|
Onet.pl w ślad za Bloomberg News postanowił wreszcie uświadomić polskiego czytelnika o istnieniu HFT. To nie skrót od nazwy jakiegoś skomplikowanego alkaloidu, którego natura wciąż jeszcze wymyka się ładowi prawnemu Rzeczypospolitej. HFT to High Frequency Trading, Trading Wysokich Częstotliwości. W świecie anglosaskim znany już od blisko dekady. Zamiast dokonywać analizy fundamentalnej spółek giełdowych, zamiast badać urodzaj na plantacjach kawy w Kolumbii albo przewidywać rewolucje zagrażające roponośnym polom w zawsze niespokojnej Nigerii… (i inne bałachy nazywane przez Freuda ironicznie „zasadą rzeczywistości”), nasi HFTraderzy ustawiają superkomputery i superalgorytny, które działają wyłącznie na logach, imionach spółek i ich aktualnych wartościach rynkowych, a dokładniej - reagują na najmniejsze odchylenia od tych wartości… I kiedy takie odchylenie następuje, bo na przykład jakiś fundusz inwestycyjny zaczął coś skupować albo sprzedawać, wówczas oni skaczą na deskę, serfują przez parę milisekund, kupują i odsprzedają, kupują i odsprzedają…
No dobrze, to był okres naiwny, bo w późniejszym o zaledwie kilka lat okresie krytycznym Traderzy Wysokich Częstotliwości, zamiast czekać na czyjeś zakupy, na jakieś wykluwające się „naturalne” trendy, sami uruchamiają odchylenia - kupując i po paru milisekundach odsprzedając tysiące akcji zupełnie dowolnej spółki (w stanie bankructwa, w apogeum swoich produkcyjnych osiągnięć, kiedy Steve Jobs ma raka, kiedy z raka się leczy…).
Traderzy Wysokich Częstotliwości są zjawiskiem przewidzianym i zapowiedzianym przez Marksa i Pounda (tradycyjnie już przywołam w tym miejscu fragment o pieniądzu z Rękopisów oraz pieśń o lichwie). HFT jest najwspanialszym, najbardziej monumentalnym przykładem spekulacji rynkowej. Wdeptuje w ziemię (czy też raczej „odparowuje”) wszystkie banały dotyczące obiektywnej wartości produktu czy pracy (poczciwy Oskar Lange zjadł zęby, żeby wymyślić algorytm na określenie tej „obiektywności”).
Jednocześnie jednak kapitalizm swoich cudownych dzieci się wstydzi. Rozmaici purytańscy poczciwcy doszli nawet do wniosku, że to HFTraderzy przyczynili się do paru niedawnych parominutowych globalnych krachów, a nawet krachów nieco dłuższych. I zaproponowali regulację - to nie żart - która wymuszałaby na inwestorach konieczność posiadania akcji przynajmniej przez 50 milisekund, zanim je odsprzedadzą. Oczywiście nasi Traderzy Wysokich Częstotliwości zataczają się ze śmiechu, słysząc, jak grozi im Sarko z „Kapitałem” w ręku (pozował z tym klasycznym dziełem dla ilustrowanych tygodników opinii, kiedy udawał się na szczyt waszyngtoński, obiecując „szarpnąć cugle” - to oczywiście cyt. za Janem Marią Rokitą - globalnemu kapitalizmowi). Po pierwsze, takich regulacji ostatecznie nikt nie wprowadził, po drugie, jeśli ktoś wprowadzi, to cały Trading Wysokich Częstotliwości przeniesie się np. pomiędzy próg 50 i 51 milisekundy - wystarczy trochę podkręcić hardware i software, by zwiększyć precyzję zakupów. Poniżej poziomu 50 milisekund narodził się świat, który zrozumiałby i pokochał Andy Warhol (Jezu, jak on nie znosił tej ohydnej zasady rzeczywistości). Czy kapitalizm rozwijający się poniżej progu 50 milisekund dorobi się swojego Heisenberga?
