Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Terminator zatańczył tango |
|
|
Cezary Michalski
|
|
04.07.2010 |
|
Dla Polaków są to najbardziej udane mistrzostwa świata od czasów Monachium 1974. Para Mirosław Klose/Łukasz Podolski przypomina nam czasy jedenastki Górskiego, wystarczyło tylko odpowiednio wcześnie wyjąć ich z obszaru oddziaływania naszej PZPN-owsko-PO-PiS-wej piłki nożnej i „przeflancować” (tak się mówi w Toruniu) do piłki niemieckiej. Ich kontry są podobne do tego, co w 1974 roku (moje pierwsze mistrzostwa świata przed telewizorem) pokazywali Lato z Szarmachem, a Schweinsteiger, który ich rozprowadza, mimo zupełnie odmiennej urody i nazwiska nie jest na boisku mniej inteligentny czy mniej sympatyczny od Deyny. Razem z Özilem (nie mam niestety czcionki z dwiema kropkami nad dużym O) naturalizowani Polacy sprawili, że niemiecki terminator nabrał cech ludzkich. Można nawet powiedzieć, że – ręka wyciągnięta na zgodę do Piątka – terminator zaczął tańczyć tango. W dodatku Unia Europejska ma w półfinałach trzy drużyny z czterech, co mój „szerszy” futbolowy patriotyzm także mocno podbudowuje. Oczywiście najchętniej obejrzałbym finał Niemcy-Holandia („Hanza górą!” – a to przecież była stosunkowo najsympatyczniejsza wersja „Drang nach Osten” w wykonaniu północnoeuropejskiego mieszczaństwa). Choć oczywiście finał z Urugwajem też mnie już nie zdołuje. Jako kibic polityki wewnętrznej, bez względu na wynik wyborów obstawiam, że najdalej za rok (a może już za chwilę) Tusk i Kaczyński będą ofiarować Napieralskiemu na wyścigi tekę „mniejszościowego” premiera i parę ważnych resortów. Takie są twarde prawa licytacji prowadzonej przez partie, które już dawno na własne życzenie przegrały i skompromitowały swoje polityczne projekty z 2005 roku. O ile oczywiście wcześniej Tuskowi nie uda się wyjąć całej liberalnej frakcji z SLD, tak jak w kluczowym dla siebie momencie wyjął „więcej niż poparcie” Cimoszewicza i Belki. Jako „konserwatywny modernizator” (określenie, którego sensu nie rozumie Rafał Ziemkiewicz, chwaląc się tym nawet na łamach „Rzeczpospolitej”, gdzie z podobną dumą przyznaje się do rozumienia słów takich jak „bourbon” czy „whiskey”) muszę od razu przypomnieć, że dzisiejsza SLD to partia, która wydała z siebie prezydenta Zielonej Góry każącego odbijać z niewinnej dyplomowej rzeźby męskie genitalia czy prezydenta Krakowa, który jako najbardziej „przedsoborowy” polski samorządowiec twardo wyznaje dogmat o nieomylności kardynała Dziwisza (nie bez racji uważając, że Kraków wart jest mszy). Tak więc każda władza w Polsce i na każdym szczeblu (a nie wyłącznie PO na szczeblu Komorowskiego czy PiS na szczeblu Kaczyńskiego) dokonuje gwałtownego skrętu na prawo (czy raczej w stronę ponadideologicznej, prawicowo-lewicowej, akowsko-alowskiej, gierkowsko-gomułkowskiej, TKKŚ-owsko-kościelnej „ujutności), żeby w dzisiejszej Polsce przeżyć. W dodatku – to uwaga skierowana do naszych drogich radykałów - naprawdę nie jestem „przestraszonym liberalnym inteligentem”. Jestem liberalnym inteligentem nieprzestraszonym i nie chodzi mi wyłącznie o obyczajówkę, ale po prostu o skłonność każdej