|
Gdybym głosował na Komorowskiego z powodów, które wymieniła w swoim komentarzu (Okopy Świętej Trójcy) Kinga Dunin, nie potrafiłbym spojrzeć na swój obraz w lustrze, taką czułbym do siebie odrazę. Do siebie, ale także do ABR, AG, MŚ, AH (tej od „Gorączki”) i paru innych kobiet i mężczyzn, które/którzy też na Komorowskiego zagłosowały/li, a nawet namawiały/li do tego w rozmaitych wypowiedziach publicznych i listach otwartych, mimo że nie całkiem jest im z Komorowskim ideowo po drodze. Na szczęście jednak zarówno ja, jak i prawdopodobnie ładnych parę milionów innych osób zagłosowaliśmy na Komorowskiego nie dlatego, że gardzimy słuchaczami Radia Maryja, ale dlatego, że gardzimy metodami i kierunkami politycznego mobilizowania ich przez o. Rydzyka i Jarosława Kaczyńskiego, kiedy akurat pielęgnują oni swój skuteczny polityczny sojusz. Głosowałem na Komorowskiego także dlatego, że jego partia PO buduje Unię Europejską razem z chadekami, podobnie jak SLD buduje ją razem z europejską partią socjalistyczną, a nie, jak Jarosław Kaczyński i PiS - blokuje ją i rozwala razem z torysami, łączącymi dziś w sobie to, co w całej Europie najbardziej obleśne: snobizm i egoizm. W tym sensie w PiS-ie sporo jest torysów, i nic dziwnego, że zdołali załatwić Kaczyńskiemu spotkanie z Cameronem w samym apogeum kampanii wyborczej. Ale po co się wiecznie powtarzać, wymieniłem przecież podczas tej kampanii kilkanaście różnych powodów mojego głosowania raczej na kandydata PO niż na kandydata PiS. I tak się składa, że żaden z moich argumentów nie pokrywa się z motywacjami przypisywanymi elektoratowi Komorowskiego przez Kingę Dunin.
Tak czy inaczej, Niemcy wyeliminowały Argentynę (4-0, jakby ktoś zapomniał), a w Polsce wygrała partia mieszczańska. Wygrała ponad sześcioma procentami, ponad milionem głosów i to mimo smoleńskiej katastrofy wykorzystywanej w tej kampanii przez nieliberalną prawicę do tego samego, do czego w najgorszych swoich epokach Kościół wykorzystywał politycznie Apokalipsę św. Jana. Powiem więcej, wbrew rozważaniom większości naszych publicystów i politologów sądzę, że jeśli Jarosław Kaczyński nie wygrał w sytuacji stanu wyjątkowego po katastrofie smoleńskiej, jeśli nawet w takim momencie zabrakło mu do zwycięstwa ponad miliona głosów, to nie wygra już nigdy. Jeśli polskie mieszczaństwo nawet w takim momencie nie oddało władzy rozhisteryzowanym pogrobowcom sarmackiej szlachetczyzny i pańszczyzny zarazem (uff, mocne, ale jak Kinga Dunin PO, tak ja PiS-owi), to nie odda w tym kraju władzy już tak łatwo. Chyba że kalendarz Majów się sprawdzi i w 2012 roku, na niedokończonym Stadionie Narodowym wylądują czterej wiadomi jeźdźcy wsparci przez chłopców z „Gromu” podburzonych do buntu przez ich historycznego przywódcę generała Petelickiego. Ale wtedy to nawet Tomasz Terlikowski zostanie ministrem kultury, a wszelkie rachuby na modernizację Polski odejdą wraz z całym znanym mi światem. Raczkujące i strasznie pokręcone jest to polskie mieszczaństwo, ale ja w nie inwestuję, pamiętając, że w innych miejscach naszego globu to jednak mieszczaństwo zbudowało państwo prawa, państwo świeckie, a czasami nawet państwo opiekuńcze i socjaldemokrację. Zbudowało tam, gdzie wcześniej zdobyło władzę. To mieszczaństwo najpierw przełożyło przemoc stanu natury na przemoc polityczną (dla przypomnienia, przemoc stanu natury polega na tym, że silniejsi biją słabszych, mężczyźni biją kobiety, dorośli biją dzieci, większość bije mniejszości… i tak dalej, aż do najbardziej precyzyjnego przykładu autorstwa Woody Allena: „Jako mały chłopiec, Leonard Zelig jest często prześladowany przez swych starszych kolegów, antysemitów. Jego rodzice, którzy obwiniają go za wszystko, biorą stronę antysemitów… ‘Sądzę że miałem dobre stosunki z rodzicami’ – wspomina Zelig - bili mnie bardzo