|
Kiedy nawet strefa Schengen, absolutne minimum europejskiej integracji, drży dzisiaj w posadach, kiedy zamiast „ponowoczesnej” i „postnacjonalistycznej” UE, o jakiej parę lat przed kryzysem marzył Robert Cooper, widać co najwyżej zarysy wielkiego niemieckiego rynku z euro jako update’owaną wersją marki, ja, Kapitan Europa, postawiony wobec twardych faktów, czuję się zmuszony przyznać, że choć wolałbym Unię Europejską brukselską niż berlińską, to wolę berlińską niż żadną. Na pierwszy totalny tryumf rynku, już blisko wiek temu, polityka zareagowała ustawami antykoncentracyjnymi, antymonopolowymi, New Dealem, państwem opiekuńczym… Choć przecież mogła rynek „zostawić w spokoju”, pozwolić mu budować monopole bez granic, bogactwo narodów tworzyć, a potem cyklicznie niweczyć, kreować nierówności bardziej dramatyczne od tych, które ostatecznie rynek i tak kreował pomimo równoważącej siły polityki. Gwoli uczciwości (a nawet pamflecista powinien ją mieć) wypada oczywiście dodać, że na peryferiach polityka zareagowała na tryumf rynku także prawicowymi i lewicowymi totalitaryzmami, nadprodukcją ofiar, więc nie każda polityka okazuje się ostatecznie lepsza od rynku. Dziś jesteśmy świadkami drugiego totalnego tryumfu rynku. Czy polityka jest na to jakkolwiek przygotowana? Niezastąpiony Witold Gadomski przedstawił kryzys finansowy jako średniowieczną zarazę, dżumę czy cholerę, która silnych pozostawi przy życiu, a słabych – np. Grecję – wyeliminuje („Zaraza wcześniej czy później wygasa samoczynnie, choćby dlatego, że nie ma już niezarażonych, a przeżyli tylko najbardziej odporni”, cyt. za Witold Gadomski). Zachwycając się neodarwinowską potęgą „finansowej zarazy”, Gadomski zapomina o pewnej drobnostce, że żyjemy już jednak ponad wiek po Pasteurze. Od dosyć dawna ludzie zdecydowali się płacić ogromną cenę za to, aby także „słabe organizmy” w czasach zarazy utrzymać przy życiu. Chociażby próbować.
Jednak to, w jakiej epoce żyją nasi neoliberałowie, pozostaje dla mnie tajemnicą. Może żyją w średniowieczu, może w jaskiniach, a może w XXI wieku? Naprawdę nie wiem, bo z każdej epoki wybierają to, co im wygodne. Oczywiście tak swobodnie lepią wyłącznie swój „ideowy dyskurs”, nie swoje realne życie, bo zarówno Gadomski, jak też Wildstein, Ziemkiewicz, Krasnodębski, Legutko… żyć chcą wyłącznie nowocześnie, w XXI wieku. I oczywiście najlepiej zaszczepieni przeciwko „zarazie” najnowocześniejszą i najdroższą szczepionką. Przeciwko tej samej „zarazie”, której tak chętnie złożyliby w ofierze „najsłabsze organizmy”. Pozbawcie zatem Gadomskiego emerytury – Szanowni Panowie i Panie z Agory. Jako „słaby” neoliberalny staruszek prędzej czy później stanie oko w oko z „zarazą” jakiegoś kryzysu finansowego. Ciekawe, co wtedy swoim drogim prądkom powie? Chciałbym tę rozmowę usłyszeć. Rozmowę neoliberalnego Gadomskiego z Czarną Śmiercią. Jej stylistyka istotnie byłaby średniowieczna.
Jeśli Unia Europejska przegra z globalnym kapitalizmem, mimo (a może właśnie dlatego) że negocjuje z nim pokornie, czasami nawet na kolanach, tryumf rynku będzie naprawdę totalny, a polityki nie będzie już wcale. Prywatne firmy ratingowe postanowiły teraz ogłosić bankructwo Grecji. Kiedyś potrafiły wychwalać największych bankrutów, kreatywną księgowość globalnych korporacji przedstawiać jako modelowo uczciwą i nie widzieć nic niepokojącego w amerykańskim rynku nieruchomości tuż przed krachem (a nawet, kiedy krach już trwał, tylko nie wolno było jeszcze mówić o nim drobnym inwestorom, żeby się grubi mogli bezpiecznie z rynku wycofać). Grecję spisały na straty pomimo tego, że jej parlament przyjął drastyczny plan oszczędnościowy, a Unia rozpoczęła przekazywanie kolejnych, głównie niemieckich, miliardów euro na spłatę greckich długów (Niemcy nie robią łaski, bo ratując Grecję, Portugalię, Hiszpanię, ratują swój własny rynek). Jednak nasze znane z uczciwości i merytoryczności prywatne agencje ratingowe doszły do wniosku, że jednak rozpieprzą strefę euro, bez względu na to, co Grecy i Niemcy zrobią, bo im i ich kumplom z londyńskiego City i nowojorskiego centrum finansowego istnienie euro w spekulacji przeszkadza – sprawia, że zarabiają odrobinę mniej i odrobinę wolniej na walutowym rynku.
