisanych w Ewangeliach samców alfa, którzy korzystając z przedwczesnej śmierci Mistrza i jego jednak nie-powrotu, nie-drugiego przyjścia, zmonopolizowali skwapliwie apostolskie funkcje reprodukując w paru ważnych kwestiach rzymski porządek, z którym mieli walczyć. Skwapliwie kamieniując też kolejne Marie Magdaleny pod przedłużającą się nieobecność Mistrza. A wszystko to pod płaszczykiem „odmiennych charyzmatów” dla mężczyzn i kobiet, dla Filozofów i kucharek, dla Socjologów i ich kochanek, dla Historyków Idei i ich „ładnych studentek”, dla Prezesów TVP S.A. i ich sekretarek, dla Arcybiskupów i zakonnic sprzątających im domy… Prawda, że charyzmaty są to bardzo odmienne? Abominacją była z tego punktu widzenia Hildegarda z Bingen (cyt. za Małgorzata von Trotta, bo felietonista przecież nie musi sięgać głębiej), która będąc bardziej cywilizowana od swoich współczesnych samców alfa na stanowiskach biskupów i przeorów zakonnych, a także filozofów, socjologów, historyków idei i Prezesów TVP S.A…. była obiektem pewnej niechęci (mówiąc eufemistycznie) ze strony wielu współczesnych jej samców alfa instytucjonalnego Kościoła. A jednak ta instytucja (wówczas jeszcze służąca od czasu do czasu mojej ulubionej „konserwatywnej modernizacji”), uczyniła ją przeoryszą, pozwoliła jej budować instytucję, tworzyć muzykę, a nawet (o plugawstwo!, apage, Satanas!, jak powiedzą nawróceni na reakcyjny papizm biskupi anglikańscy) - osobiście rozmawiać z Bogiem (jak kobieta z mężczyzną?, jak kobieta z kobietą? jak Ktoś z Ktosiem?) poprzez nieskończoną otchłań separacji.
Mesjanizm ma swoje ziemskie ciało, rzuca swój ziemski cień, przepracowuje żmudnie - czasem w drodze negocjacji i zgniłych kompromistów (patrz „konserwatywna modernizacja” albo „mikromesjanizm reformistyczny”) - ziemskie instytucje, ludzkie zachowania, lęki, interesy… Ale my dzisiaj obserwujemy kompletne „uziemienie” chrześcijaństwa. Wywieszony ostentacyjnie nad Watykanem ponury sztandar reakcji, na którym złotymi literami zepsuci zakonnicy z „Rzepy” wyhaftowali „napis od Polaków”: „przyjdźcie do mnie (powróćcie) wszyscy, którzy boicie się świeckiej nowoczesności, nienawidzicie jej, macie z nią na pieńku, zostaliście przez nią odarci z pychy i władzy, odczuwacie w stosunku do niej resentyment… ja was przytulę, szepnę wam do ucha, potwierdzę wasze podejrzenia, jak bardzo jest wstrętna”. To są dzisiejsze dywizje papieża, kulawe, sprośne, zepsute, ale owszem liczne. A że zepsute, wystarczy spojrzeć na „preyboya” (taki sobie wybrał pseudonim pewien, w swoim mniemaniu luzacki, sykofanta nowoczesności grasujący na portalu wielodzietni.org ze swoimi wpisami). Żeby nie było wątpliwości, mimo całego mojego osobistego pokręcenia i grinchowatości wzruszam się solennie widząc, jak jacyś kolejni tata z mamą Ktosie, podchodzący do kasy w delikatesach Alma (rozmawiamy tu sobie jak klasa średnia z klasą średnią, bo proletariat miast i wsi publicystycznych polemik na portalach internetowych nie czyta), z ciężkim sercem i coraz lżejszą portmonetką sięgają w ostatnim macierzyńskim odruchu po czekoladę Lindta, na którą czekają ich spragnione lukusów maluchy stłoczone po drugiej stronie kasowego przejścia. Takie samo wzruszenie budzą we mnie rodzice wydeptujący w porannym śniegu krąg wokół stacji Anin (parafraza za „Marszem Pingwinów” Luca Jacqueta, w oryginale „La Marche de