|
Bronisław Komorowski sam nie pisze swoich przemówień, prezydenci zwykle tego nie robią, ten nie robi na pewno. Robią to dla niego warszawscy inteligenci z jego kancelarii i jej okolic. Chłopcy (dziś już panowie) z Rejtana, ze Żmichowskiej, może z Hoffmanowej (choć to mało prawdopodobne, bo w Hoffmanowej uczą jednak jakiegoś zawodu, są wymagający z matmy, a przy ludziach takich jak Komorowski idą do góry raczej humaniści ogólni). To warszawscy inteligenci napisali Komorowskiemu słowa, które wygłosił w Szczecinie: „w USA wszyscy przypływający do Nowego Jorku zazdroszczą Amerykanom ich Statuy Wolności. Ale my w Polsce też mamy taką statuę. To portowe dźwigi, które świadczą o tym, że potrafimy wznieść naszą Polskę wysoko”. Przedstawić portowe (i stoczniowe) dźwigi jako symbol zwycięstwa w kraju, w którym przemysł ciężki Wybrzeża – marzenie Sanacji, Bieruta, Gomułki i Gierka – akurat nie przetrwał? Mówić coś takiego akurat w Szczecinie? Trzeba mieć do kwestii społecznych ucho rozdeptane przez słonia. Jeśli dźwigi na Wybrzeżu są w 2010 roku polską Statuą Wolności, to znajduje się ona mniej więcej w takim stanie, jak Statua Wolności pokazana w filmie SF klasy B z 1981 roku „Ucieczka z Nowego Jorku” (reż. John Carpenter, Kurt Russel jako Snake Plissken, niezapomniany). Dla osób, które nie lubią kina klasy B tak jak ja je lubię parę słów wyjaśnienia: Nowy Jork jest w tym filmie miastem cywilizacyjnie zdegradowanym, uczyniono z niego ogromne, ogrodzone więzienie dla szczególnie groźnych przestępców, w których ręce dostaje się prezydent USA, a Kurt Russel ma go uwolnić. Statua Wolności jest tam pokazana jako ruina, pogruchotana i porośnięta zielskiem, w dodatku obsadzona, jeśli dobrze pamiętam, przez strzelców wyborowych… dokładnie tak jak dźwigi w Szczecinie w sierpniu 2010.
Wiedzą państwo, z jakim zapałem kibicuję polskiemu mieszczaństwu i wszystkim jego politycznym reprezentacjom – od centrum SLD poprzez PO, które całe jest w centrum, aż po centrum PiS, które jednak ostatecznie przestało istnieć po słynnej traumie, jaką Jarosław Kaczyński przeżył wieczorem 4 lipca po ogłoszeniu wyników. Ja mieszczaństwo kocham, jego sukcesy śledzę z uwagą, ale aż taki brak słuchu społecznego u absolwentów Rejtana to jednak trochę za dużo, a co ważniejsze, to zbyt niebezpieczne dla samego mieszczaństwa. Dla warszawskich inteligentów skrzykujących się dzisiaj wokół Komorowskiego, dźwigi nie są częścią zakładów pracy które nie przetrwały, one są dla nich „Statuą Wolności”. Komorowski otoczony przez Michałowskiego et consortes będzie doskonale jałowy, o ile nie stanie się szkodliwy jako nieświadomy prowokator niepokojów społecznych. W porównaniu z absolwentami Rejtana po pięćdziesiątce, Palikot, Tusk, Schetyna, Napieralski… to są jednak żywi ludzie, poruszani własnym arywizmem, a nie dystynkcją i pogardą dla mas ubraną w abstrakcyjną grafomanię, której w Rejtanie jak się okazuje uczono niezwykle skutecznie.
Chłopcy z Rejtana/ i ze Żmichowskiej/ dzisiaj milicja/ użyła broni… itp. Jak wiemy pieśni, czy to akowskie, czy to alowskie, czy to solidarnościowe, czy to zomowskie można parafrazować bez końca. One są dobre na każdą okazję i dla każdego. Tak jak całowanie ziemi w czasie podróży służbowej ostatecznie tak samo dobrze sprawdza się w wykonaniu Wojtyły i Siwca.
