|
Jak słusznie zauważył Kohelet: „Jest czas zawodzenia i czas pląsów, jest czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich…”. Był czas, kiedy Niemcy wygrały z Argentyną 4-0, a ja pląsałem sobie na trupie Perona i Tomasz Piątek musiał to znosić. I był czas połamania Niemcom kręgosłupa przez Hiszpanię (choć mecz z Urugwajem znowu był fajny, i to po obu stronach), kiedy dla odmiany Tomasz Piątek używał sobie na Karolu Wojtyle, a ja nie miałem prawa pisnąć nawet słowa, bo takie są sprawiedliwe zasady futbolowej wojny (o ile nie sędziuje człowiek z Meksyku). Dziś o papieżu zbyt wiele nie będzie, będzie o relikwiach. Zacznę od cytatu: „Obchód, naturalnie, rozpocznie się lub skończy nabożeństwem. Otóż kiedy licznie zabrana publiczność będzie już w kościele, wejdę ja, przedstawiająca ojczyznę i klęknę przed ołtarzem. Strój już mam w głowie, prawdziwie uroczy, słuchaj, suknia czarna, ujęta w biodrach pasem czerwonym oznaczającym męczeństwo. Na głowie wielki biały welon aż do ziemi, włosy rozpuszczone i cierniowa korona (doradź mi, czy z cierni prawdziwych, czy robionych) – ręce okute w łańcuchy; a kiedy przy końcu nabożeństwa zaczną śpiewać hymn, wstanę, wyprężę ręce, zerwę łańcuch (będzie przepiłowany) i wyjdę!… Jeszcze piękniej by było, żeby to było nabożeństwo żałobne. Ja chciałabym leżeć na katafalku i w stosownej chwili się podnieść (do zmartwychwstania, naturalnie, musiałabym ubrać się na biało), ale nasz ksiądz mi zaręcza, że to być nie może, bo przepisy kościelne nie pozwalają, żeby żywa osoba leżała w trumnie podczas nabożeństwa. Co za głupie przesądy…”. Nie, to nie jest wykradziona przeze mnie z biurka Elżbiety Jakubiak tajna strategia działań politycznych Prawa i Sprawiedliwości na najbliższy rok. Tekst pochodzi z wydanej w 1870 roku „Teki Stańczyka”, jest fragmentem „Listu Aldony (kobiety politycznej)” autorstwa Stanisława Tarnowskiego, wówczas jeszcze młodego sarkastycznego drania, a nie jednego z dostojnych Woźniakowskich, jakich pełno w Krakowie. A jednak w „Tece Stańczyka”, tym genialnym pamflecie, który wyszedł spod pióra całej grupy polskich „konserwatywnych modernizatorów” w czasach, kiedy takie zwierzęta w Polsce jeszcze żyły i to nawet stadnie, opisano rytuały najbardziej zdegenerowanej odmiany polskich patriotów, tzw. tromtadracji, które mimo upływu 140 lat do złudzenia przypominają działania Prawa i Sprawiedliwości. Bo głównym politycznym celem PiS-u nie jest dziś blokowanie prywatyzacji służby zdrowia (przepraszam Kingę Dunin, ale nie mogłem powstrzymać się od tej drobnej uszczypliwości), ale (wymieniam w porządku priorytetów): wojna o ocalenie przed krwawym Schetyną pustych sejmowych krzeseł po posłach PiS-u, którzy zginęli trzy miesiące temu w katastrofie smoleńskiej; wojna w obronie krzyża ustawionego na Krakowskim Przedmieściu w czasie żałoby po katastrofie smoleńskiej; powołanie nieformalnej sejmowej komisji śledczej do zbadania prawdziwych, czyli głęboko ukrytych przed Polakami przez Putina i Tuska, przyczyn katastrofy smoleńskiej (komisji nieformalnie kierowanej przez Antoniego Macierewicza i składającej się wyłącznie z posłów PiS-u, bo pamiętliwy Jarosław Kaczyński nie wpuszcza do niej nawet Ludwika Dorna).
W trzecią już miesięcznicę (nowa półświecka tradycja) katastrofy smoleńskiej, zwolennicy PiS-u wzbogacili szeroką paletę działań politycznych swojej formacji happeningiem polegający na udawaniu szczątków Tupolewa na Placu Piłsudskiego. Cytuję za zupełnie tym razem beznamiętną relacją reportera „Gazety Wyborczej”: „Przy pomocy żółto-czarnej taśmy, której poszczególne fragmenty trzymali uczestnicy wydarzenia, ułożyli oni sylwetkę prezydenckiego TU-154. Następnie do tak »skonstruowanego« samolotu zaprosili 96 osób symbolizujących ofiary katastrofy smoleńskiej. Ludzie ci mieli na sobie białe koszulki oznaczone z przodu liczbami od 1 do 96, z tyłu zaś - znakiem zapytania”. Kiedy Beata Kępa oświadczyła w telewizorze: „Pani redaktor, ja pochodzę z tradycyjnej rodziny, dla mnie żałoba trwa rok, widzę, że dla moich przyjaciół w klubie parlamentarnym również, prosimy o uszanowanie naszej decyzji w tej sprawie”, zapowiadając w ten sposób chęć wykorzystania pustych krzeseł w sejmie jeszcze w przyszłorocznej kampanii wyborczej, przyglądająca się temu wszystkiemu z narastającą zgrozą ABR zadała mi podchwytliwe pytanie: „Czy to już jest jakaś ostatecznie heretycka i nieodwołalnie upadła forma katolicyzmu?”. Na co ja jej odpowiedziałem, że przeciwnie, jest to najzupełniej ortodoksyjna forma polskiego patriotyzmu z okresu zaborów. A to, co najbardziej malownicze, dopiero nas czeka. Np. walczący o sukcesję w PiS-ie Zbigniew Ziobro przykuwający się do trzymetrowego drewnianego krzyża i wleczony przez pachołków Komorowskiego przez Krakowskie Przedmieście, jak Świtoń przez Żwirowisko. Albo szarpanina w sejmie posłów PiS ze strażą marszałkowską, przy wtórze śpiewanego chóralnie hymnu albo Roty.