Liderzy polityczni Zjednoczonej Europy na kolanach udają się zatem do Canossy, aby prywatne fundusze ratingowe przebłagać. Nie wiadomo jeszcze, jaki będzie tej pielgrzymki efekt, bo niby dlaczego ktoś (w tym przypadku wyspecjalizowane w spekulacji wielkie prywatne instytucje finansowe) miałby rezygnować z kolejnych miliardów szybkiego zysku, skoro naprawdę nie musi, bo nie ma realnej siły, która by go do tego zmusiła? A że świat się od tego rozpieprzy? Pieprzyć świat, zawsze pozostanie nam „rodzina na swoim”. Najlepiej hodowana w orbitalnej kapsule w oczekiwaniu, aż się społeczno-ekonomiczna apokalipsa przez całą Ziemię – także Tę Ziemię – przetoczy i będzie można znów osadzić swoje dzieciaczki wśród dziewiczej dżungli, czy nie tego uczył nas Chrystus? A właśnie nie tego – przyjaciele z Opus Dei, organizacji „ewangelizującej społeczno-ekonomiczne elity współczesnego świata” – zupełnie nie tego.
Polska polityka jest słabsza niż europejska, dlatego z wielką nadzieją witam każdą próbę jej wzmocnienia. Witam, ale najczęściej zaraz potem żegnam. Tak właśnie było z promowaną przez Rafała Dutkiewicza inicjatywą „Odzyskajmy państwo”. Prawdopodobna obecność na tworzonych przez dzielnych samorządowców listach do senatu Misiaka i Rybińskiego każe jednak zapytać: „Odzyskajmy, ale dla kogo?”. Z kolei Wildstein i Legutko dzielnie i ideowo pracują dla londyńskiego City i nowojorskiego dystryktu finansowego przeciwko Brukseli. A kto dzielnie i ideowo pracuje dla Brukseli przeciwko City? Jak to kto, oczywiście Kapitan Europa! Kapitan Europa jest reformistą, Legutko z Wildsteinem są radykałami, co pozycję Kapitana Europy wobec nich zdecydowanie osłabia. On chciałby zaledwie globalny wolny rynek szczyptę uczłowieczyć, stworzyć dla niego polityczną przeciwwagę, oni chcieliby Unię Europejską zwyczajnie rozpieprzyć.
Przy czym Legutko rozpieprza Unię Europejską za pensję i diety europarlementarzysty, bo choć jest tylko imitacyjnym neokonserwatystą, gwiazdą „Czasów wielkiej imitacji” (cyt. za tytułem felietonów Ryszarda Legutki, który imitację dostrzega wyłącznie u swoich wrogów, bo sam dawno już nie zaglądał do lustra), to pochodzi jednak z kraju Wallenroda. Może należałoby ten poemat Adama Mickiewicza przełożyć na najważniejsze europejskie języki, a przekład kolportować w europarlamencie, żeby koledzy z frakcji chadeckiej, socjalistycznej, „zielonych”, mogli zrozumieć zachowanie Legutki, Ziobry, Cymańskiego, Kurskiego, bo dla Polaków jest ono do bólu banalne. Może poza Ziemkiewiczem, który obowiązkowych lektur nie czytał na polonistyce („Brzozowski nie miał nic wspólnego z lewicą”, cyt za Rafał Ziemkiewicz), więc ich na pewno także nie czytał w liceum. My jednak, którzy je czytaliśmy, świetnie wallenrodyzm znamy, rozumiemy zatem przewrotną strategię Legutki, Ziobry, Cymańskiego, Kurskiego. Ich heroizm polegający na robieniu kariery w instytucjach wroga, korzystaniu z zakonnych dotacji, żeby Zakon zniszczyć („trafić w serce stugłowej poczwary”, cyt. za Adam Mickiewicz). Są takie momenty w życiu niewolnika, kiedy naprawdę nie ma on innego wyjścia, jak tylko wallenrodyzmem się posłużyć. Ale Legutko, Ziobro, Kurski, Cymański makiawelistycznymi niewolnikami Europy wcale być nie musieli, mogli Europę jako ludzie wolni sami budować. A jednak rolę niewolników okradających złego pana sami dla siebie wybrali, bo do zagrania to rola niebywale łatwa, a tłum ślini się i klaszcze, kiedy niewolnicy z Polski dają w europarlamencie pokaz dojrzałego wallenrodyzmu.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...