Ziemia doskonale jałowa. W takim kraju polityka to więzienne szachy z chleba. A właściwie nie szachy, bo szachy to jednak szlachetna gra, ale jakieś parciane warcaby. SLD odwróciło właśnie koalicję medialną. Obaliło PiS-owską część wspólnego Zarządu i Rady Nadzorczej TVP S.A. i pozostawiło tylko własnych członków obu tych ciał. Nie zrobiłoby tego bez wsparcia przedstawiciela Skarbu Państwa, czyli reprezentanta Tuska himself albo, jak mawiają lokalni tradycjonaliści, „we własnej osobie” (tradycjonaliści walczą z anglicyzmami, już mi któryś Sarmata anglicyzmy wypomniał, ja angielski znam średnio, a anglicyzmów używam dokładnie w tej samej funkcji, w jakiej nasi sarmaccy przodkowie używali łaciny, zwykle zniekształconej). W ten sposób pozycja SLD wobec PO w nowej medialnej koalicji ulegnie wzmocnieniu, ale za to czyszczenie ludzi PiS-u w telewizji publicznej rozpocznie się o całe parę tygodni wcześniej, o ile nie parę miesięcy, jeśli tym razem wymiana partyjnej obsady mediów miałaby rzeczywiście przyjąć formę czegoś w rodzaju konkursu. Pytanie, dlaczego PO poszło na taki układ z SLD jest czysto retoryczne, choć np. posłanka Śledzińska-Katarasińska tego nie rozumie, co chyba wystarczająco tłumaczy, dlaczego w kwestiach medialnych odgrywa ona wyłącznie rolę zająca. Tusk słusznie doszedł do wniosku, że kierując partią mającą czterdziestoprocentowe poparcie powinien pozwolić na odebranie mediów publicznych partii mającej trzydziestoprocentowe poparcie przez partię mającą trzynastoprocentowe poparcie. Media publiczne pokrywają w dodatku swoim zasięgiem nadawania terytoria, których żadne inne media często nie pokrywają (zabrzmiało to jak tekst ze „Star Treku”: „Enterprise dociera tam, gdzie nikt inny nie dotarł”). A te właśnie dziewicze terytoria mają znaczenie w wyborach samorządowych. PiS samym tylko Radiem Maryja owej Grosse Wildniss nie obsłuży. Błyskawiczna utrata mediów publicznych jeszcze przed rozpoczęciem kampanii samorządowej może się okazać dla Kaczyńskiego ciosem bolesnym, o ile nie śmiertelnym. Wystarczy, że SLD nie zastąpi przekazu PiS-owego jakąś radykalną kontrideologią, która oburzyłaby i zmobilizowała elektorat PiS-u. Wystarczy, że nowi autorzy jesiennej ramówki zaczną przy użyciu mediów publicznych elektorat PiS-u po prostu usypiać. W miejsce Pospieszalskiego i Wildsteina, zamiast dodatkowego Lisa i Żakowskiego dadzą dodatkową „Plebanię” i „Ranczo”. Tusk wierzy w pragmatyzm ludzi SLD w mediach publicznych i jakoś nie boi się bijącego już wszelkie rekordy poziomu społecznego zaufania do Grzegorza Napieralskiego (chyba Jackowi Kuroniowi mniej nawet ufano). Tym bardziej, że trzeci w rankingu zaufania (po Napieralskim i Tusku) Waldemar Pawlak, mimo tak sprzyjających odczytów walczy o przeżycie w każdym możliwym sensie, być może poza zdrowotnym.
Ludziom inteligentniejszym, bardziej szlachetnym i bardziej ideowym (obojętnie, lewicowo czy prawicowo) ode mnie warcaby szybko się nudzą. Tak samo jak oglądanie filmów i seriali klasy od B do Z, i to po wielokroć. Dla nich przygotowałem zatem pytanie ciekawsze. Czy wolicie w jednej z najważniejszych instytucji medialnych, jaką jest bez wątpienia TVP S.A. (dominujący udział w rynku widowni i reklamy zarazem) pragmatystów z SLD zblatowanych z pragmatystami z PO, czy też wolicie tam Pospieszalskiego, Wildsteina, Sakiewicza, Ziemkiewicza, Janke… łączących w sobie fascynujący narcyzm z ponurą ideologią? A u władzy, czy wolicie Komorowskiego („Jowialskiego, nudziarza, gajowego…” itp., żeby poprzestać na samych tylko cytatach) albo minister Kopacz z jej przekonaniem, że parytety doprowadzą do „brania do parlamentu kobiet z łapanki” (cyt. za TOK FM), czy też może wolicie tam jednego z najbliższych ludzi Jarosława Kaczyńskiego (a nie jest nim Joanna Kluzik-Rostkowska), byłego ministra zdrowia Piechę, który zapytany w „Faktach” o przesłuchanie parlamentarne w sprawie turystyki aborcyjnej mówi z urokiem znudzonego, starego, obleśnego dziada: „znowu sezon ogórkowy, więc podrzucane są taaakie tematy…”.