l’Empereur”, co dla Francuza to samo, ale także coś innego znaczy), żeby powierzyć mniej lub bardziej regularnie kursującym Kolejom Mazowieckim swoją trzódkę wysyłaną do różnych szkół w śródmieściu Warszawy. Takie obrazki nie budzą we mnie najmniejszej niechęci, bo nawet jako Grinch panuję nad sobą lepiej niż Jarosław Kaczyński, mimo że Bóg nie powierzył mi odpowiedzialności za kierowanie opozycją w Polsce. Dopiero jednak „rodzina na swoim” wyposażona we własną ideologię pseudochrześcijańską, wredna, roszczeniowa, zawistna, produkująca się na portalu wielodzietni.org (prawdziwa orgia nawet nie myśli, ale niespełnionych chuci, stłumionych namiętności, powrotu pod najgorszymi postaciami tego, co dawno już z ich świadomości zostało wyparte, z chrześcijaństwem na czele), dopiero zatem taka „rodzina na swoim” budzi we mnie pokusę maltuzjanizmu, przekonanie, że powinno nas być na Ziemi raczej mniej niż więcej, tym bardziej, kiedy jest nas już ponad sześć miliardów (ale oczywiście Chińczyków jest więcej niż Polaków, a Hindusów więcej niż Saldawadorczyków, więc Kościół i Marek Jurek ciągle mają misję - odniesienia liczebnego, biologicznego, rasowego, wyznaniowego zwycięstwa; w tym miejscu mam zresztą pocieszającą wiadomość dla użytkowników portalu wielodzietni.org, jeśli chodzi o liczebność pokonaliście przynajmniej wyznawców Swarożyca).
Rene Girard (naiwniaczek) widział w chrześcijaństwie przerwanie ofiarniczego kręgu dominacji i władzy. Takie chrześcijaństwo było, jest i może będzie potrzebne/prawdziwe. Tymczasem zamiast tego… „Ilu chrześcijan dziennie ginie śmiercią męczeńską na świecie?!” - pyta dramatycznie ksiądz w wieczornych „Faktach” TVN-u nie wiedząc, jakim jest bluźniercą, gdyż w trzysta lat po Spinozie, dwieście lat po Kancie, sto lat po Bonhoefferze powinien zapytać: „ilu każdego dnia na świecie ginie śmiercią męczeńską ludzi?!”. Plemiona Żydów i Greków (cyt. za JHS) zostały w tym nowym bluźnierczym języku zastąpione plemionami Chrześcijan, Muzułmanów, Hinduistów, a ksiądz „uformowany” na „Naszym Dzienniku” i „Rzeczpospolitej” występuje w telewizorze, aby krzyknąć do plemienia Chrześcijan: „biją naszych!”, jak pierwszy lepszy kibolski przywódca w glanach i dresie adresujący się do kiboli Legii na chwilę przed tym, zanim pójdą w ruch sztachety, noże, a nawet samurajskie miecze (to ostatnie jest zdaje się wynalazkiem kiboli krakowskich). Faceci, którzy wymordowali egipskich chrześcijan robią to samo z muzułmanami, jeśli tylko dojdą do wniosku, że ci są za mało pobożni. W Indiach nie prześladuje się chrześcijan, w Indiach prześladuje się ludzi, nieudane państwo nie potrafi poradzić sobie z parareligijną przemocą, hinduiści palą tam meczety, muzułmanie wysadzają w powietrze świątynie hinduskich bogów, chrześcijanom też się w tym wszystkim nieźle dostaje, ale czy to jest potencjał dla kibolskiej mobilizacji pod hasłem „biją naszych” i tylko to, że „naszych biją” nas interesuje? Naprawmy nieudane państwa albo je zastąpmy jakimś nieco bardziej udanym rządem światowym (nawet jeśli prawie w to nie wierzę, to wciąż mogę marzyć), żeby ludzie nie zabijali ludzi, ale nie mieszajmy kibolstwa z chrześcijaństwem jak to dzisiaj robią kapłani religii miłosierdzia w Polsce, od abp. Michalika po tego kapłana z „Faktów” TVN-u, z ochoczym udziałem kiboli prawicowych, którzy w Chrystusa nie wierzą, ale w przemoc zawsze.