rzadko. Myślę, że w całym moim dzieciństwie zbili mnie tylko raz. Zaczęli mnie bić 23 grudnia 1942 a skończyli późną wiosną 1944”). Później filozofowie mieszczaństwa zdołali nawet zauważyć, w jak podły sposób przemoc stanu natury potrafi się podszywać pod hipokryzję stanu politycznego. W konsekwencji, polityczne reprezentacje mieszczaństwa nauczyły się, gdzie niegdzie, korygować, obniżać i denaturalizować przemoc stanu politycznego. Oczywiście od Tuska do Merkel jest okropnie daleko (tak samo zresztą daleko, jak od SLD-owskich prezydentów Krakowa czy Zielonej Góry do Browna, Zapatero czy Blaira). Dlatego chciałbym mojej politycznej reprezentacji, partii raczkującego i popieprzonego polskiego mieszczaństwa, parę rzeczy doradzić. Na przykład, zamiast jałowego i bezsilnego gardłowania paru zagończyków Platformy Obywatelskiej na złych proboszczów (bo w kampanii poparli Kaczyńskiego, nie Komorowskiego), połączonego z kompletną kapitulacją Platformy Obywatelskiej wobec roszczeń tych samych proboszczów w obszarze stanowienia prawa, doradzałbym szybkie uchwalenie parytetów, ustawy o in vitro i w ogóle – szybkie i sprawne stanowienie w miarę choćby świeckiego prawa (aż po zaryzykowanie w pewnym momencie związków partnerskich i delikatnego odblokowywania kwestii aborcyjnych, chyba że w tej sprawie PO postanowi poczekać na wzbogacenie się Polek i masową turystykę aborcyjną, co jest jednak rozwiązaniem bardziej zdziczałym). A to wszystko nawet za cenę wspólnego picia z proboszczami i biskupami, obdarzania ich grzecznymi uśmiechami, a nawet kolejnymi majątkami w gotówce i nieruchomościach. W kraju takim jak Polska, gdzie (będę to przypominał w nieskończoność, bo to zarazem śmieszne i pouczające) SLD-owscy i post-PZPR-owscy prezydenci miast kastrują posągi i łaszą się do kardynałów, zamiast jałowego antyklerykalizmu wolę faktyczną świeckość. A co do majątków w gotówce i nieruchomościach wywalczanych dla polskich biskupów przez prawników z doświadczeniem sięgającym ich pracy w IV Departamencie SB, to uważam, że nie ma rzeczy łatwiejszej niż wywłaszczenie z dóbr zdobytych z pogwałceniem prawa (oczywiście w odległej przyszłości, kiedy nawet Majchrowski ośmieli się sprzeciwić Dziwiszowi). Natomiast samo prawo pozostaje na dłużej i obowiązuje powszechnie. I właśnie na tym, czyli na stanowieniu w miarę choćby świeckiego prawa w warunkach względnego choćby społecznego pokoju, Platforma powinna się skupić, jeśli nie chce, żeby ładnych kilka procent jej wyborców znów pływało do Napieralskiego i z powrotem w rytmie rozmaitych kampanii wyborczych. Przyznam, że w czasach Wyszyńskiego czy Wojtyły (to już naprawdę najłagodniejsza z możliwych polemik z Tomaszem Piątkiem) wstyd by mi było proponować Platformie tak cyniczne deale z polskim episkopatem (wspólne picie wódki i przekazywanie Kościołowi kolejnych majątków w gotówce czy nieruchomościach w zamian za nieco cichsze i bardziej zrytualizowane protesty biskupów w procesie stanowienia w tym kraju świeckiego prawa i budowy świeckiego państwa). Ale w epoce abp. Leszka Sławoja-Głódzia, biskupa Libery, abp. Paetza… mam jakoś przeczucie, że będzie to zabieg ze strony Platformy skuteczny. Jak powiedział celnie Komorowski w kampanii: „jestem katolikiem, więc jestem za życiem, dlatego popieram In vitro”. Polityka nie musi być piękna, ani etyczna, ani nawet logiczna… wystarczy, że będzie skuteczna. A ja wierzę w skuteczność emancypującego się pod sztandarem PO polskiego mieszczaństwa. Ono - jak każde mieszczaństwo – nie chce nad sobą niczyjej władzy, nawet władzy biskupów. Nie chce też nad sobą władzy „inteligenckich autorytetów” czy „środowisk twórczych”, ale to już temat na zupełnie inną, równie krwawą opowieść. Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i środy.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...