Oczywiście, nie wolicie żadnego, a „krzyż niech sobie stoi” (cyt. za Roman Kurkiewicz). Oczywiście, że nie chcecie jałowej wojny między Palikotem i „ciemnogrodem” (cyt. za Michał Sutowski), bo kto by ją chciał. Ale ja nie mówią o waszej woli, o waszych marzeniach, o waszych bez wątpienia szlachetnych intencjach, ale o realnym politycznym wyborze, którego do tej pory nie potrafiliście politycznie unieważnić (jakimś skutecznym ruchem społecznym, jakąś skuteczną partią…). Zatem ja przed tym wyborem stoję i jako świadomy obywatel postanowiłem go przeżywać świadomie. Nie potrafiąc się uwolnić od tego ciasnego jak obręcz i ciężkiego jak kowadło polskiego politycznego wyboru („endecka Platforma kontra onererowscy obrońcy krzyża”, cyt za Tomasz Piątek), postanowiłem sprowadzić ten wybór do skrajności albo do absurdu. Tak jak z każdym najważniejszym politycznym, społecznym czy estetycznym wyborem robili Heine i Brecht (podczas gdy szlachetni bracia Mannowie woleli aż tak brutalnie tej sprawy nie stawiać). Dopiero wtedy, po doprowadzeniu sprawy do absurdu – jako że absurd jest właściwą materią naszej rzeczywistości – natrafiamy bowiem na zasadę rzeczywistości, polskiej rzeczywistości. Zatem Czarzasty i PO czy Pospieszalski i Wildstein? Kopacz czy Piecha? Ja wybieram Czarzastego i PO, ja wybieram Kopacz. Dokonałem tego wyboru, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem całe przerażające i definitywne piękno tej alternatywy, czyli gdzieś tak w początkach 2007 roku. Premierem był wtedy Jarosław Kaczyński, a prezydentem Lech Kaczyński, ministrami – odpowiednio, zdrowia i sprawiedliwości – byli Piecha i Ziobro. Więc jeśli mówić o moim oportunizmie, to jednak jakoś udialektycznionym i negocjowanym. Ta polityczna wizja stała się dla mnie jeszcze bardziej wyrazista i bezalternatywna po 10 kwietnia, kiedy ostatni konserwatyści z podkulonymi ogonami pobiegli na Wawel (Rokita zrobił to przynajmniej z jawnie okazywanym smutkiem i goryczą, podczas gdy Sellin, Polaczek itp. zrobili to z entuzjazmem klasycznych politycznych dojadaczy resztek), a co poniektórzy lewicowcy zaczęli się rozmaślać nad traumą Jarosława Kaczyńskiego i obrońców krzyża. Po Smoleńsku nie ma w Polsce żadnej trzeciej siły. Tak jak nie było jej przed Smoleńskiem, ale po Smoleńsku stało się to jeszcze bardziej widoczne. Choć zawsze będzie dużo udawania. Na przykład udawał będzie Grzegorz Napieralski.
Ten wybór nie jest przyjemny, jak każde negocjowanie z zasadą rzeczywistości. A ponieważ mi nie jest przyjemnie, chciałbym, żeby także wam przyjemnie nie było. Zatem do cholery ucieszcie się z nowej koalicji w TVP S.A., koalicji ludzi Czarzastego i Kwiatkowskiego z ludźmi z Tuskowego ministerstwa skarbu. Albo też opłakujcie Pospieszalskiego, Wildsteina, Ziemkiewicza, Janke (o ile tego ostatniego – i całego jego „rzepowego” gatunku - nie ocali Gowin). Innego końca świata nie będzie, jeśli oczywiście sami jakiegoś nie zmajstrujecie.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...