> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.

Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Tajscy chłopcy udają Bismarcka Drukuj
Cezary Michalski   
07.11.2010


Nie róbmy polityki, budujmy mosty, szkoły, Polskę… przewrotnie zachęca przed wyborami samorządowymi najsilniejszy dzisiaj polski obóz polityczny i najsilniejszy dzisiaj polski polityk, który po trwającej przez całe pięć lat twardej politycznej walce rzucił ostatecznie na kolana swojego najgroźniejszego konkurenta, odebrał mu całą władzę i pozbawia właśnie ostatnich medialnych narzędzi (media publiczne i „Rzeczpospolita”, której szef, widząc niepowodzenie kontrofensywy w Ardenach, rozpoczął przez Schellenberga negocjacje z aliantami w Szwajcarii). Bronisław Wildstein oburza się na nowe hasło Tuska, nazywając ludzi zniechęconych w Polsce do polityki „idiotami”. Oczywiście Wildstein nie wymyślił tych „idiotów” sam („Rzeczpospolita” od dawna już nie wymaga od swoich felietonstów oryginalności, nawet formalnej, nie mówiąc już o intelektualnej). Zapożyczył „idiotów” z „Wawelskiej skały”, najbardziej chyba grafomańskiego posmoleńskiego manifestu czasopisma „Kronos”, gdzie „idiotami” (oczywiście przez „Kronos” zapożyczonymi z klasycznej greczyzny) nazwani zostali wszyscy ci, którzy nie przeżywali żałoby posmoleńskiej tak Jarosław Marek Rymkiewicz i jego Mini-Me (cyt. za Doktor Evil), ideowy klon, czyli syn Wawrzyniec będący redaktorem naczelnym „Kronosa”.

Mnie jednak oburzenie Wildsteina (i Mini-Me) na antypolitycznych „idiotów” wcale nie porywa. Przypomnijmy bowiem (Wildsteinowi, Mini-Me, ale także i sobie), że przez ostatnie pięć lat Polakom pod hasłem „przebudzonej, silnej polityczności” była proponowana albo dość prostacka ideologia, albo jęki w rodzaju „nie zabijajcie nas!”, „ratunku, Polacy pomóżcie, Niemcy mnie biją!”, albo wreszcie jako politykę oferowano im regularnych wariatów, którzy pomylili Smoleńsk z Roswell, a okrągły budynek przy Wiejskiej ze Strefą 51. Czy naprawdę można się dziwić, że od przedstawionej w ten sposób Polakom polityki i polityczności uciekają oni dzisiaj gdzie pieprze rośnie? Dziwi się temu Wildstein, ale przecież on sam należy do szerokiego asortymentu wyrobów politycznopodobnych (z kategorii „dość prostacka ideologia”), które Polacy musieli konsumować przez ostatnie pięć lat.

A teraz przejdźmy do „Final Thought” (cyt. za Jerry Springer), które będzie nieporównanie dłuższe od wstępu. Otóż jedyny istotny wybór, jaki mają przed sobą peryferia, bliższe i dalsze, słabsze i silniejsze, wygląda następująco: albo Bismarck, albo tajscy chłopcy. Albo silne państwo, czasami nawet nieco autorytarne - filtrujące „przemoc strukturalną” (no chyba wiecie, kogo cytuję) przychodzącą z centrum globalizacji i wyrażającą się w „ustawianiu sobie” przez globalne korporacje i stojące za nimi rządy ładu prawnego, instytucjonalnego, a nawet kulturowego peryferyjnych resztek po państwach narodowych, albo tajscy chłopcy opisani realistycznie przez francuskiego seksturystę będącego bohaterem powieści Michela Houellebecqa Platforma. Wedle diagnozy Houellebecqa, najbardziej nienawidzą tajskich chłopców i pogardzają nimi tajskie kobiety. Nienawidzą ich słabości, która uczyniła z Tajlandii śmietnik i żerowisko globalizacji, na którym to śmietniku i żerowisku tajskie kobiety oddają się przybyszom z centrum za dolary, euro albo za małżeństwo i wizę - jeśli seksturysta okaże się sentymentalnym naiwniakiem. Platforma (niech się Donald Tusk uspokoi, kończąc swoją powieść w 2001 roku, boski Michel nawet nie słyszał o istnieniu PO, choć oczywiście także w tym wypadku, podobnie jak w sprawie zamachów 11 września Houellebecq okazał się wieszczem, niedługo już wszystko i to na całym świecie stanie się Platformą) to oczywiście tylko złośliwy faszyzujący pamflet na tajski Weimar (a także na Weimar globalny), więc nie trzeba go brać na poważnie. Rzeczywistość dzisiejszej Tajlandii to przecież dumna polityczność, gdzie tajscy chłopcy będący tajską odmianą Dariusza Gawina, Marka Cichockiego i Dariusza Karłowicza zgłaszają się z przekładami Schmitta, żeby obsługiwać silną polityczność konfliktu pomiędzy miejscowym miliarderem populistą a miejscową armią szkoloną i uzbrajaną przez Amerykanów. Obie strony strzelają czasami do siebie, a już szczególnie chętnie strzelają do cywilów na ulicach tajskich miast, bo zabawę w „małego powstańca” zna na peryferiach prawie każdy, nie trzeba do tego mieć Muzeum Powstania Warszawskiego w stolicy. Z całą też pewnością jakiś tajski Rymkiewicz junior za pomocą tajskiego „Kronosa” karmi tajskich chłopców Heideggerem i dumą. Oczywiście w obszarze samej tylko „nadbudowy”, bo Heidegger „bazą” zainteresował się ciekawiej i głębiej dopiero po klęsce III Rzeszy wynikającej zresztą faktycznie nie ze słabości „nadbudowy”, która za czasów Hitlera i Goebbelsa była najpotężniejsza na świecie, ale wyłącznie w konsekwencji ewidentnego zapóźnienia wobec Anglosasów na poziomie „bazy”.