Powstaną nowe legendy, rodzice będą mieli co opowiadać dzieciom, a dzieci będą miały nowe powody, żeby uciekać z Polski. Kiedy jednak przed blisko półtora wiekiem działy się sceny opisane w „Liście Aldony”, mieliśmy „Stańczyków”, mieliśmy pozytywistów warszawskich, mieliśmy Dmowskiego i Piłsudskiego… wszyscy oni „tromtadratami” pogardzali, nawet jeśli jedni z nich, zamiast tej upadlającej parodii patriotyzmu, wybierali pracę organiczną, inni walkę polityczną w parlamentach zaborczych mocarstw, a jeszcze inni podkładanie bomb i napady na pociągi z carską kasą. Dzisiaj nie ma na prawicy (nawet PPS-owskiej) nikogo, kto potrafiłby degenerację nazwać degeneracją, upadek upadkiem. Dzisiaj nawet najrozsądniejsi ludzie w PiS-ie, Joanna Kluzik-Rostkowska czy Paweł Kowal, którzy powinni się zajmować ustawodawstwem socjalnym albo polityką zagraniczną, bo mają do tego kwalifikacje, są zaprzęgani do tej poniżającej pseudożałobnej hucpy. Funkcji „Stańczyków” nie wypełnią też konserwatyści z Polski Plus, bo właśnie wymienili Ludwika Dorna, swojego prezydenckiego kandydata, na gwarantowane miejsca na listach PiS-u w wyborach parlamentarnych za półtora roku. Więc oni też się do krzyża na Krakowskim Przedmieściu przykują, bo inaczej za rok prezes by ich wyrzucił z list. Znikąd pomocy.
Myślę, że jestem takim samym jak Tomasz Piątek wrogiem kultu relikwii, moja świecka wiara, z lekka tylko „zanieczyszczona” szacunkiem dla Wojtyły i Wyszyńskiego, tak samo jak jego protestantyzm każe mi wyć z wściekłości na widok każdej jawnej idolatrii (nawet kultu Wojtyły i Wyszyńskiego nie uprawiam, to z mojej strony zaledwie odrobina świeckiego szacunku). Wiem przecież doskonale, że SLD, SDPL, PSL i PO bardziej niż Beata Kępa czy Elżbieta Jakubiak szanują swoje koleżanki i kolegów, którzy zginęli w Smoleńsku, bo poświęcili im swoją dalszą pracę w Sejmie, a nie puste krzesła w funkcji ołtarzyków.Powinno mi to wszystko wisieć, przecież wiem doskonale, że nowy pisowski kult zamknie tę partię na zawsze w getcie dwudziestu procent. Jednak dostaję szału, bo religia jest dla mnie czymś poważnym, a zdegenerowana pisowska pseudoreligia prawdziwą religię w ludzkich oczach zohydza. Syndrom Kurtza się we mnie zaostrza kiedy widzę pisowską tromtadrację, bo mi na prawdziwym patriotyzmie czy Polsce zależy, a wiem, że jeszcze kilka lat tego czegoś i ludziom chcącym w tym kraju normalnie żyć polskość będzie się kojarzyła z czymś najbardziej ohydnym i będą od polskości uciekać jak najdalej.
Może dlatego Kinga Dunin tak broniła PiS-u? Może to był radykalnie lewicowy wallendrodyzm polegający na wspomaganiu podjętej dzisiaj przez PiS heroicznej próby ostatecznego skompromitowania w Polsce zarówno katolicyzmu jak i wszelkich pozostałości narodowej tradycji? Jeśli tak, to Kinga Dunin tym razem ma rację, Elżbieta Jakubiak i Beata Kępa, Antoni Macierewicz i Ruch 10 Kwietnia, Jan Pospieszalski, a nawet Rafał Ziemkiewicz nawrócony z cynicznej twardości, którą szanowałem, na postsmoleńską oślizłość… wszyscy oni oczyszczą kraj nad Wisłą z religii i patriotyzmu w przeciągu jednego pokolenia.
Ale nie, nie będę jęczał, na koniec trochę optymizmu czyli Kurtzowej psychozy: albo nas pisowcy tą żałobą wykończą, odbiorą nam całą radość z życia w Polsce, fajnym przecież kraju, albo wykończyć się nie pozwolimy, nie damy sobie narzucić poczucia winy, nie damy się szantażować. Przykro mi, ale coraz bardziej rozumiem „dorzynanie watahy”. „Kill ‘Em All” (cyt. za Metallica), bo Kurtz na końcu swoich zapisków wyraził to jeszcze brutalniej. Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...