50 milisekund, tymczasem Kaczyński… a Jarosław Gowin… z kolei Radziszewska… a na to Macierewicz (ten przynajmniej wpadł na trop „wielkiego rozbłysku, tuż przed lądowaniem”)…, a wszyscy pod krzyżem. 50 milisekund, a tu wojna dwóch wdów (chwilowo górą Ewa Komorowska, ta spokojniejsza, ale Magda Merta nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, o nie).
Obserwowany z punktu widzenia rynkowej plazmy dojrzewającej poniżej progu 50 milisekund Jarosław Kaczyński wygląda jak zombie z Nocy żywych trupów (tej zupełnie pierwszej), w dodatku puszczonej baaaardzo, ale to baaardzo powooli na wciąż zwalniającym i starym projektorze z coraz bardziej przygasającą żarówką. „Móóóój braaaat i braaatooowaaa waaaam teeeeegoooo niiiigdyyyy nieee wybaaaczooooo…” tutaj rozciągnięta coraz bardziej, a w konsekwencji opadająca ku coraz niższym częstotliwościom ostatnia głoska ginie w jakimś niesprecyzowanym basie.
Stiglitz nabijał się w swojej ostatniej książce, że niewidzialna ręka rynku jest kompletnie irracjonalna. Oczywiście można się dalej spierać o naturę racjonalności, jak Edward Lear spierał się o naturę sensu i nonsensu, ale czy warto? W dodatku, gdybyśmy chcieli równoważyć irracjonalny rynek racjonalną polityką państwa (poczciwe socjaldemokratyczne, oświeceniowe, staroliberalne banały - tak bardzo mi bliskie), to zaraz fachowcy z prawa i lewa powiedzą nam, że polityka jest wyłącznie żądzą panowania (Kaczyńskiego nad Dornem, Tuska nad Schetyną, tegoż z kolei nad Palikotem… - jak problem panowania analizują polscy dziennikarze polityczni). Od ludzi z nieco większymi teoretycznymi ambicjami dowiemy się z kolei, że polityka jest tylko hipokryzją i hipostazą przemocy. Wobec tego jedna nieracjonalność co najwyżej zderza się z drugą, nieracjonalność polityki z nieracjonalnością rynku… a wówczas to już rzeczywiście wszystko jedno (poza oczywiście losem chińskich dysydentów, Chodorkowskiego i wolnych mediów, bo w tych sprawach oczywiście nigdy nie będzie nam wszystko jedno).
Mnie idea Tradingu Wysokich Częstotliwości naprawdę zachwyca bardziej niż polska polityka w jej obecnym stanie. Zaczynam mieć wrażeniem, że podobny stosunek do polskiej polityki mają prawdziwi neoliberałowie, czyli Bielecki, Lewandowski i Tusk (poukrywani w rozmaitych kostiumach superbohaterów, obrońców przed Kaczyzmem, pogromców pedofilskich dopalaczy itp.). W rzeczywistości jednak oni akurat w pełni świadomie skapitulowali przed rynkiem, zrozumieli jego potęgę i ukorzyli się przed nią. Wiedzą, że polskie państwo narodowe do niczego już się w tej zabawie nie przyda. A wszystkie ich pedofilskie i dopalaczowe igrzyska służą wyłącznie temu, aby zapewnić choćby minimalny poziom pokoju społecznego na „Ziemi, Tej Ziemi” w czasach, kiedy docierają do Niej pierwsze podmuchy kapitalizmu rozkwitającego poniżej poziomu 50 milisekund (nie muszę chyba dodawać, jak śmiesznie w oczach Traderów Wysokich Częstotliwości wyglądają polscy biskupi, jak wolno i zabawnie się poruszają, jak niskimi głosami mówią). Powstaje pytanie, czy Trading Wysokich Częstotliwości znosi problem emancypacji? Na pewno HFTraderzy nie muszą bić się z Markiem Jurkiem o prawo do aborcji, użerać z Wildsteinem, Ziemkiewiczem, Terlikowskim… na łamach tej czy innej gazety o sens związków partnerskich, parytetów, ustawy in vitro, testamentu godnej śmierci, prawa pracy, związków zawodowych, publicznego szkolnictwa… Pieniądz wyzwala ich od wszystkiego, także od polityki. Co jednak zrobić z tymi, którzy nigdy nie zostaną HFTraderami?
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...