partii, z SLD na czele, do lizania butów tutejszemu status quo. Jeśli przysłowiowy internetowy Piotr Sz. uważa, że partia, która do tego stopnia potrafi przestraszyć się męskiego przyrodzenia czy wawelskiej decyzji Kardynała Dziwisza, będzie potrafiła w koalicji z PiS-em nieustraszenie kontestować tutejszy konsensus (także przesunięty na prawo w stosunku do Unii Europejskiej) w o wiele dla wszystkich ważnych graczy istotniejszej sferze gospodarki, własności, redystrybucji… - to gratuluję optymizmu. W zaistniałej sytuacji sądzę zatem, że sojusz prezydenta Krakowa i prezydenta Zielonej Góry z o. Tadeuszem Rydzykiem (za pośrednictwem wiecznie uśmiechniętych Kluzik-Rostkowskiej, Migalskiego i Poncyliusza) będzie dla tego wciąż jeszcze nie hanzeatyckiego kraju bardziej ponury, niż sojusz Olejniczaka i Belki z PO. Ale to tylko moja osobista intuicja – jawnie i otwarcie stronnicza. A swoją drogą, konieczność namiętnego popierania przez Lisickiego, Zdorta, Wildsteina, Ziemkiewicza, Mazurka… kandydata głoszącego tezę o mocarstwowości gierkowskiej Polski też mnie cieszy na mój podły, sarkastyczny sposób. No bo kiedy ja im mówiłem, że ich „polityka historyczna” jest od dawna cynicznym pastiszem, a „Pyjas”, „Maleszka”, „ZOMO”, „Stoczniowcy” czy „Popiełuszko” to już dziś wyłącznie symulakra doraźnej, cynicznej polityki partyjnej, nazywali mnie zdrajcą. Może chociaż Kaczyńskiemu uwierzą, kiedy mówi im dokładnie to samo? No i jeszcze jedno. Alejandro wspiął się w ubiegłym tygodniu na pierwsze miejsce popowej listy przebojów w Rumunii (i niestety, tylko tam). Rumunia ma za sobą tradycję chłopców z Legionu Michała Archanioła, Żelaznej Gwardii i innych „prechavezowskich” odmian peryferyjnego, antyliberalnego nacjonalbolszewizmu. Tam również znają Witkacowski urok skórzanych wdzianek, wojskowych szeleczek na gołe ciało i zbiorowych męskich sportów pełnych nieskrępowanej przemocy. Znają tam nawet specyficzną seksualną fiksację na woskowe figury kobiet w habitach obszytych suto koronkami, mimo że akurat Rumuni znają tę fiksację w wersji pochodzącej z Bizancjum, a nie z Barcelony. Lady Gaga w teledysku „Alejandro” to po prostu nawrócona na przedsoborowy hiszpański katolicyzm, a potem na inne wiary, Hela Bertz z Pożegnania jesieni. Jak nazywał ją zakochany w niej do szaleństwa Atanazy: „święta Teresa zmieszana pół na pół z żydowską sadystką, mordującą w kokainowym podnieceniu białogwardyjskich oficerów”. W teledysku Lady Gaga mógłby też wystąpić cały ś.p. zespół Ozon. Tym bardziej polecam „Alejandra” chłopcom z „Frondy”, z neomesjańskiego pisma „44”, a szczególnie Dariuszowi Karłowiczowi z „Teologii Politycznej”. Polecam też „Alejandra” Robertowi Mazurkowi, żeby nie był takim ponurakiem, kiedy z przyczyn czysto dystynktywnych katuje się swoim sushi. Roberto! Nie każdy pop jest zepsuty. Lady Gaga proponuje pop całkiem niezepsuty, zarazem zakonny i męski, a przede wszystkim pełen wspaniałej, nieskrępowanej, archaicznej, politycznej przemocy.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 07.07.2010 )
|
|
Felietony Cezarego Michalskiego
|
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...