Dobry redaktor Płuska, który cały ten „materiał” do „Faktów” przygotował, prezentuje przed kamerą mapę świata sporządzoną przez jakąś kibolską organizację katolicką, na której prześladowania chrześcijan w różnych krajach oznaczone są różnymi kolorami, w zależności od intensywności męczeństwa. Kolor żółty (prześladowania „umiarkowane”) pokrywa na tej mapie - oczom własnym nie wierzę - Stany Zjednoczone (gdzie każdy prezydent, nawet ten przerażający Obama, przysięga na Biblię i każdy prezydent, nawet ten przerażający Obama, wierzy albo przynajmniej udaje, że wierzy), Kanadę, Unię Europejską (woda na młyn misjonarzy z „Rzepy”). Nieposiadanie władzy politycznej jako prześladowanie? Nieposiadanie pełnego wpływu na świecki porządek jako męczeństwo? Wolność wypowiedzi, która sprawia, że wrzaski antyklerykalne rozlegają się w przestrzeni publicznej na równych prawach z wrzaskami klerykalnymi - jako źrodło bezgranicznych, wręcz fizycznych cierpień chrześcijanina? Prawdziwi męczennicy chrześcijaństwa by się na was odlali, drodzy misjonarze w skomputeryzowanych limuzynach i oszklonych redakcjach. A jak by zareagowali na Dariusza Karłowicza to już nawet nie powiem, bo są jednak pewne granice nasycania polskiego felietonu stylem Celine’a i Charlesa Bukowskiego.
Zamiast wypełniania brzucha gorącym ołowiem, utrata pasma w prime time’ie (Pospieszalski, stacja siódma), zamiast ukrzyżowania głową w dół, konieczność polemizowania z Tomaszem Lisem (Terlikowski, stacja dziewiąta). I tak stacja za stacją, tylko pociąg żaden nie przyjeżdża (to nie minister Grabarczyk, drodzy koledzy, to sam Chrystus z waszego ślepego toru swój tabor wycofał, pociąg zatem nie przyjeżdża, tylko czasem Tupolew spada i wtedy nasi wykoślawieni mistycy miewają od tego parareligijne ekstazy, choć Tupolew to zdecydowanie nie jest przesyłka od Chrystusa, ale od tego drugiego z boskich bliźniaków).
Dzisiejsi męczennicy uziemionego chrześcijaństwa to gatunek bardzo luksusowy. A przez to raczej groteskowy niż godny współczucia. Szkoda by jednak było utożsamić mesjanizm z ich pojękiwaniem. Chrystus był radosny i wypróżniał się lekko, nasi dzisiejsi zachodnioeuropejscy i polscy męczennicy chrześcijaństwa zachowują się tak, jakby cierpieli na nieustające zatwardzenie (parafraza za Fryderyk Nietzsche, którego jedni uważają za Antychrysta, ale inni - moim zdaniem słuszniej - za niezbyt może udanego i bardzo nieszczęśliwego reformatora chrześcijaństwa; zdaniem tego syna pastora właściwe lub niewłaściwe myślenie i wiara biorą się z właściwej lub niewłaściwej diety). Jedzmy zatem zdrowo (dużo jarzyn przede wszystkim), walczmy uczciwie, nie pozujmy na męczenników w kryształowym pałacu zachodniego liberalizmu, który akurat przed męczeństwem doskonale nas - jego mieszkańców - broni, nawet jeśli z wieloma innymi problemami sobie nie poradził, a za jego przezroczystymi murami wyje wiatr i „biją tam naszych”, a także nienaszych.
PS. W dyskusji na Onecie pod informacją o „orszaku Trzech Króli w Warszawie”, w zgiełku iście grunwaldzkiej młócki internetowych klerykałów i antyklerykałów (łoskot mieczy uderzających o tarcze, krzyki porąbanych) znajduję wpis, który pasuje jak ulał do tego felietonu: „lubię czytać komentarze pogańskich trolli przy okazji takich uroczystości. Świetna lektura”, podpis: „katolik_boys”. Jakkolwiek nie jestem fascynatem „komentarzy pogańskich trolli”, nie mogę się powstrzymać od uwagi, że nic łatwiej się nie repoganizuje, niż „katolik_boys”, któremu (a może którym, bo to jakiś dziwny byt zbiorowy) Ewangelia pomyliła się z Clausewitzem i Sun Tzu, stając się najlepszym dostępnym podręcznikiem prowadzenia wojny.

[fot. caliopedreams (cc) flikr.com]
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...