Spór między tajskimi chłopcami a bismarckistami jest na peryferiach całkowicie zmistyfikowany, bo jedni udają drugich, a kryteriów pozwalających rozstrzygnąć, kto jest bismarckistą na serio, nie ma żadnych. Peryferia rzadko - i tylko na poziomie Niemiec, Rosji czy Japonii - potrafią przetestować bismarckizm w praktyce. Zwykle zresztą i tam kończy się to katastrofą, bo jednak w Niemczech próba zbudowania „innej nowoczesności”, rozpoczęta przez rozczarowanych do „francuskiego uniwersalizmu” romantyków i kontynuowana przez Bismarcka, skończyła się najpierw klęską w I wojnie światowej, a potem Untergangiem. Dumna modernizacja Meiji skończyła się ostatecznie dwiema atomówkami zdetonowanymi w dwóch japońskich miastach i generałem MacArthurem nakłaniającym japońskich reżyserów do kręcenia antyheroicznych filmów. Bismarckowski eksperyment Stalina spointował się najpierw Białomorskim Kanałem, co też nie było przyjemne, szczególnie dla więźniów, a w końcu i tak Gorbaczowem, czyli bezwarunkową kapitulacją. Oczywiście można się zawsze pocieszać przykładem Chin. Kiedy tamtejsza Partia Komunistyczna powróciła do konfucjańskich korzeni, uznała globalny kapitalizm za narzędzie, a nie za wroga. Stała się jego najsilniejszym graczem. Tym bardziej że jako Partia Komunistyczno-Konfucjańska może budować kapitalizm bez związków zawodowych (Bolek do Moskwy! Ziemkiewicz do Chin!), z dozowanym odgórnie poziomem indywidualnych praw i konsumpcji… Czy to jednak oznacza tryumf peryferiów, ich zdolność do przedstawienia światu naprawdę alternatywnej propozycji, czy może przeciwnie… długo by dyskutować.

Jednak to są przynajmniej (na dobre i niestety na złe) eksperymenty poważne. Innym peryferiom - nawet gdy parodiują bismarckizm - pozostaje estetyczny camp: Kocmołuchowicz, Janulka córka Fizdejki, Alejandro, Legion św. Michała Archanioła, Jarosław Marek Rymkiewicz z Kinderszenen, Zdzisław Krasnodębski z okresu Sarmacji bremeńskiej… Także Witold „nie zabijajcie nas” Waszczykowski to tajski chłopiec udający bismarckistę. Wysłany kiedyś na rokowania w sprawie tarczy natychmiast przeszedł na drugą stronę i nieporównanie skuteczniej reprezentował w tych rokowaniach interes Amerykanów niż interes nielubianego przez siebie polskiego rządu, mimo że w skład tego rządu nie wchodzili przecież jacyś alterglobaliści, ekoterroryści, feministki czy inne wtyczki Putina według nieco uproszczonej ideowej mapy świata autorstwa Bronisława Wildsteina. Tusk, Klich czy Sikorski tarczę też chcieli w Polsce mieć, nawet jeśli nieco później i na nieco być może korzystniejszych dla Polski warunkach. A i tak by jej nie mieli, choćby Waszczykowski nawet „wchodził Cheneyowi w odbyt” (cyt. za South Park, więc proszę tego nie traktować jako wulgaryzm, ale jako klasycyzm formalny, podobnie jak „idiotów” Wildsteina), bo w amerykańskich wyborach, na których wynik Waszczykowski nie miał żadnego wpływu (nawet jeśli neokońscy felietoniści „Rzepy” podtrzymują tajskich chłopców w przekonaniu, że kibicując nad Wisłą Tea Party, mogą Obamę z Białego Domu usunąć i wprowadzić tam Sarę Palin), wygrał Obama, który tarczą w stosunkach z Iranem czy Rosją posługuje się nieporównanie bardziej ostrożnie (może nawet zbyt ostrożnie, ale „historia go za to rozliczy” - nie wiem, skąd to jest cytat, ale sam bym takiego grafo nie wymyślił).

Słusznie zatem Sikorski wywalił Waszczykowskiego z roboty, bo to Amerykanie powinni go wysłać na kolejną turę do ambasady w Teheranie, swojej, a nie polskiej, ale niestety dla Waszczykowskiego, Tea Party ciągle jeszcze nie obsadza amerykańskich placówek dyplomatycznych, a Hillary Clinton na używanie Waszczykowskiego jest jednak zbyt inteligentna, bo to by było uprawianie dyplomacji za pomocą granatu-niewybuchu z drugiej wojny światowej. Nawet do misji samobójczych Amerykanie wolą już wysyłać drony, a przyszłości pewnie surogaty, a nie polskich prawicowców, choćby się nawet do samobójczych misji na ochotnika zgłaszali. Granatami-niewybuchami z drugiej wojny światowej posługuje się dzisiaj w polityce wyłącznie Jarosław Kaczyński (i też tylko z braku innych narzędzi), więc to on postanowił wystawić Waszczykowskiego na prezydenta Łodzi.

Schetyna czy Tusk to z kolei - jak na tajskich chłopców - prawdziwi twardziele. Przynajmniej nie udają Bismarcka, mają tę odwagę. Jednak ze swoim przewrotnym i populistycznym hasłem „nie róbmy polityki” (kiedy sami już ją skutecznie zrobili) albo są szczerzy za bardzo, albo jednak się mylą, bo nawet Unia Europejska to jednak także miejsce uprawiania polityki, a nie tylko budowy szkół i mostów, szczególnie takich na plakatach wyborczych. Ja wiem, że Arabski i Ostachowicz uważają takie rozważania jak moje za zbyt mało przydatne w kampanii wyborczej prowadzonej w Polsce, a może to nie jest piar i tajscy chłopcy z PO naprawdę w politykę nie wierzą, a w każdym razie w inną politykę niż ogrywanie Kaczorów i siebie nawzajem. Dowodem na to są niestety nieustające wakacje polskiego parlamentu, kiedy panowanie nad nim przejęli już ostatecznie ludzie wypędzeni przez Tuska z Kancelarii Premiera. Najpierw były wakacje do końca września, bo trzeba było odpocząć po istotnie męczącym widowisku, jakim dla liderów PO było oglądanie Bronisława Komorowskiego pełznącego bardzo powolutku w kierunku prezydentury, jak leniwa dżdżownica szturana od czasu do czasu kijkiem przez Sławomira Nowaka. Teraz z kolei Grzegorz Schetyna ogłosił urlop parlamentu na cały listopad, urlop nie tylko od posiedzeń plenarnych, ale także od prac w komisjach, gdzie przecież spoczęły niedawno projekty ustaw skierowanych tam w ramach drugiej już „październikowej rewolucji ustawodawczej PO”. Być może Platformie uda się uchwalić przynajmniej budżet państwa w konstytucyjnym terminie, ale żeby zaraz nazywać to „rewolucją”? Wszyscy wiemy, że coś takiego jak ustawa jest traktowane przez PO piarowo, nawet jednak piar to jest ciężka praca (zapytajcie Eryka Mistewicza, on pracuje ciężko przy własnym piarze), czego Schetyna chyba nie zrozumiał, skoro nawet od piarowych prac postanowił dać sejmowi odpocząć. Po urlopach wrześniowym i listopadowym będzie urlop świąteczno-sylwestrowy, potem coś nadzwyczajnego będzie musiał wymyślić Schetyna, żeby dotrwać do wakacji letnich, a wreszcie do wyborów parlamentarnych bez potknięcia się wcześniej o jakąś pomyłkowo jednak uchwaloną „kontrowersyjną” ustawę (wszystkie ustawy są w istocie „kontrowersyjne”, dlatego lepiej już „nie róbmy polityki”, jeśli jesteśmy tajskimi chłopcami tak otwarcie, jak są nimi liderzy PO, a nie pisowskimi hipokrytami czyli tajskimi chłopcami-męczennikami udającymi Bismarcka w Warszawie, Brukseli czy Bremie).

Tak toczy się nasze tajskie życie polityczne. 



Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.

 

Komentarze
Dodaj nowy
tls   |08.11.2010 12:11:43
Pierwszy! MSPANC

Ponieważ nie czuję się na siłach odnosić do treści, wspomnę
jedyni, że tytuł przywołuje mi z czeluści pamięci utwór słowno-muzyczny zespołu
Raz Dwa Trzy pod tytułem: "Policjanci w Moskwie szukają portweinu".
kot   |08.11.2010 13:11:31
Ten warkocz upleciony z różnych w wątków,z wplecionymi nazwiskami naszych
okupantów, z wątkami historycznymi i
pop modernistycznymi (nie post!)dobrze się
czyta.
Łukasz Maślanka  - Mit Syzyfa   |08.11.2010 13:59:32
Lepiej być tajskim chłopcem udającym Bismarcka, niż tajskim chłopcem, który sam
przyjmuje służbową pozycję :).

Pozdrowienia.
antenka_beretowa   |08.11.2010 20:55:52
Fajny tekst.Pal sześć Bismarcków i tajskich chłopców.
Witold Waszczykowski   |08.11.2010 22:19:33
Panie Redaktorze, czy Pan sam rozumie co Pan pisze????
Witold Waszczykowski
koRRektor   |09.11.2010 10:31:53
Świetny tekst :)
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 07.11.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.93443 Seconds